Dziś moi drodzy mam dla was propozycję opowieści bardziej w obrazkach niż w słowach, a będzie to mała historyjka o tym co znalazłam pod choinką
Generalnie chyba w tym roku byłam wyjątkowo niegrzeczna, czytałam za dużo książek zamiast zajmować się poważnymi sprawami, za dużo razy obejrzałam "Prometeusza" i za często wyrażałam uwielbienie dla Ripley, bo w święta przyszło do mnie to:
Jest to już druga figurka od Neca Toys, która znalazła się w moim posiadaniu i zapewniam, że cechują się naprawdę doskonałą precyzją wykonania. Przyznam wam, że kiedy ją zobaczyłam trochę oniemiałam, ale nie dlatego, że jest straszna, tylko ma nieco nieporęczny rozmiar, ale jakoś będę musiała ulokować ją na swoim biurku, które zobaczycie na kolejnym zdjęciu. Co ciekawe Współgremlis wcale nie zasugerował się moim postem o nerdowskich prezentach, bo napisałam go zbyt późno , żeby mógł się nim zainspirować (może trochę szkoda, zwłaszcza ze względu na te propozycje biżuteryjne przy końcu;).
W każdym na moim biurku miejsce znajdzie się dopiero kiedy uporam się z zalegającymi na nim książkami i papierami, no i Gizmem. Bo na czas świąt zagościło w naszym domu stworzenie najbardziej przypominające mogwaia ze wszystkich zwierząt, które dotychczas widziałam. Poznajcie Bolusia - kota naszej babci;]
Boluś jest uroczym persem, który najwyraźniej też chciałaby być jak obcy. W każdym razie jego kolejne zdjęcie zdaje się mówić jasno "Śmierć predatorom!" i ja go oczywiście w tym popieram;]
A w temacie nadchodzącego sylwestra wszystkim czytelniczkom, które szykują się na sylwestrową zabawę, chciałbym polecić kilka propozycji makijaży rodem z moich ulubionych gatunków fabularnych, tak więc:
Makijaż a'la postacie z filmów Tima Burtona
Makijaż rodem ze "Zmierzchu"
I trochę steampunka
I tak pozostaje mi już tylko życzyć wam szampańskiej zabawy jutrzejszego wieczoru i mnóstwa dobrych książek i filmów w Nowym Roku!
Niestety drink, którego piłam pisząc ostatniego posta był moim ostatnim na dość długi czas. nie wspomniałam wam bowiem o tym, że w ramach ciągłego ruchu na wakacjach musiałam chodzić po lesie i przyczepił się do mnie kleszcz. Niestety był to podły boreliozaur i teraz muszę zajadać azytromycynę, po której co wieczór boli mnie brzuch.
Generalnie nie polecam kontaktów ze straszliwymi nosicielami boreliozy, ale bądź co bądź są one niezłym wprowadzeniem do dzisiejszego tematu czyli recenzji Prometeusza. Możecie spytać czy zwariowałam? Bo co kleszcze mają do cyklu o obcym? Ale nie, antybiotyki nie padły mi na mózg! Jeśli czytaliście posta o erotyce dla nerdów (a jeśli nie to koniecznie to zróbcie) na pewno zwróciliście uwagę na to, że darzę sporą sympatią Xenomorphy, a niestety 90% moich nerdowatych znajomych uważa za lepsze głupie predatory. Bezczelny współgremlin wyjaśnił mi swoją sympatię do uzbrojonych jaszczurów faktem, że obcy to "wielka mrówa"! Najpierw pomyślałam też mi coś! Ale po chwili zastanowienia rzeczywiście coś w tym jest, a przecież mrówki to najbardziej feministyczne społeczeństwo świata;] I w sumie przyznałam mu racje, chociaż larwy Xenomprphów zdecydowanie są podobniejsze do kleszczy. Nic się nie spodziewasz a tu nagle hyc! I już masz go w sobie:D
Tak w ogóle to szczerze lubię Ridelya Scotta i juz czuję, że ten post będzie długi, nudny i szczegółowo opisujący moje nerdowskie zwejchrowanie, wiec zrozumiem jesli nie dotrwacie ze mną do końca, ale jeśli wam się uda, będę niezmiernie wdzięczna.
