Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty

piątek, 10 kwietnia 2015

Nuda, strach i śmierć, czyli co czeka na nas w kosmosie

Kiedy byłam młodsza, a właściwie zupełnie młoda, miałam ze swoją przyjaciółką pewną tajemnicę. Latem, po upalnym dniu, kiedy wreszcie zrobiło się ciemno, a ziemia zaczynała oddawać ciepło szłyśmy na łąkę położoną na wzniesieniu na uboczu naszej wsi , otwierałyśmy jakieś dziewczyńskie browary w rodzaju redsów czy gingersów, kładłyśmy się na trawie i powoli się wstawiając patrzyłyśmy sobie w gwiazdy.


Robiłam to już jako dziecko podczas nocnej warty na obozach harcerskich, nad morzem, nad lubuskimi jeziorami, w Karkonoszach, w Afryce śpiąc pod gołym niebem na dachach Chefchaouen, z obydwu wybrzeży Ameryki Północnej - nad Oceanem Atlantyckim i nad Oceanem Spokojnym, nieopodal Uluru w Australii, a wreszcie w swoim ogrodzie, ale i tak najlepsze patrzenie w gwiazdy było dla mnie właśnie wtedy, kiedy byłam szaloną nastolatką. Gadałyśmy, śmiałyśmy się, czekałyśmy aż jakaś spadnie, żeby wypowiedzieć życzenie i było w tym coś jeszcze dziecinnego i beztroskiego. Jak o tym dzisiaj myślę, to byłaby świetna scena w jakimś filmie o dorastaniu. Jest to w każdym razie wspomnienie tak miłe, że zawsze się do niego uśmiecham.

Ów jak zawsze przydługi wstęp wynika z tego, że chciałabym dziś napisać o trzech podróżach w kosmos, które ostatnio odbyłam z "Grawitacją", "Interstellarem" i nieco bardziej niszowym "Raportem Europy". Zawsze chciałam polecieć poza naszą galaktykę, nawet miałam taki plan, że kiedy loty poza orbitę staną się już codziennością, na starość sprzedam cały zgromadzony majątek (ale na razie mam marne szanse na jakikolwiek majątek) i zainwestuję w jakąś kosmiczną podróż  w nieznane. Ostatnio jednak zmieniłam zdanie, po pierwsze dlatego, że po latach marzeń wreszcie do mnie dotarło, że CAŁE SWOJE ŻYCIE SPĘDZIŁAM W KOSMOSIE, bo przecież gdzie indziej leży Ziemia... a po drugie, istnieje kino, a dzięki niemu taką podróż można obyć za niewygórowaną opłatą i przekonać się, że nie jest wcale tak super, jak mogłoby się pozornie wydawać.



Z rozlicznych powodów nie udało mi się obejrzeć  "Grawitacji" w kinie i sądzę, że był to spory błąd, bo w telewizji niestety całe piękno efektów specjalnych traci na oscarowej efektowności. Fabuła filmu sama w sobie nie jest porywająca. Otóż Rosjanie zniszczyli satelitę, którego resztki przemieszczają się po orbicie niszcząc wszystko co napotkają na swojej drodze, a napotykają przede wszystkim stacje kosmiczne. Od jednej z nich odrywa się dr Ryan Stone (Sandra Bullock), która najpierw z pomocą astronauty Matta Kowalskiego (zawsze to miły akcent, że Polaka gra George Clooney), a później już sama, stara się przeżyć i wrócić na ziemię.



Film całkowicie należy do Sandry Bullock, która ucieka przed morderczymi odłamkami od stacji do stacji i doskonale pokazuje, że jak coś się zepsuje w kosmosie, to masz przechlapane. Nie wezwiesz karetki, straży pożarnej ani GOPRu. Kiedy coś się zepsuje w kosmosie to albo zamarzniesz, albo się usmażysz, a jeśli jakimś cudem przeżyjesz to w końcu skończy ci się tlen. Całe piękno naszej planety, gwiazd, wschodu słońca, blaknie w obliczu najbardziej atawistycznych odruchów - strachu przed śmiercią i woli przeżycia.

Niestety wszystko o byłoby bardziej porywające, gdyby nie przeczucie, że dr Ryan jakoś sobie jednak z tym wszystkim da radę. Film jest stosunkowo krótki (nieco ponad 90 min.) i choć bez momentów ściskających za serce, ogląda się go z prawdziwą przyjemnością

Gdybym mogła powiedzieć to samo o "Interstellarze"..., ale nie, jednak nie. Christopher Nolan budzi we mnie mieszane uczucia. Z jednej strony świetnie odświeżył Batmana, z drugiej strony nie udźwignął historii, którą sam stworzył. Nie jestem też w stanie zrozumieć jego miłości do Bale'a, który ma dwa wyrazy twarzy - ścięty albo skwaszony. Ale ma niewątpliwy talent i wspaniałą wyobraźnię, o czym świadczy choćby "Incepcja".


W każdym razie w "Interstellarze" w niezbyt odległej przyszłości ludzkość musiała zrezygnować z telewizji, smartfonów, zaawansowanej technologii medycznej, a już całkowicie z produkcji wojskowej. Wszystkie te rzeczy okazały się zbędne kiedy planeta przestała być przyjazna i wszystkim zajrzał w oczy głód. Zapobiegliwe rządy zagnały więc ludność do uprawy kukurydzy i w taki właśnie sposób inżynier i pilot NASA Cooper (Matthew McConaughey) stracił pracę i przerzucił się na tuningowanie kombajnów. Nic dziwnego, że facet jest sfrustrowany, a żeby tego było mało, przez wspomniane oszczędności w NFZcie przyszłości stracił żonę i sam musi wychowywać dwójkę dzieci.

Na szczęście i nieszczęście w jednym razem ze swoją bystrą córką Murph odnajduje ostatnią istniejąca bazę NASA, gdzie w wielkiej tajemnicy powstaje statek kosmiczny, który ma znaleźć nową planetę dla rodzaju ludzkiego. Oczywiście Cooper z miejsca wygrywa casting na pilota. Plus jest taki, ze wreszcie koniec z uprawą kukurydzy, a minus, że musi zostawić swoje dzieci. Syn jest rozsądny i cieszy się, że wreszcie odziedziczy kombajny (a potem, jak to rolnik, szuka żony), ale córka strasznie mędzi i mimo że jest taaaak inteligentna, jakoś nie może pojąć, że ojciec robi to m. in. żeby znaleźć dla niej fajną miłą planetę, gdzie rośnie coś oprócz kukurydzy.



W porównaniu do "Grawitacji" "Interstellar" jest strasznie długi - 169 min. (niemal dwa razy tyle!). W kinie co chwila spoglądałam na zegarek zastanawiając się czy to Nolan rzeczywiście wrzucił coś w czarną dziurę, czy to mój zegarek się zepsuł (bez wątpienia nie bez wpływu na to był fakt, że dziecko zostało w domu, choć oczywiście nie samo). Być może był to jednak zamierzony efekt, bo dzięki tym wszystkim dłużyznom, można zrozumieć, że kosmiczne podróże ciągną się ciut bardziej niż 30-godzinna podróż do Australii. W każdym razie o ile po obejrzeniu "Grawitacji" zrozumiałam, że loty poza naszą, kochaną przyciągającą nas do siebie planetę, są bardzo niebezpieczne, o tyle "Interstellar" uświadomił mi, że nawet kriokomory nie są w stanie osłodzić marnowania życia na bycie zamkniętym w metalowej puszce dryfującej pośrodku niczego/wszystkiego.