O czym to ja...? A tak Ridely, uwielbiam go nawet nie za to, że jest świetnym reżyserem, a za wyjątkową umiejętność portretowania kobiet! Jeśli ten facet nas nie rozumie to nie wiem kto mógłby! Bo kobiety wcale, a wcale nie są takie, jak te wszystkie blondynki z romantycznych komedii, oj nie. Kobiety to bestie, a Scott to widzi i potrafi wspaniale opowiedzieć. Nie będę wam wymieniać tytułów, ani postaci, bo albo powinniście to wiedzieć, albo sobie sprawdźcie. Mi oczywiście chodzi o niezrównaną Ellen Ripley, którą stworzyła Sigourney Weaver (dorównuje chyba jedynie Linda Hamilton w Terminatorze;)
Swoją droga szkoda że na starość Scottowi tak się pogorszyło i popadł w
dziwną tendencję do tworzenia qauzi-historycznych filmów
przygodowych, takich jak mega nudne Królestwo niebieskie czy Robin Hood.
Po co mu to było nie wiem? No i za co te Oscary dla Gladiatora? Bez dwóch zdań powinna je była dostać Ripley
Uprzedzę to głupie pytanie - nie marzę o tym, żeby być taka jak ona, ale kiedy przyjdą po nas obcy albo w obliczu zombie apokalipsy właśnie taka chciałabym się stać. Jak ja jej zawsze kibicowałam! Ta postać była jak kometa na nudnawym niebie filmów przygodowych wszelkiej maści - wreszcie jakaś porządna bohaterka, a nie przykoksowany naoliwoiny facet biegający z giwerą.
No i Ripley za każdym razem wygrywała z Xenomorphami nie dzięki sile, a umiejętności zachowania zimnej krwi, wytrzymałości i inteligencji. Ale ok, nie siedźmy zanadto w przeszłości, czas wreszcie na Prometeusza.
Popatrzcie sobie na moją ulubioną mrówkę, nie krępujcie się i dajcie sobie na to chwilę czasu, bo jest to widok, którego w Prometeuszu nie ma zbyt wiele, o czym malkontenci na Stopklatce trąbią mniej więcej od dwóch tygodni. A to wcale nie jest wadą filmu.
A teraz dochodzimy do klu - czyli zdania "Bardzo mi się podobał ten film!". Jest wart każdej złotówki wydanej na bilet, a ten nie jest tani, bo to wszak 3D. Dlaczego piszę to w taki sposób? Otóż dlatego, że po przeczytaniu pełnej jęków recenzji Prometeusza autorstwa Tomka Bagińskiego, nie mogę zrobić inaczej. Chociaż w wielu momentach się z nim zgadzam uważam, że przesadził i nie dodaję linka do tych pomyjów, bo sami z łatwością znajdziecie je w sieci. Tomaszu Bagiński piszę to do Ciebie - taką recenzję to można wystawić Twojemu na maksa kiczowatemu spotowi promującemu polską prezydencję w UE (jest tak zły, że nawet nie zamierzam go tu zamieszczać w charakterze dowodu rzeczowego)!
Ok, wreszcie nadszedł czas na moją recenzję. A ta też nie będzie wcale krótka ani treściwa, obiecuję.
Pierwsze i największe wrażenie w całym filmie zrobiło na mnie jego wizualne piękno. Scott jest od lat rywalem Camerona, i choć nie odnosi tak spektakularnych finansowych sukcesów, dla mnie to on jest zwycięzcą w tym konkursie. Cameron to prosty facet, najpierw robił porządne strzelanki, potem romans stulecia, a na koniec jeszcze odnowił historię Pocahontas. Wszystko to ładne i dobrze wyprodukowane, ale (może z wyjątkiem Terminatora) nie pozostawia człowieka z pytaniami o życie, śmierć, przetrwanie, tożsamość, ludzką naturę, sens życia itd. Tymczasem Scott ma talent do tworzenia filmów po których człowiek ma o czym myśleć, wspomniawszy choćby Balde Runnera.
Co więcej, Scott naprawdę nie potrzebuje wiele, żeby zbudować klimat i opowiedzieć świetną, grająca na emocjach historię, jak nasz ulubiony 8 pasażer Nostromo, którego do dziś ogląda się z przyjemnością. Cameron też to potrafił, ale zwłaszcza na starość polubił wydawać dużo pieniędzy na raczej kiczowate przypowieści z prostym jak drut przekazem .
I tak wracając do piękna w mojej subiektywnej ocenie Prometeusz zdecydowanie przewyższa pod tym względem Avatara. Bo zamiast bawić się komputerem Scott wpadł na lepszy pomysł i zatrudnił świetnego operatora czyli Dariusza Wolskiego. I gdybym mogła kiedyś polecieć w kosmos wolałabym, żeby to był kosmos Scotta, a nie disnejowska bajka Camerona.
To surowe piękno najlepiej widać w pierwszych ujęciach, gdzie właściwie sama natura robi wrażenie. Nie potrzeba mu też żadnych fajerwerków i świecących gałęzi. Scottowi wystarczy niewielka przestrzeń statku kosmicznego i porządny mroczny korytarz, żeby zrobić dobry film. Ponadto na wielkie uznanie w tym filmie zasługuje użycie technologii 3D, a kiedy David uruchamia mapę nieba po raz pierwszy od dawna powiedziałam w kinie "wow", a zdjęcie, które widzicie poniżej nie oddaje tego co widzi się w kinie.
Prometeusz, to film, który zgodnie z nazwą nawiązuje do popkulturowej mitologii obcych, a w zasadzie jest jego księgą genesis. Fabuła filmu opiera się pomyśle, że ekipa specjalistów z różnych dziedzin pod wodzą dwójki archeologów wyrusza na planetę, z której rzekomo pochodzi ludzkość. Dokładnie tak, jak to miało miejsce z ekspedycją do okrytej pod lodem piramidy w Alien vs. Predator (podobnie też sponsorem imprezy w obydwu filmach jest człowiek o nazwisku Weyland). Mało to oryginalne, ale to wszak to tylko pretekst. Co ciekawe nasi bohaterowie nie chcą wcale zdobywać kosmosu - kierują nimi pobudki bardziej transcendentalne, mianowicie marzą o tym by poznać swoich stwórców/bogów.
Prym wśród nich wiodą Elizabeth (Noomi Rapace) i Charlie (Logan Marshall-Green), którzy bez wahania pchają się w korytarze kosmitów, uczynnie otwierane dla nich przez androida Davida (Michael Fassbender). W sumie od razu wiadomo kto będzie nową Ripley, a Charlie jest dla niej jednie przystojnym tłem.
Nowego androida też nie trzeba specjalnie przedstawiać, a Fassbendera w roli pomocnego acz nieco demonicznego Davida nie sposób go nie lubić, choć zdecydowanie nie jest dobrym duchem tej podróży. Trzeba mu przyznać, że zagrał naprawdę świetnie a jego postać jest staromodnie elegancka, a przy tym błyskotliwie ironiczna, sympatyczna i równocześnie zdystansowana, a mimo całej swojej pozornej usłużności jednak złowroga. Naprawdę wielki talent, który z przyjemnością się ogląda.