W "Interstellarze" kosmos w ogóle nie jest fajny. Trudno znaleźć jakąś fajną planetę, astronauci wariują i stają się podłymi samolubami, czas płynie raz szybko raz wolno i a lotowi "Endurance' cały czas towarzyszy fatalizm, który sprawia, że nolanowską wizję zbawieni gatunku ludzkiego odebrałam jako po prostu nudną. Po prostu - ten film w żaden sposób mnie nie podekscytował. Teraz trochę zaspoiluję, a mianowicie pod koniec filmu dochodzi do sceny, w której jeden z astronautów chce przejąć kontrolę nad statkiem. Rzekomo powinno być to dramatyczne i wywołujące jakieś emocje, tymczasem mnie poraziła tylko i wyłącznie głupota gościa, który chce wracać na Ziemię, wiedząc, że planeta umiera. A co gorsza zamiast normalnie pogadać z innymi knuje jakieś kretyńskie intrygi, naprawdę szkoda Matta Damona do tej roli.



Podsumowując, "Interstellara"  nie ratuje gwiazdorska obsada ani efekty specjalne, ani nawet rozwiązanie zagadki z dziedziny fizyki. film jest po prostu za długi. W kinie da się obejrzeć, bo głupio tak usnąć i chrapać przy pełnej sali, ale podejrzewam, że w domowym kinie seans będzie przypominał maraton "Władcy Pierścieni" - dla mnie najlepszy sposób na bezsenność. Ale jednak warto obejrzeć po to, żeby przekonać się, na co Nolan wydał 165 $ i oczywiście popatrzeć na McConaugheya, który niestety nie będzie już prawdziwym detektywem.


I na koniec mniej znany "Raport Europy", na który sama trafiłam tylko dlatego, że mam kablówkę (burżujstwo!). Film z 2013 r., jakoś nie bardzo wypromowany i nie będący w przeciwieństwie do opisywanych wyżej poprzedników kinowym hitem, a jednak godny uwagi. Fabuła nieco podobna do poprzednich - grupa naukowców wyrusza na jeden z księżyców Jowisza, o bliskiej nam nazwie Europa. Wybierają się akurat tam ponieważ wcześniej bezzałogowe sondy znalazły na nim ślady życia. Jak widać poniżej księżyc jest bardzo ładny, ale niestety w misji wszystko, co tylko mogło pójść źle, idzie źle.



Już sama podróż okazuje się długa, męcząca i kalaustrofobiczna, Potem pojawia się kosmiczny sztorm, zrywa się łączność z ziemią, coś się psuje, ktoś umiera. Ale dzielni naukowcy postanawiają kontynuować misję w imię nauki i docierają na satelitę. Na miejscu okazuje się, że rzeczywiście istniej tam życie i to o wiele bardziej zaawansowane niż pierwotniaki, a do tego niezbyt przyjaźnie nastawione. Nie będzie tu co prawda tak spektakularnej walki o życie jak w "Obcym", ale po raz kolejny kosmos pokaże nam, że ciekawość to pierwszy stopień do piekła i że lepiej siedzieć w domu.


Najpiękniejsza jest jednak ostatnia scena filmu, który jedna z bohaterek zamyka słowami "czymże jest życie ludzkie w obliczu niezgłębionej wiedzy". Jakiej wiedzy? No własnie, musicie obejrzeć, żeby się dowiedzieć. W filmie może nie grają hollywoodzkie gwiazdy, ale jest fajnie skonstruowany, daje niezłe, realistyczne wyobrażenie o podróżach w kosmos, a bohaterowie są bardzo ludzcy bez patetycznego bohaterstwa będącego plagą amerykańskich produkcji (film jest amerykański, ale autorstwo międzynarodowe). Osobiście polecam, ponieważ jestem zdania, że nie potrzeba fortuny, żeby zrobić dobry film s-f, czego dobrym przykładem jest wspomniany już na blogu "Moon".

A konkluzja postu? Ano taka, że podróże w kosmos lepiej zostawić kosmonautom.





wtorek, 30 kwietnia 2013

Obcy z syndromem Sztokholmskim


Ponieważ, jak pamiętamy, lubię prozę Stephenie Meyer i jej ekranizacje, namówiłam Współgremlinsa na obejrzenie "Intruza" i przyznaję, że dawno już nie miałam w kinie takich wyrzutów sumienia;] Książki niestety nie czytałam, natomiast  film jest totalnie rozczarowujący. Meyer wymyśliła naprawdę fajną historię s-f, a wygląda to mniej więcej tak - rasa obcych nazywających siebie duszami przypuszcza inwazję na ziemię, ale wcale jej nie niszczy, a czyni ją cudowną oazą, w której nie ma głodu, wojen ani chorób, a cała planeta osiągnęła ekologiczny balas. Wszystko byłoby pięknie gdyby nie to, że obcy są pasożytami, które przejmują ludzkie ciała.

Główna bohaterka Melanie Stryder jest jedną z ostatnich nie zainfekowanych przedstawicielek ludzkiej rasy, ale już w pierwszej scenie zostaje schwytana i zainfekowana. Jej ciało przejmuje dusza o imieniu Wagabunda, ale osobowość Melanie okazuje się  tak silna, że  biedna dziewczyna dostaje rozdwojenia jaźni. Za sprawą siedzącej w jej głowie Mealanie Wagabunda decyduje się na ucieczkę i wyrusza na poszukiwanie ocalałych niedobitków ludzkości.

Właściwie wszystko zapowiada się w "Intruzie"  nieźle, kiedy okazuje się,  że nagle z opowieści s-f film zmienia się w płaczliwy romans. Melanie/Wagabudna dociera wreszcie do celu, ale nie może liczyć na zbyt ciepłe powitanie. Wręcz przeciwnie jej ukochany Jared na wejście obdarza ją nokautującym ciosem, nie zważając na to, że bądź co bądź bije ciało swojej ukochanej, a wszyscy inni chcą się jej jak najszybciej pozbyć. Tymczasem dziewczyna zamiast od razu powiedzieć prawdę o swojej schizofrenii zupełnie bez sensu ukrywa ten fakt.

Ponieważ chłopak Melanie Jared nie lubi swojej dziewczyny z duszą obcego, staje się ona szybko obiektem zainteresowania Iana, który zresztą na samym początku chciał ją zabić (w filmie jest ona jedyną nastoletnią dziewczyną w kryjówce ludzi, więc to pewnie dlatego). Ludzie skracają imię Wagabundy do Wandy i tak bohaterka zaczyna asymilować się z naszą podłą rasą. W międzyczasie Jared uświadamia sobie, że Melanie wciąż siedzi w swoim ciele i  zmienia zdanie co do zabicia jej, a w filmie wraca motyw ze "Zmierzchu", bo znów mamy dziewczynę rozdartą pomiędzy dwóch atrakcyjnych facetów (ale dobór aktorów wyjątkowo kiepski).

 





















Co najbardziej dziwi w tym filmie, to naiwność głównej bohaterki, bo jak uwierzyć w to, że ponad tysiącletni kosmiczny pasożyt, nagle ulega zachwytowi życiem ziemskich nastolatków? Do tego u Wandy wykształca się silny syndrom sztokholmski, bo nie tylko szybko zapomina o ciosie od Jareda i zamachach na swoje życie, ale także o tym, że ludzie nie są zbyt łaskawi dla jej bądź co bądź pokojowo nastawionej rasy.

Na uwagę w "intruzie" zasługuje też niemal komiczna rola Diane Kruger, która gra Poszukiwacza ścigającego główną bohaterkę. Jej zawzięte miny przypominają T-1000 z Terminatora 2, a jej obsesja, choć aktorsko ociera się o satyrę, to jednak jest jedyną sensowną motywacją w tym filmie. Diane bardzo chciałaby złapać Wagabundę/Wandę, a wraz nią niedobitki ludzkości, i choć wszystkie inne dusze mówią jej "hej wyluzuj, nic tam nie ma", to ona oczywiście ma rację. Naprawdę kosmiczne pasożyty powinny być bardziej zawzięte...

Ostateczny wydźwięk filmu jest bardzo smutny, bo choć oczywiście nastoletnia miłość triumfuje, to ludzkość dowiaduje się jak pokonać obcych i możemy być pewni, że znów zacznie się zabijanie, a planeta pogrąży się runie.... Czy warto to zobaczyć? Jeśli wątek romansowy was nie zemdli, to można to jakoś znieść, ale lojalnie ostrzegam mimo zachęcającego trailera, wszystkie próby zrobienia z tego kina akcji ewidentnie spełzły na niczym

piątek, 3 sierpnia 2012

Czerwony Kapturek dla średnio zaawansowanych

Nie tak dawno temu i wcale nie w lesie, a leżąc na naszej wygodniej czerwonej kanapie obejrzeliśmy sobie bajkę dla nastolatków pt. Red Rigindg Hood w autorstwa Cathernie Hardwicke, znanej głównie z reżyserii pierwszej części "Zmierzchu". 

A więc w odpowiedniej konwencji nastoletniego paranormalnego romansu dawno dawno temu temu w odległej wiosce, która w trakcie święta celebruje scenki rodem z obrazów Breugela, żyła sobie dziewczyna. Wiadomo piękna i ogólnie udana tyle, że jej babcia mieszkała nieco za lasem. W tej przedziwnej wiosce nie było jednak zbyt sielankowo, bo w okolicy od wielu lat grasował wilk, który od czasu do czasu kogoś zjadał.


Wieśniacy w sumie już się do tego zdążyli przyzwyczaić i nie przeszkadzałoby to nawet w aranżacji małżeństwa naszej głównej bohaterki, gdyby nie przykry fakt, że wilk za najbardziej smakowitą ze wszystkich mieszkańców osady uznał siostrę Czerwonego Kapturka. Wiadomo taka sytuacja może trochę opóźnić ślub, do którego zresztą Valerie, wcale się nie spieszy, bo zamiast przeznaczonego jej sympatycznego syna kowala Henrego marzy jej się młody drwal Peter.

Na to wszystko do wioski zajeżdża znany i lubiany czarny charakter czyli Garry Oldman  jako Solomon. Jest on kimś w rodzaju inkwizytora od wilkołaków i zamierza zrobić wreszcie porządek ze złym wilkiem. I wtedy, jakby komplikacji było mało wilk zaczyna darzyć szczególną uwagą Czerwonego Kapturka, a biedna Valerie nie wie co począć.



Wilk mówi "choć ze mną będzie fajnie", mama mówi "weź ślub z Henrym", a Peter mówi "ucieknij ze mną". Każdy jednak jest bardzo tajemniczy, a już zwłaszcza babcia i dziewczyna popada w totalne niezdecydowanie, z którego będzie musiała się tak wykaraskać, żeby przy okazji Solomon nie puścił całej wioski z dymem.
 
Generalnie jest to bardzo ładnie zrobiony film, ale na poziomie treści nie zaskakuje pod żadnym względem. No może tym, że jak na taką uroczą bajkę nie jest super cukierkowo, giną niewinni,  są tortury i nie wiadomo kto gorszy wilk czy Gary Oldman. Wyjątkowo podobała mi się też scena z tradycyjnymi pytania "babciu, a dlaczego masz takie wielkie oczy?". Dla niej samej warto obejrzeć ten film. Bo czy w ogóle warto? Ze zdziwieniem stwierdzam, że im więcej czasu mija, tym lepsze są moje wspomnienia, a plusy zaczynają przesłaniać mi wiele z minusów tego filmu;]

Czy Red Riding Hood może się podobać? Myślę, że nastolatkom, które bezkrytycznie chłoną popkulturową papkę - tak, ale dla wszystkich, którzy znają genialne The Comapany of Wolves Neila Jordana, ten film nie będzie zbyt odkrywczy. Ot kolejny produkt powstały na fali popularności "Zmierzchu". Wystarczy  popatrzeć na Petera i Edwarda, ktoś znajdzie 10 różnic?


I tak niespodziewanie dla siebie udało mi się streścić, bo co tu dużo pisać o tej dość przewidywalnej produkcji. The Company of Wolves jest natomiast dziełem absolutnie doskonałym, które obejrzałam jeszcze w dzieciństwie i którym dość skutecznie straszyłam swoją młodszą kuzynkę spacerując po zamarzniętej rzece w zapuszczonym przypałacowym parku. Ten film wpływał na wyobraźnię w sposób porównywalny do Twin Peaks.


W dzieciństwie najbardziej zapadł mi w pamięci sugestywny widok czerwieni na śniegu, niestety byłam zbyt młoda, żeby wówczas zrozumieć przesłanie tego filmu. A opowieść o dziewczynie zakochanej w wilkołaku to przecież ważna życiowa lekcja.


Wszak najważniejszym przesłaniem opowieści o wilkołakach nie jest wcale seks z tajemniczym przystojniakiem, a mądra wskazówka dla małych dziewczynek, że człowiek człowiekowi, a już zwłaszcza mężczyzna kobiecie, wilkiem.

czwartek, 26 lipca 2012

Spełniona obietnica Prometeusza

Niestety drink, którego piłam pisząc ostatniego posta był moim ostatnim na dość długi czas. nie wspomniałam wam bowiem o tym, że w ramach ciągłego ruchu na wakacjach musiałam chodzić po lesie i przyczepił się do mnie kleszcz. Niestety był to podły boreliozaur i teraz muszę zajadać azytromycynę, po której co wieczór boli mnie brzuch.

Generalnie nie polecam kontaktów ze straszliwymi nosicielami boreliozy, ale bądź co bądź są one niezłym wprowadzeniem do dzisiejszego tematu czyli recenzji Prometeusza. Możecie spytać czy zwariowałam? Bo co kleszcze mają do cyklu o obcym? Ale nie, antybiotyki nie padły mi na mózg! Jeśli czytaliście posta o erotyce dla nerdów (a jeśli nie to koniecznie to zróbcie) na pewno zwróciliście uwagę na to, że darzę sporą sympatią Xenomorphy, a niestety 90% moich nerdowatych znajomych uważa za lepsze głupie predatory. Bezczelny współgremlin wyjaśnił mi swoją sympatię do uzbrojonych jaszczurów faktem, że obcy to "wielka mrówa"! Najpierw pomyślałam też mi coś! Ale po chwili zastanowienia rzeczywiście coś w tym jest, a przecież mrówki to najbardziej feministyczne społeczeństwo świata;] I w sumie przyznałam mu racje,  chociaż larwy Xenomprphów zdecydowanie są podobniejsze do kleszczy. Nic się nie spodziewasz a tu nagle hyc! I już masz go w sobie:D


Tak w ogóle to szczerze lubię Ridelya Scotta i juz czuję, że ten post będzie długi, nudny i szczegółowo opisujący moje nerdowskie zwejchrowanie, wiec zrozumiem jesli nie dotrwacie ze mną do końca, ale jeśli wam się uda, będę niezmiernie wdzięczna.

O czym to ja...? A tak Ridely, uwielbiam go nawet nie za to, że jest świetnym reżyserem, a za wyjątkową umiejętność portretowania kobiet! Jeśli ten facet nas nie rozumie to nie wiem kto mógłby! Bo kobiety wcale, a wcale nie są takie, jak te wszystkie blondynki z romantycznych komedii, oj nie. Kobiety to bestie, a Scott to widzi i potrafi wspaniale opowiedzieć. Nie będę wam wymieniać tytułów, ani postaci, bo albo powinniście to wiedzieć, albo sobie sprawdźcie. Mi oczywiście chodzi o niezrównaną Ellen Ripley, którą stworzyła Sigourney Weaver (dorównuje chyba jedynie Linda Hamilton w Terminatorze;)

Swoją droga szkoda że na starość Scottowi tak się pogorszyło i popadł w dziwną tendencję do tworzenia qauzi-historycznych filmów przygodowych, takich jak mega nudne Królestwo niebieskie czy Robin Hood. Po co mu to było nie wiem? No i za co te Oscary dla Gladiatora? Bez dwóch zdań powinna je była dostać Ripley

Uprzedzę to głupie pytanie -  nie marzę o tym, żeby być taka jak ona, ale kiedy przyjdą po nas obcy albo w obliczu zombie apokalipsy właśnie taka chciałabym się stać. Jak ja jej zawsze kibicowałam! Ta postać była jak kometa na nudnawym niebie filmów przygodowych wszelkiej maści - wreszcie jakaś porządna bohaterka, a nie przykoksowany naoliwoiny facet biegający z giwerą.

No i Ripley za każdym razem wygrywała z Xenomorphami nie dzięki sile, a umiejętności zachowania zimnej krwi, wytrzymałości i inteligencji. Ale ok, nie siedźmy zanadto w przeszłości, czas wreszcie na Prometeusza.

Popatrzcie sobie na moją ulubioną mrówkę, nie krępujcie się i dajcie sobie na to chwilę czasu, bo jest to widok, którego w Prometeuszu nie ma zbyt wiele, o czym malkontenci na Stopklatce trąbią mniej więcej od dwóch tygodni. A to wcale nie jest wadą filmu.



A teraz dochodzimy do klu - czyli zdania "Bardzo mi się podobał ten film!". Jest wart każdej złotówki wydanej na bilet, a ten nie jest tani, bo to wszak 3D. Dlaczego piszę to w taki sposób? Otóż dlatego, że po przeczytaniu pełnej jęków recenzji Prometeusza autorstwa Tomka Bagińskiego, nie mogę zrobić inaczej. Chociaż w wielu momentach się z nim zgadzam uważam, że przesadził i nie dodaję linka do tych pomyjów, bo sami z łatwością znajdziecie je w sieci. Tomaszu Bagiński piszę to do Ciebie - taką recenzję to można wystawić Twojemu na maksa kiczowatemu spotowi promującemu polską prezydencję w UE (jest tak zły, że nawet nie zamierzam go tu zamieszczać w charakterze dowodu rzeczowego)!

Ok, wreszcie nadszedł czas na moją recenzję. A ta też nie będzie wcale krótka ani treściwa, obiecuję.

Pierwsze i największe wrażenie w całym filmie zrobiło na mnie jego wizualne piękno. Scott jest od lat  rywalem Camerona, i choć nie odnosi tak spektakularnych finansowych sukcesów, dla mnie to on jest zwycięzcą w tym konkursie. Cameron to prosty facet, najpierw robił porządne strzelanki, potem romans stulecia, a na koniec jeszcze odnowił historię Pocahontas. Wszystko to ładne i dobrze wyprodukowane, ale (może z wyjątkiem Terminatora) nie pozostawia człowieka z pytaniami o życie, śmierć, przetrwanie, tożsamość, ludzką naturę, sens życia itd. Tymczasem Scott ma talent do tworzenia filmów po których człowiek ma o czym myśleć, wspomniawszy choćby Balde Runnera.

Co więcej, Scott naprawdę nie potrzebuje wiele, żeby zbudować klimat i opowiedzieć świetną, grająca na emocjach historię, jak nasz ulubiony 8 pasażer Nostromo, którego do dziś ogląda się z przyjemnością. Cameron też to potrafił, ale zwłaszcza na starość polubił wydawać dużo pieniędzy na raczej kiczowate przypowieści z prostym jak drut przekazem .

I tak wracając do piękna w mojej subiektywnej ocenie Prometeusz zdecydowanie przewyższa pod tym względem Avatara. Bo zamiast bawić się komputerem Scott wpadł na lepszy pomysł i zatrudnił świetnego operatora czyli Dariusza Wolskiego. I gdybym mogła kiedyś polecieć w kosmos wolałabym, żeby to był kosmos Scotta, a nie disnejowska bajka Camerona.

To surowe piękno najlepiej widać w pierwszych ujęciach, gdzie właściwie sama natura robi wrażenie. Nie potrzeba mu też żadnych fajerwerków i świecących gałęzi. Scottowi wystarczy niewielka przestrzeń statku kosmicznego i porządny mroczny korytarz, żeby zrobić dobry film. Ponadto na wielkie uznanie w tym filmie zasługuje użycie technologii 3D, a kiedy David uruchamia mapę nieba po raz pierwszy od dawna powiedziałam w kinie "wow", a zdjęcie, które widzicie poniżej nie oddaje tego co widzi się w kinie.













Prometeusz, to film, który zgodnie z nazwą nawiązuje do popkulturowej mitologii obcych, a w zasadzie jest jego księgą genesis. Fabuła filmu opiera się pomyśle, że ekipa specjalistów z różnych dziedzin pod wodzą dwójki archeologów wyrusza na planetę, z której rzekomo pochodzi ludzkość. Dokładnie tak, jak to miało miejsce z ekspedycją do okrytej pod lodem piramidy w Alien vs. Predator (podobnie też sponsorem imprezy w obydwu filmach jest człowiek o nazwisku Weyland). Mało to oryginalne, ale to wszak to tylko pretekst. Co ciekawe nasi bohaterowie nie chcą wcale zdobywać kosmosu -  kierują nimi pobudki bardziej transcendentalne, mianowicie marzą o tym by poznać swoich stwórców/bogów.

Prym wśród nich wiodą Elizabeth (Noomi Rapace) i Charlie (Logan Marshall-Green), którzy bez wahania pchają się w korytarze kosmitów, uczynnie otwierane dla nich przez androida Davida (Michael Fassbender). W sumie od razu wiadomo kto będzie nową Ripley, a Charlie jest dla niej jednie przystojnym tłem.


Nowego androida też nie trzeba specjalnie przedstawiać, a Fassbendera w roli pomocnego acz nieco demonicznego Davida nie sposób go nie lubić, choć zdecydowanie nie jest dobrym duchem tej podróży. Trzeba mu przyznać, że zagrał naprawdę świetnie a jego postać jest staromodnie elegancka, a przy tym błyskotliwie ironiczna, sympatyczna i równocześnie zdystansowana, a mimo całej swojej pozornej usłużności jednak złowroga. Naprawdę wielki talent, który z przyjemnością się ogląda.


Wracając do akcji na planecie na którą trafia nasza drużyna rzeczywiście znajdują się protoplaści? kreatorzy? a może rzeczywiście bogowie ludzkości, tyle, że wszyscy są martwi. Ekspedycja przeszukuje więc krok po kroku tunele budowli, którą po sobie pozostawili i oczywiście, nie zważając na to, że coś co ich zabiło wciąż może być w środku, otwiera wszystkie drzwi, które powinny pozostać zamknięte. Nie trudno się domyślić, co znajdą za tymi drzwiami - złe czarne rzeczy, które zjedzą po kolei wszystkich członków załogi. I nie chcę słuchać jęków, że to spoiler - na tym w końcu polegają filmy o obcych i predatorach.

Więc tak jak we wszystkich filmach z cyklu w Prometeuszu będziemy obserwować załogę walczącą o życie z nietypowym wrogiem, a mianowicie ewolucją, którą najprawdopodobniej nasi stwórcy zafundowaliby całej Ziemi, gdyby tylko udało im się dożyć tego momentu.

Koniec filmu jest doprawdy epicki, a przez ponad dwie godziny jego trwania ani przez chwilę się nie nudziłam. Jeśli zastawialiście się skąd się wzięły Xenomorphy, to ten film odpowie na to pytanie, ale wszystkie pozostałe wątpliwości nie tylko nie zostaną rozwiane, a wręcz przeciwnie osnute jeszcze gęstszą mgłą pytań. Mi się to akurat podoba, a twórcom filmu zostawia szeroko otwartą furtkę do stworzenia kolejnych części tej historii z czego oczywiście się cieszę.

Poza tym lubię popkulturę za to, że tak dobrze rezonuje rozmaite współczesne lęki, nadzieje i spekulacje.  W wypadku Prometeusza jest to aktualny dziś temat modyfikacji genetycznych, ewolucji, a nawet kreacjonizmu.

Są w tym filmie pewne denerwujące nieścisłości, bo Ridley Scott chyba nie miał nigdy cesarskiego cięcia. Gdyby miał, wiedziałby, że trzeba wciągnąć z brzucha łożysko i że długo po czymś takim nie można biegać.  Nieco zawiódł też moje nadzieje co do praludzi - wyjątkowo agresywny i niekulturalny gatunek, który do tego nie potrafi usiedzieć na przeznaczonym dla siebie fotelu. No i wreszcie ten facet, który łaził jak postać z japońskiego horroru - też był trochę nie na miejscu. Dużo osób płacze też nad brakiem Xenomorphów, ale jak już wspomniałam dla mnie nie jest to wada. W tytule tego filmu nie występuje wszak słowo "obcy".

I na koniec świetny trailer


A jak wam mało Xenomorphów, to tutaj mój ulubiony film dokumentalny na ich temat. Nerdy są szalone;]

piątek, 15 czerwca 2012

Kiepski come back Men in black

Zacznijmy tego posta od nacisnięcia "play" na poniższym filmiku. 

 

Czy to nie było fajne? Powiedziałabym, że nawet prawie tak fajne, jak główny motyw z GhostBusters. A w 1997 kiedy pierwszy film wszedł na kinowe ekrany to naprawdę było coś!

Im bardziej myślę, jak fajne było pierwsze MiB, tym bardziej mi smutno, za to jak zamierzam zjechać MiB 3. Ale cóż począć, kiedy ten film jest naprawdę słaby.

Sama nie wiem od czego zacząc? 

Pomysł na fabułę był taki, że trzeba uratować świat przed szaleńcem, a żeby to zrobić należy cofnąć się w czasie i powstrzymać go zanim zabije agenta K. Proste prawda? Dodajemy jeszcze trochę pościgów, głupich żartów, raczej obrzydliwych kosmitów i film gotowy.Miało być jak zwykle, ale wyszło gorzej.

Dlaczego? Chyba dlatego, że skok w przeszłość ma nie tylko zapobiec zagładzie świata, ale także pogłębić relację agentów J i K. Wiem jak to brzmi, (Sam <3 Frodo), ale to prawda! Okazało się mimo wieloletniej współpracy Tommy Lee Jones wciąż nie otworzył swojego serca przed Willem Smithem i dalej pozostaje podstarzałym gburem. Więc J skacze w przeszłość, żeby uratować K przed złym Borysem, a przy okazji chce zrozumieć dlaczego jest on takim nieczułym mrukiem. 

Borys skoczył do przeszłości pierwszy więc mamy dwóch Borysów (jednego z przeszłości "kompletnego" i drugiego z przyszłości z obciętą ręką) kontra dwóch agentów - współczesnym J i K z przeszłości. W przeciwieństwie do "geniusza" zbrodni nasi agenci domyślili się, że sukces leży we współpracy. A tymczasem wróg choć niby bystry, to jednak jest głupi, prymitywny, zwierzęcy i brutalny.

Akcja zasadza się głównie na pościgu i kłopotom w związku J i K, co jak na trzecią część jest już na maxa naciągane. Ale żeby nie było tak nudno po drodze nasi bohaterowie mają różne przygody m. in. odwiedziny w słynnej Fabryce Andy;ego Warhola.

Samo w sobie było to debilnym pomysłem, ale jest to przy okazji taki mały ukłon w stronę ludzi, którzy nie rozumieją sztuki - nie wiecie o co chodzi? Nie szkodzi to, co robił Warhol było przecież debilne, pośmiejmy się razem. Możemy poczuć się lepiej od ludzi podejmujących jakies wysiłki intelektualne prawda? Nieprawda, zwłaszcza przypadku Ameryki, która nie jest znana ze swego intelektualnego charakteru, a tu jeszcze obśmiewa to z czego powinna być dumna. Słaby i zużyty ten żart

Rozczarowania ciąg dalszy - wydawało mi się, że Will Smith jest już na tyle znany, poważany i bogaty, że nie musi grać głupkowatych czarnych, a jednak:/ Nie wiem tylko czy to wina rasizmu w Hollywood, czy Will tak się już zapętlił w swojej manierze, że nie moze już grac inaczej? Tak czy tak to smutne.


 Co więcej, nie dosyć, że biedny Will jest czarny i gra głupszego to musi chyba często chodzić do doktora, bo nie widać, żeby jego twarz od pierwszego filmu postarzała się choć o dzień. Więc mimo, że przez cały film powtarza K, że jest już agentem od 14 lat, nic się w jego postaci nie zmieniło -  ciągle gra robiąc durnowate miny, musi podporządkowywać się K, kradnie dzieciom ich czekoladowe mleko, a białym samochody. A całej sytuacji nie ratuje nawet żarcik o złym traktowaniu czarnych przez policję w latach 60. 

Wiem, wiem, że przecież to komedia i tak jak na filmy z Jimem Carreyem, idziemy do kina oglądać te dziwne pląsy, ale po "I'm a legend" ja chciałabym czegoś więcej.


Sam Tommy Lee Jones jako K ma być zabawny przez kontrast do J, ale po prawdzie to jego rola w tym filmie jest epizodyczna. Zdążył jedynie wykazać się nieuzasadnioną przemocą wobec obcych, a zwłaszcza tego słodziutkiego stworeczka, którego tutaj trzyma. 

Potem Tommy znika, a K odgrywa jego młodsza wersja czyli Josh Brolin. Zgodnie z rolą całkiem nieźle idzie mu złe traktowane czarnych tj. J, łącznie z biciem go po psyku, którego J. oczywiście nie odwzajemnia. Zresztą Brolin o dziwo gra z całej trojki najlepiej powiedziałbym nawet, że jest jak James Bond ze starych dobrych filmów o specjalnym, agencie. A oto i on


Jeszcze może dwa słowa o czarnym charakterze, który jak przystało na lekki film jest nie tylko dogłębnie zły, ale i odpowiednio paskudny Facet jest dziwnym robakiem, który chce zniszczyć świat, ma całkiem fajną organiczną broń, która wystrzeliwuje z ciała i nie lubić jak nazywać go "bestią". Innych rysów psychologicznych brak czytaj nikt nie zabił mu rodziców ani psa w dzieciństwie. Gra go Jemaine Clement, o którym nigdy wcześniej nie słyszałam, ale nic w tym dziwnego - pięknie warczy i ładnie go ucharakteryzowali, na tym kończy się jego rola. 

Dziewczyną tego odcinka jest narzeczona Borysa z samego początku filmu grana przez uroczą Nicole Scherzinger. Niestety nie dali się jej nagrać, a szkoda, bo ze swoim stylem rockabilly była warta oglądania.  Co doskonale widać poniżej. Na tym kończą się postacie kobiece, bo przecież nie liczymy Emmy Thompson


I to by było na tyle. Mało przemocy, jeszcze mniej seksu i za mało o kosmitach podsumowane finałowa walką, która nie budzi żadnych emocji. Słabo, słabo, słabo.

Jedyne czego nie mogę zarzuć MiB 3, to bardzo fajnie zrobione 3D. Warte wydania tych kilku złotych więcej na bilet.

Niestety nawet soundtrack w Facetach w czerni 3 był gorszy niż zwykle, tu piosenka niejakiego Pitbula, której główną zaleta jest fajny podkład ze starszego utworu





Gdybyście się jednak zdecydowali, jak zwykle poniżej trailer. Co ciekawe, zaobserwował to Luke, całkiem niezła scena z graffiti nie trafiła do filmu


Faceci w czerni 3
Reżyseria: Barry Sonnenfeld

czwartek, 14 czerwca 2012

Orson Scott Card i gry małych chłopców

Czytam ostatnio tak kuriozalną książkę, że żeby zachować sprawność umysłu, muszę ją sobie dozować porcjami. I nie nie jest to wcale Dukaj, a Osioł w okularach dr. Mirsakarima Norbekova, jak klikniecie w link, przeczytacie sobie o tym na innym blogu, a u mnie jak zwykle będzie o rzeczach poważnych.

Tak się ostatnio złożyło, że nie tylko dostałam do recenzji "Zaginione wrota" Orsona Scotta Carda, ale jeszcze od naczelnika tajnej policji z mojej wyimaginowanej wyspy (napisze kiedyś o tym, ale w gruncie rzeczy moje wymarzone miejsce bardzo przypomina Chiny, tyle, że jest bardziej new ageowe i w tropikach) dostałam do poczytania "Grę Endera" i parę innych książek Carda.

Przeczytałam zupełnie na odwrót najpierw "Wrota", a potem "Endera", bo wiadomo w recenzjach gonią terminy itd. i co najbardziej zaskakujące absolutnie nie był to błąd. Bo gdybym znała wcześniej "Endera" pewnie nie byłabym zachwycona "Wrotami", a tak ze świeżym umysłem i bez wygórowanych oczekiwań przeczytałam je z przyjemnością.



W skrócie - "Zaginione wrota" to nowsza i gorsza wersja Endera, a całą nudną i przydługą recenzję  znajdziecie TUTAJ, więc macie teraz wybór, albo wejść w link, albo poczytać jak pieję sobie z zachwytu nad "Grą Endera". Zaznaczę tylko, że to drugie się nie zdarza zbyt często.



Piękna okładka angielskiego wydania, nieprawdaż? Szkoda, że ta w polskim wydaniu taka nie była, a powinna, żeby dopełnić geniuszu tej książki. Tak, tak, naprawdę mi się podobało "oooołaaaał" tylko tyle powiedziałam po przeczytaniu, a potem jeszcze kilka razy to powtórzyłam.

Dlaczego? Otóż dlatego, że "Gra Endera" jest  jak połączenie najlepszych opowiadań Philipa K. Dicka, "Władcy much" Williama Goldinga i "Żołnierzy kosmosu" w reżyserii mojego ulubionego hollywoodzkiego rozpruwacza Paula Verhoevena. To powinno wam wystarczyć, ale wiem, że niektórzy są bardziej wymagający, więc dodam kilka słów o fabule.

W nie tak znowu odległej przyszłości był sobie genialny chłopiec. Jest trzecim dzieckiem swoich rodziców, które pozwolono im mieć (z okazji przeludnienia planety są limity) tylko ze względu na to, że jego brat Peter i siostra Valerie, również są geniuszami i szkoda byłoby zmarnować taki potencjał genetyczny. Zwłaszcza, że ani Valerie, ani Peter nie nadawali sie na dowódców, a tego własnie potrzeba światu - dowódcy, który zwycięży w ostatecznej wojnie pomiędzy ludźmi, a ich owadzimi wrogami z  innej planety. 

Stąd od najmłodszych lat Ender był obserwowany i oceniany pod względem inteligencji, empatii, zdolność itd. a my poznajemy go w momencie, kiedy okres obserwacji kończy się ostatecznym testem. Na swoje nieszczęście Ender go zdaje. Dlaczego na nieszczęście? Otóż dlatego, że trafia do zlokalizowanej w kosmosie akademii, gdzie takie dzieci jak on szkoli się na żołnierzy. Oglądaliście "Full metal jacket"? To wiecie o co chodzi. Zasady są mniej więcej te same, tyle że w kosmicznej akademii dzieci uczą się strategii poprzez gry bojowe

Ender jednak nie jest zwyczajnym rekrutem, więc,aby wypracować u chłopca odpowiednie cechy charakteru władze szkoły podejmują niecodzienne i mało pedagogiczne korki, które co chwila stawiają go w podbramkowych sytuacjach. Naprawdę momentami żal chłopaka, ale jak to się świetnie czyta!

Card po prostu wspaniale zbudował tą postać i stworzył taki psychologiczny profil, który każdy czytelnik odniesie do siebie...Tak, małe dziecko postawione przed wyzwaniem, zagrożone, nie mogące liczyć na nikogo oprócz siebie... Klasyka, ale jakże przemawiająca do wyobraźni!

Nie ma jak napisać,więcej, żeby tego nie zaspoilować. ale bardzo istotny w książce jest tytułowy motyw gry. Naprawdę już nigdy nie usiądę przed moim PS3 z takimi samymi uczuciami. Gra, gra, gra... czy to wszystko jest naprawdę tylko grą? Czy w ogóle jest coś takiego jak "tylko gra"? Przecież już przystępując do gry przyjmujesz jakieś założenia, postawę, oczekiwania. Po przeczytaniu "Endera" spytałam znajomego, który gra w "Call of duty" - grę, której sensu zupełnie nie czuję - na czym wg. niego polega jej fenomen, dlaczego tak lubi w nią grać. Odpowiedź była świetna "dlatego, że mężczyźni chcą zabijać,to jest nasz instynkt, a współcześnie nie mamy jak inaczej go zrealizować". 

Jeśli lubicie zakończenia filmowe w stylu "Fight clubu" to Ender jest absolutnie dla was. Teraz jak o tym myślę, to bardziej niż s-f jest to książka psychologiczna...Generalizując jest rozbicie mózgu, porównywalne do tego w "Innych pieśniach". Piękne!

Ażeby było jeszcze piękniej, będzie też film na podstawie książki z Hanem Solo vel Harrisonem Fordem tu znajdziecie SZCZEGÓŁY

A ja podrzucam fanowski trailer. Naprawdę nerd wszystko potrafi!





środa, 30 maja 2012

Polowanie na trole? Zdecydowanie odradzam

Zdaje się, że nie doceniłam potęgi karmy, a już na pewno nie doceniłam troli. Czytajcie więc i zaczerpnijcie z tej nader anegdotycznej historii naukę na przyszłość, która być może okaże się dla was łaskawsza.

A wszystko zaczęło się od filmu "The Troll Hunter". Jakiś czas temu zupełnie niezależnie od siebie dwa znajome nerdy (jeden narodowości niemieckiej), poleciły nam ten film jako bardzo fajny doku, a raczej mocku-ment. Któryś nawet nam go nagrał i tak ten przeklęty film leżał sobie i leżał, aż przy okazji wizyty przyjaciela postanowiliśmy obejrzeć coś nerdowatego. "Łowca trolli" brzmiało jak znalazł, a plakat wyglądał zachęcająco, nieprawdaż?


Niestety ja i Luke wytrzymaliśmy chyba z pół godziny Radek twierdzi, że dotrwał do końca, ale jak się ta historia skończyła nie potrafił odpowiedzieć, wiec kłamał.

Spanie we trójkę na jednej kanapie w pozycjach siedząco-leżących możesz określić jako nieprzyjemne dopiero kiedy budzisz się o 3 nad ranem bo twój kręgosłup już nie mógł tego wytrzymać. Jest to zadanie dosyć trudne i żeby go dokonać, trzeba oglądać coś takiego, jak Transformersy (swoją droga szczerze nie cierpię tego robociarskiego szajsu za niebotyczne pieniądze, które powinny trafić do biednych dzieci, a nie Szyji Lebufona, który ani nie jest .przystojny, ani utalentowany i jeszcze chciałaby być Indianą Jonesem - niedoczekanie!). Ta mała dygresja w nawiasie chyba dobrze obrazuje mój stosunek do tej komercyjnej szmiry z identycznym scenariuszem w każdej części, drewnianą grą aktorską i drogim efekciarstwem!

Głęboki oddech...Ok, "Łowca troll" to nie "Transformers", nie ma tam Szyji, nie poszłaś na to do kina, nie dałaś zarobić Bayowi ani złotówki na wspomożenie jego chorego ego, głęboki oddech.

Trochę pomogło, to teraz szybko skoro już się wyżyłam dlaczego nie podobało mi się polowanie na trole? Bo jest totalnie nudne - przez cały film niemiłosiernie wkurzał mnie ten typ w niebieskiej kurtce, który jest tam niby narratorem. Naprawdę nie mogłam na niego patrzeć, głupie teksty, głupie miny, głupie wrzaski. dziewczyna na szczęście niemal się nie odzywa, a rzekomy operator nie pokazuje się niemal w ogóle, więc jest tam moją ulubioną postacią.

Sam Łowca wygląda jak Chuck Norris i już za to polubiłam go od pierwszego wejrzenia. ale niestety nawet Strażnik z Norwegii nie uratuje drętwego scenariusza. Wyobraźmy sobie grupę studentów, która chce zrobić film o kłusowniku, śledzą faceta po nocach i na drogach, a on zamiast zadzwonić na policje, po jakimś czasie zgadza się ich ze sobą zabrać na łowy. Gdybym ja była łowcą trolli zostawiłabym ich na pożarcie trollom. Zwłaszcza gościa w niebieskiej kurtce.

Może ta cześć filmu, która przespałam jest lepsza? Nie che mi się już sprawdzać, więc radzę wam obejrzeć film od razu od połowy, żeby nie tracić czasu, który bezinteresownie zmarnowałam po to, żeby was ostrzec. W każdym razie w mocje części filmu studenci ciągle obgadują biednego faceta i śledzą go, aż wreszcie ten stalking kończy się wspólnym polowaniem i zbrataniem się w bitwie.

Wszystkie najlepsze sceny w poniższym trailerze



Jest tam parę sympatycznych akcentów, jak na przykład podrzucanie niedźwiedzi w celu kamuflażu prawdziwych zdań łowcy troli, które nomen-omen przywozi ekipa polskich robotników, albo wyjaśnienie spiskowej teorii rządu, który utrzymuje społeczeństwo w nieświadomości torlej egzystencji. Dla mnie to jednak trochę za mało, a za dużo idioty w niebieskiej kurtce.

Zemściło się to na mnie tak, że wczoraj kiedy zasiadałam do komputera, żeby zjechać "Łowcę troli" niefortunnym ruchem przewróciłam kubek z herbatą na swoje "biurko na stole". Na komputer wylało się najmniej i do tego na głośnik, więc nawet niespecjalnie się tym przejęłam i zamiast od razu go wyłączyć i wyciągnąć baterię, zabrałam się za szukanie nowego obrusu na stół! Nigdy tak nie róbcie, obrus może poczekać, a laptop no cóż...Dosłownie kropla herbaty zaważyła na tym małym spięciu, które przepaliło świetlówki w monitorze i tak jestem nie tylko tymczasowo pozbawiona komputera, ale i będę lżejsza o parę stówek. Bywa

Jaki z tego morał - w tym okrutnym świecie nie można zaufać temu co zupełnie niezelżenie od siebie polecają dwa nerdy.


The Troll Hunter
Reżyseria: André Øvredal


czwartek, 24 maja 2012

Mogło być więcej nagości - recenzja The Avengers


Czy ostatnio nie chce mi się pisać? Raczej nie jest to problemem skoro prawie nikomu nie chce się czytać;] Ale powody są zupełnie inne niż brak chęci i nazywają się „koniec semestru”, wiec zamiast ciekawych rzeczy czytam teraz głównie badziewne naukowe nudy, co gorsza sama je też piszę.


Sądzę, że rozwój humanistyki doprowadzi kiedyś świat do zagłady, ale mniejsza z tym. Jako, że wciąż nie mam kuchni to wczoraj przy okazji wycieczki na obiad do centrum handlowego poszliśmy do kina na Aevengersów i niestety jestem trochę rozczarowana.

 Może dlatego, że spodziewałam się za dużo? Nie wiem. W każdym razie Thor nie ściągnął koszulki, co uważam za skandal! Dobrze, że są nerdy, które nie omieszkają wrzucić tej sceny na youtuba w zwolnionym tempie, a oto i ona:

 

Dokładnie tak powinien wyglądać facet, chyba, że... jest Tonym Starkiem, który przedstawia się jako "geniusz, palyboy, bilioner, filantrop". Robert Downey Jr. jak zwykle błyszczy w roli Ironmana. Stark nadrobił więc trochę urokiem osobistym, za brak striptizu w wykonaniu Thora, ale wciąż jak na tylu fajnych facetów w filmie potraktowano ich ciała za mało przedmiotowo, przeciwko czemu protestuję!

Fabuła niestety jest tak mało oryginalna, że aż żenująca. Zwłaszcza w porównaniu do tego co Nolan zrobił wskrzeszając Batmana. W błyskotliwy sposób pokazał on, że komiks nie musi być nośnikiem błahych treści, a z fikcyjnego bohatera można uczynić postać niemal szekspirowską. Tymczasem Joss Whedon postawił sprawdzoną, ale zarazem nudną i przewidywalną klasykę. Scenariusz w skrócie – jest jedna zły facet z kompleksami, czyli Loki gładko ulizany brat Thora, który postanowił się zemścić za swoja ostatnią porażkę i zniszczyć ziemię. Do tego celu zaprasza paskudnych kosmitów – zresztą, żeby było czarno na białym Loki jest niezbyt urodziwy, wymizerowany, nie dorównuje żadnemu z Avengersów przypakiem, a do tego jest zakompleksionym i małym bogiem. Ktoś płowieniem przetłumaczyć Jossowi Whedonowi „Kłamcę” Jakuba Ćwieka, może by chłopak zobaczył jaki potencjał zmarnował.

Co by długo nie pisać Loki sprowadza kosmitów, za sprawą, a jakże! tajemniczej niebieskiej kostki, która emituje niewyobrażalną energię. Potem jest fajna rozpierducha i wszystko pięknie wybucha w Nowym Jorku, jak możecie to sobie obejrzeć w trailerze, a potem wiadomo wszyscy będą żyli długo i szczęśliwi, aż do następnej części, bo oczywiście


Bez wątpienia największą zaletą The Avengers jest obsada – to po prostu plejada świetnych aktorów pod wodzą Samuela Jacksona, którzy doskonale weszli w swoje role. Jednym z bardzo pozytywnych zaskoczeń był dla mnie Mark Ruffalo jako Hulk, który wcześniej Hulka przecież nie grał,  naprawdę poradził sobie świetnie.

Nawet mój nieulubiony bohater super-hiper patetyczny Kapitan Ameryka, który jest ultra poprawny, wspaniały, nie ma żadnych wad i wygląda jak Ken, wypadł całkiem nieźle. Sam film „Captain America” był wg. mnie totalną porażką naszpikowaną przesłaniem „warto umrzeć za swój kraj”, a tu takie miłe zaskoczenie. Odpuścili mu trochę, chociaż ostatecznie to on wyszedł na głównego rozjemcę i komendanta.

Nie jestem fanką 3D i uważam, że w większości filmów jest to tylko sposób na wyciągnięcie od widzów większej kasy za bilety, a jednak tu sprawdziło się całkiem nieźle.

Podsumowując człowiek wychodzi z kina bez żadnej refleksji na temat życia, śmierci i miłości, ale czas spędzony miło. No i dużo odwołań do subkultury nerdów, więc było też całkiem wesoło. Polecam jako niezobowiązującą popkulturową miazgę z ładnymi efektami specjalnymi;]


The Avengers
Reżyseria: Joss Whedon



sobota, 12 maja 2012

Polujesz na faceta? Zainwestuj w pistolet i kajdanki


„Jak upolować faceta” Janet Evanovich to jedna z tych książek, które warto wziąć ze sobą na drogę, nie ważne dokąd. Nie tylko dlatego, że samemu się czymś zająć, ale także dlatego, że bestsellerem zawsze można się z kimś podzielić. Ja po samarytańsku dzieliłam się tą książką za współpasażerkami z autobusu w trakcie wycieczki po Chinach i mam nadzieję, że książkowa karma mi to kiedyś wynagrodzi.

Warto tez dodać, że książka bardzo przypadła do gustu mojej babci, która dorwała „Jak upolować faceta” jeszcze zanim wyjechałam. Pewnej nocy kiedy nie mogła spać otworzyła książkę mniej więcej w połowie i do rana przeczytała ją do końca, a później musiała nadrobić początek, ale nie żałowała podsumowując lekturę słowami „w końcu to bestseller”.

Tak to już z Evanovich jest, że jak się zacznie czytać, to już trudno przestać, chociaż  nie ma co ukrywać, że nie jest to najambitniejsza lektura pod słońcem, wszak autorka swoją pisarską karierę zaczynała od romansów, do których „Jak upolować faceta” mimo sugestywnego tytułu do tego niezbyt jednak nie należy.


Większość kobiet polujących na mężczyzn dla pieniędzy stara się ich naciągnąć na jak największe ilości sukienek i biżuterii, tudzież zaciągnąć ich przed ołtarz, aby zapewnić sobie stały dopływ gotówki. To zrozumiała i logiczna strategia. Tymczasem Stephanie Plum właśnie rozwiodła się z mężem, straciła pracę, a jedyną szansą na szybkie podreperowanie budżetu okazuje się doprowadzenie na policję Josepha Morellego. Jakby nie wystarczyło, że jest on policjantem oskarżonym o morderstwo, to w pamięci naszej bohaterki zapisał się jako przystojny drań, który w liceum wykorzystał ją i porzucił, a potem wszystkim z dumą o tym opowiedział.

Stephanie oczywiście najpierw decyduje się zostać łowczynią nagród, a dopiero potem orientuje, że zupełnie nie ma pojęcia jak się za to zabrać. Jak łatwo się domyślić dzięki temu książka będzie bardzo dowcipna, a my będziemy się dobrze bawić śledząc kolejne potknięcia Stephanie.  A nie będzie ich mało, bo Morelli  okazuje się być nie tylko przystojny, bystry, ale także ma wyjątkowo wredne poczucie humoru.

Złapanie go nie będzie wcale proste, a przy okazji nasza dzielna bohaterka odkryje, że za rzekomym zabójstwem o które oskarżony jest cel jej polowania kryje się głębsza i o wiele mroczniejsza intryga niż mogłaby się spodziewać. Ale mimo iż pozornie łatwe zadanie przerodzi się w grę na śmierć i życie, to nawet nabycie kajdanek i nauka korzystania z broni palnej w przypadku Stephanie Plum zaowocują komicznymi konsekwencjami.

Napomknę jeszcze tylko, ze mi chyba najbardziej spodobała się mocno niepokojąca postać Benita Ramireza, jakoś tak średnio przystająca do tej wesołej historii, co dobrze świadczy o autorce. kto wie, może jeszcze kiedyś napisze coś w stylu Stephena Kinga?

Tak jak już pisałam na początku jest to wszystko wciągające, i dobrze się czyta, chociaż świadomość, że to pierwszy tom z 18, nie pozostawia jakichkolwiek złudzeń co do tego jak cała historia się skończy. Na pewno nie powiedziałabym, że jest to najlepszy kryminał jaki kiedykolwiek czytałam, ale książka jest zabawna, dynamiczna i nie wpada przesadnie romansowy charakter. Dlatego nie dziwi mnie absolutnie, że ktoś wpadł na pomysł zrealizowania filmu na podstawie „Jak upolować faceta”, którego wg mnie bardzo zachęcający trailer poniżej:



Autor: Janet Evanovich
Tytuł: Jak upolować faceta? Po pierwsze dla pieniędzy
Wydawnictwo: Fabryka Słów 2012

piątek, 13 kwietnia 2012

Igrzyska śmierci jeszcze raz

Czytanie książek po obejrzeniu filmu zawsze wydawało mi się bez sensu. Przede wszystkim dlatego, że jeśli najpierw obejrzymy film to już nigdy nie będziemy w stanie stworzyć własnej wizji bohaterów, a ich twarze na zawsze już będą dla nas twarzami aktorów (odwrotnie było tylko z Boromirem). Tu zupełnie na marginesie współczuję wszystkim, którzy obejrzeli trylogię Jacksona zanim przeczytali trylogię Tolkiena, bo nie wiem czy uda im się uciec od wizji Sama beznadziejnie zakochanego w poczciwym Frodo…

Mniejsza z tym, jeszcze kiedyś wrócę do tematu pt. – „nie mam pojęcia za co Jackson dostał Oscara?” kiedy będę w wyjątkowo złośliwym nastroju. Dziś w takim nie jestem, bo właśnie skończyłam czytać „Igrzyska śmierci” Suzanne Collins i jestem zachwycona nie tylko samą książką, ale jeszcze raz  Garrym Rossem, który naprawdę po mistrzowsku przeniósł jej powieść na duży ekran.


W niecałe dwa tygodnie po obejrzeniu filmu przeczytałam książkę Suzanne Collins i choć przez cały czas wiedziałam jak skończy się ta historia, dawno już nie zostałam tak pochłonięta przez żadną książkę.

Zasadniczo historia jest ta sama, ale w książce jak to zwykle bywa otrzymujemy o wiele więcej szczegółów niż w filmie, które nie tylko pogłębiają kontekst całej historii, ale także samą postać Katniss. 

Oprócz wszystkich atutów, które wymieniłam opisując film, bez wątpienia największą zaletą książki jest pierwszoosobowa narracja Katniss. Surowa, szczera prowadzona krótkimi, konkretnymi zdaniami, jest dokładnie taka, jak główna bohaterka powieści.  I choć nie budzi gorącej sympatii od samego początku, to z każdą strona zaczynamy coraz mocniej jej kibicować. 

Często podkreślam, że dobry bohater musi być jak Bruce Willis w „Szklanej pułapce” tzn. nie może odnieść zwycięstwa za cenę złamanego paznokcia – musi zapłacić za nie własnym potem, adrenaliną i krwią. Co to było by za zwycięstwo gdyby przyszło zbyt łatwo? Naprawdę uwielbiam takich bohaterów, którzy mają pod górkę. I to wcale nie z chorej fascynacji ich cierpieniami, ale dlatego, że tacy bohaterowie obnażają bardzo ważna prawdę – nie ma zwycięstwa bez poświeceń. Katniss to wie i za to uważam Suzanne Collins za naprawdę dobrą pisarkę.

Tytuł: Igrzyska śmierci
Autor: Suzane Collins
Wydawnictwo: Media rodzina 2011