Wracając do akcji na planecie na którą trafia nasza drużyna rzeczywiście znajdują się protoplaści? kreatorzy? a może rzeczywiście bogowie ludzkości, tyle, że wszyscy są martwi. Ekspedycja przeszukuje więc krok po kroku tunele budowli, którą po sobie pozostawili i oczywiście, nie zważając na to, że coś co ich zabiło wciąż może być w środku, otwiera wszystkie drzwi, które powinny pozostać zamknięte. Nie trudno się domyślić, co znajdą za tymi drzwiami - złe czarne rzeczy, które zjedzą po kolei wszystkich członków załogi. I nie chcę słuchać jęków, że to spoiler - na tym w końcu polegają filmy o obcych i predatorach.
Więc tak jak we wszystkich filmach z cyklu w Prometeuszu będziemy obserwować załogę walczącą o życie z nietypowym wrogiem, a mianowicie ewolucją, którą najprawdopodobniej nasi stwórcy zafundowaliby całej Ziemi, gdyby tylko udało im się dożyć tego momentu.
Koniec filmu jest doprawdy epicki, a przez ponad dwie godziny jego trwania ani przez chwilę się nie nudziłam. Jeśli zastawialiście się skąd się wzięły Xenomorphy, to ten film odpowie na to pytanie, ale wszystkie pozostałe wątpliwości nie tylko nie zostaną rozwiane, a wręcz przeciwnie osnute jeszcze gęstszą mgłą pytań. Mi się to akurat podoba, a twórcom filmu zostawia szeroko otwartą furtkę do stworzenia kolejnych części tej historii z czego oczywiście się cieszę.
Poza tym lubię popkulturę za to, że tak dobrze rezonuje rozmaite współczesne lęki, nadzieje i spekulacje. W wypadku Prometeusza jest to aktualny dziś temat modyfikacji genetycznych, ewolucji, a nawet kreacjonizmu.
Są w tym filmie pewne denerwujące nieścisłości, bo Ridley Scott chyba nie miał nigdy cesarskiego cięcia. Gdyby miał, wiedziałby, że trzeba wciągnąć z brzucha łożysko i że długo po czymś takim nie można biegać. Nieco zawiódł też moje nadzieje co do praludzi - wyjątkowo agresywny i niekulturalny gatunek, który do tego nie potrafi usiedzieć na przeznaczonym dla siebie fotelu. No i wreszcie ten facet, który łaził jak postać z japońskiego horroru - też był trochę nie na miejscu. Dużo osób płacze też nad brakiem Xenomorphów, ale jak już wspomniałam dla mnie nie jest to wada. W tytule tego filmu nie występuje wszak słowo "obcy".
I na koniec świetny trailer
A jak wam mało Xenomorphów, to tutaj mój ulubiony film dokumentalny na ich temat. Nerdy są szalone;]
Dzisiaj nie będzie ani o książkach, ani o filmach, a o erotyce dla nerdów. A właściwie o paru jej przykładach, bo coś takiego jak erotyka, ba! nawet porno dla nerdów naprawdę istnieje i muszę przyznać, że nawet nawet jeśli nie jest szczególnie podniecające, to na bank jest zabawne.
Zacznijmy więc od Olgafa. Polecił mi go przyjaciel i jak tylko zaczęłam czytać nie mogłam się oderwać. Nie tylko ładnie narysowane, seksowne i zabawne, ale jeszcze mocno okrutne, cyniczne i drwiące z całego świata fantasy! Spójrzcie tylko na skan poniżej;]
A jest tego dużo dużo więcej, wystarczy kliknąć w magiczne słowo OLGAF!
Niektórym nie wystarcza czytanie. Nie wystarczają im też erotyczne sceny w sadze "Zmierzch", nie wystarczają im najwyraźniej także zwykli ludzie i wtedy sięgają po takie zabawki, jak smocze / wilkołacze dildo. Wspaniały artykuł na ten temat znajdziecie na stronie mojego ulubionego czasopisma czyli Vice, które jest nie tylko zajebiste, ale jeszcze do tego darmowe a więc gotowi? Oto WEJŚCIE SMOKA
Jeśli artykuł was zainspirował więcej takich oto pięknych gadżetów znajdziecie na stronie BAD DRAGON
Urocze wibratory oferowane przez niegrzecznego smoka przypominają mi o kolejnej pasji nerdów. Nerdy uwielbiają przecież kolekcjonować różne gadżety związane ze swoimi nudziarskimi pasjami. Mojego gremlinsa, mogliście zresztą sami zobaczyć w którymś z poprzednich postów. To jedna z serii figurek Gremlinów od Neca Toys, a mi marzy się jeszcze kilka, w tym również Flasher, którego prezentuję poniżej
Słodki co? Można go kupić w mega nerdowatym sklepie ALIENSGROUP. Oprócz figury Xenomorfa w skali 1 do 1 i czaszek predatorów znajdziecie tam również cycate i długonogie postacie rodem z mangi.
W sumie są słodziutkie i nawet w niezłym guście, więc czemu nie postawić sobie takiej ślicznotki na biurku?
Wiem wiem, ludzkie laski są nudne. A że nerdy nie mają wielu okazji do kontaktów z ludzkimi kobietami w sieci roi się od fantazji na temat kobiet-predatorów. W sumie wyglądają prawie tak jak faceci predatorzy, tyle, że maja pokryte łuską piersi. A teraz popatrz na zdjęcie i zgadnij, który jest kobietą?
Jeśli podnieciło cię to, co zobaczyłeś/łaś, wierz mi w internecie jest tego więcej. Dużo więcej.
Swoją drogą nie wiem dlaczego na pytanie czy chciałbyś być obcym czy predatorem, tylko ja odpowiadam OBCYM. Ludzie co jest z wami nie tak, że wolicie być jaszczurką, która ma jakąkolwiek siłę tylko dzięki swojej broni, zamiast wybrać z natury wspaniałego Xenomorfa? Jeśli wolicie być predatorami, powiem wam szczerze - macie poważne kompleksy i jesteście zboczeńcami, tak jak ci ludzie na zdjęciu.
Ale wracając do tematu nerdowskiej erotyki, ludzie którzy przebierają się za męskie i żeńskie predatory, to jedynie kropla w morzu, szajbusów, którzy lubią się przebierać. Dla mnie to nie jest "tylko" hobby, to musi być związane z fetyszyzmem! Na przykład fanki Terrego Goodkinda uwielbiają się ubierać jak Mord-Sith i nie mam wątpliwości, co mają na myśli wgryzając się w swoje Agiele;]
Auć!!! Ja tak nie robię...
Chociaż zrobiłam raz imprezę na której wszyscy mieli się przebrać za kosmitów, a współgremlins wybrał sobie Zoidberga i muszę przyznać, że nigdy żaden doktor ani kosmita tak bardzo mi się nie podobał;]
Zresztą tak, jak każdy film fabularny ma swoją wersję porno, tak w internecie można odnaleźć wiele przeróbek kreskówek na erotyczne. Królują oczywiście kreskówki dla dorosłych czyli Simpsonowie, Family Guy, South Park jest też oczywiście Futurama, ale ta fala porno-przeórbek nie ominęła nawet poczciwego Scooby-Doo. Tak to jest zoofilia!
Czy to jest chore? Ja bynajmniej tak nie uważam, zresztą erotyczne mangi od lat robią Japończycy i uważam, że ze świetnym skutkiem. Przynajmniej występujące w nich postacie są atrakcyjne, czego nie można powiedzieć o miażdżącej przewadze filmów pornograficznych...
A co do filmów na samotne zimowe wieczory polecam Heavy Metal, jest jak dobry zbiór opowiadań i bardzo dobrze się postarzał.
Podsumowując erotyka nerdów jest o wiele kreatywniejsza niż zwykłych ludzi. dlatego warto być: