Pokazywanie postów oznaczonych etykietą warto przeczytać. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą warto przeczytać. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 11 listopada 2012

Drogi Watsonie, od razu było wiadomo, że Gremlin polubi Sherlocka!

Ostatnio nie mam zbyt wiele czasu na czytanie, ale kiedy już go znajduję wygodnie lokuję się na swojej kanapie i otwieram książkę, którą nomen omen można by popełnić zbrodnię, a mianowicie Księgę wszystkich dokonań Sherlocka Holmesa.

Nigdy wcześniej nie czytałam książki, która byłaby tak wielka i tak nieporęczna jak owo tomiszcze od wydawnictwa rea, ale z drugiej strony czytanie jej ma swój klimat. Gdyby wydać w taki sposób Imię Róży czytelnicy mieliby wspaniałą okazję, żeby poczuć się jak mnisi, którzy byli bohaterami  powieści Eco;] W każdym razie gdy za oknem deszcz i wiatr, a domku ciepło i przytulnie miło sobie usiąść i przygnieść się taką dużą książką. Jest argument, żeby za szybko się nie podnosić z miejsca i można się poczuć jak Sherlock, kiedy zasiadał w swoim fotelu z nieodłączną fajką...



Muszę na wstępie przyznać, że nie jestem ani wielką fanką kryminałów, ani książek pisanych przed drugą wojną światową (z kilkoma oczywiście wyjątkami), a na marginesie nie cierpię też poezji. Wszystko to zapewne przez lekcje polskiego, bo nic tak nie brzydnie człowiekowi, jak strawa, którą musi jeść niezależnie od swojego apetytu...Ale znów się rozchodzę w dygresje, a chciałam napisać, że choć nie spodziewałam się po Sherlocku wiele dobrego, to jednak, bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Ha! Zapewne sam bohater rzekłby "Elementarne drogi Watsonie, można było przecież za pomocą prostej logiki dowieść, że ów Gremlin, zachwycający się epigonami bazującymi na naszej sławie doceni niewątpliwy urok naszych przygód!".

I jak zwykle miałby oczywiście rację. Owa racja to główny powód dla którego tak bardzo polubiłam pana Holmesa, bo sama też uwielbiam mieć rację, wiedzieć co gdzie się zgubiło i drogą dedukcji odnajdować zaginione przedmioty w zaciszu własnego domu. Czasem nawet urządzam śledztwa dotyczące pożyczonych książek, chociaż to akurat jest proste, bo niestety niewielu z moich znajomych lubi czytać to co i ja...Ale na tym nie koniec moich szpiegowskich przygód, o nie! Dla przykładu uwielbiam dedukować w jaki sposób moje koty dokonują najrozmaitszych szkód w mieszkaniu, sprawdzać co zniknęło w ciągu nocy z lodówki,  odnajdywać w grach sekretne skrytki skarby itd.

I to chyba jest klucz do sukcesu Sherlocka Holmesa - każdy chciałby być tak przewidujący jak on i każdy czytając jego przygody może się takim poczuć. Dokładnie tak, jak oglądając przygody Scooby-Doo człowiek zawsze razem z całą bandą próbował odgadnąć kto jest złym duchem...

Ta nowo odkryta sympatia do pana Holemesa była dla mnie tym większym zaskoczeniem zważając na to, że nie przepadałam za jego współczesną wersją czyli dr. Housem. Swoją drogą jak teraz myślę o tym serialu, to naprawdę scenarzyści znając prace Conan-Doyle'a nie musieli się zbytnio wysilać.


Zagadki jakie rozwiązuję nasz bohater o dziwo nie są specjalnie spektakularne. Głównie chodzi w nich o pieniądze, sekrety, potajemne romanse i inne rodzinno-obyczajowe sprawy bardzo często związane także z majątkiem. Mimo to opowiadania Conan-Doyle'a czyta się świetnie, bo nie przytłacza on czytelnika dłużyznami, daje mu szansę na samodzielne dedukowanie  i doskonale wprowadza suspens.

Powieści podobały mi się mniej, bo są ciut zbyt rozwlekłe,  ale choćby pomysł ze zbrodniczymi Mormonami w Studium w szkarłacie jest współcześnie bezbłędnie zabawny. Osobiście bardzo dużą przyjemność sprawia czytanie właśnie o realiach epoki wiktoriańskiej i Londynie jakim był w czasach autora. Ciemne uliczki, dorożki, opuszczone domy, podrzędne speluny, kluby hazardowe a z drugiej strony salony arystokratów, wiejskie posiadłości, przytulne gabinety choć pobieżnie są tak dobrze opisane, że bez trudu działają na wyobraźnię. Nawet oglądając  w kinie ostatnie przygody agenta 007 szczególną uwagę zwracałam na Londyn (niestety tam mnie jeszcze nie było), zastanawiając się czy zrobiłby na mnie takie wrażenie jak Paryż.

Generalnie przygody Sherlocka Holmesa to doskonała lektura na coraz dłuższe wieczory, a jakby tego było mało ostatnio coraz więcej moich znajomych ogląda serial Sherlock, pewnie po lekturze przyjdzie czas i na to...

czwartek, 6 września 2012

Człowiek z wysokiego zamku

Ostatni weekend spędzony w bukowych lasach Łagowa Lubuskiego na szczęście nie zakończył się atakiem boreliozaura, ale za to całkiem przyzwoita ilością kurek i przeczytaniem Człowieka z wysokiego zamku. A stało się tak za sprawą Makromana, który słusznie zwrócił mi uwagę na to, że użyłam filmowego tytułu Blade Runner w odniesieniu do książki Czy androidy śnią o elektrycznych owcach? Za jego sprawą ruszyłam w stronę półki z Philipem K. Dickiem i na drogę wyciągnęłam sobie Człowieka z wysokiego zamku.


Mamy w domu dosyć stare wydanie, które współgremlinsowi pożyczyła nauczycielka polskiego, a on podły nigdy jej już książki nie oddał. Pożółkły papier, mała czcionka, wszystko to pachnące starą farbą drukarską - cały format idealnie pasuje o jak zwykle ponurawej opowieśći Dicka.

Akcja rozgrywa się w alternatywnej wersji historii, w której to Niemcy i Japonia zwyciężyły w II wojnie światowej, a Ameryka została podzielona na strefy wpływów. Pierwszym bohaterem, którego poznajemy jest Robert Childan, handlarz amerykańskimi antykami takimi, jak zegarki z myszką Miki, w których (jak on to przewidział!) miłują się Japońscy okupanci, a z czasem dołączają do niego kolejne postacie - jego klient pan Tagomi, rzemieślnik Frank Fink (co istotne jest Żydem) oraz jego była żona Juliana. 

Nikt tak doskonale jak Dick nie potrafi opisać egzystencjalnego bólu zwyczajnych ludzi, tak. A robi to po mistrzowsku, bez przydługich opisów i psychologicznych portretów, doskonale ujmuje ich osobowości w drobnych gestach, krótkich zdaniach i introwersjach. Całą osobowość Roberta widzimy w staraniach o to, żeby zachować się właściwie w stosunku do Japończyków, Franka w  obsesyjnym radzeniu się wyroczni I-ching, pana Tagomi w dbałości o przestrzeganie protokołu i wreszcie Juliany w jej swoistym poddaniu się biegowi wydarzeń.

Wg. mnie najbardziej udana okładka spośród anglojęzycznych wydań  powieści

Trudno mówić przypadku Człowieka z wysokiego zamku o akcji jako takiej. Coś tam się w sumie dzieje, ale wszystkie wydarzeni podkreślają jeszcze dobitniej fakt, że poszczególny człowiek jest tylko pionkiem w grze niezależnych od niego sił. Według mnie powieść jest raczej próbą pokazania kruchej granicy miedzy jedną wersją wydarzeń, a inną i tego jaki mógłby być świat gdyby wojna miała inny wynik. A jak wspaniale przy tej okazji Dick opisuje Niemców. Jakby mimochodem, niespiesznie, ale jednak wytrwale buduje portret nazistów, który choć fikcyjny to jednak (zwłaszcza jeśli się jest Polakiem) budzi niechęć do tego narodu. 

Co ciekawe każdy z bohaterów tak naprawdę przeżywa własną przygodę w tym nieprzyjaznym świecie, a nierzadko toczy się ona na pograniczu prawdy i fikcji. A dzieje się tak ponieważ Dick wprowadza tu powieść w powieści o biblijnym tytule Utyje szarańcza. Opisuje ona mniej więcej naszą wersję historii, a wszyscy jego bohaterowie w jakimś stopniu spotykają się z tą "alternatywą", co jest rewelacyjnym zabiegiem fabularnym i jak to u Dicka już bywa skłaniającym czytelnika do zastanowienia się nad tym czy sam przypadkiem nie jest bohaterem jakieś powieści.

Podsumowując jest to dziwna książka, na pewno nie jest specjalnie sensacyjna, dla mnie nie była też szczególnie porywająca, ale jednak bardzo udana i skłaniająca do myślenia, za którą to cechę naprawdę uwielbiam Philipa K. Dicka

środa, 4 lipca 2012

Nie taki diabeł toporny jak zapowiadała okładka

Żeby nie było, że nie czytam tyle, ile przystało ogarniętemu gremlinowi - ostatnio pochłonęłam niemal 900-stonicową historię a la Harry Potter czyli Wrzawę śmiertelnych Erica Nylunda. historia stara jak świat tyle, że razy dwa, bo zamiast jednej mam tu dwie sierotki, które będą musiały dorosnąć, nauczyć się odróżniać dobro od zła, odkryć jakie są silne jeśli tylko chcą itd. 

Dlaczego jednak na okładce mamy jakiegoś nieudanego diabła a nie sierotki? No cóż wydawcy trochę strzelili tu sobie w kolano odpowiadając na najciekawsze pytanie na tylnej okładce. Słowa "Luke I'm your father" nie powinny przecież padać tak od razu, przyjemniej by było, jakby czytelnik sam mógł dojść do tego, kto jest tatusiem sierotek.


Sam pomysł z ojcem-szatanem wydawał mi się objechany i komiczny, no bo czy można to zrobić lepiej niż w "Dziecku Rosemary"?  Mimo to Nylund całkiem nieźle sobie poradził wplatając ten wątek w powieść dla nastolatków.

W każdym razie mimo tych małych niedogodności czytało się nieźle i polecam jeśli wasze dzieciaki są nerdami tak jak ja lubią solidne cegłówki. Aż nie ma sensu się powtarzać link do mojej recenzji jest TUTAJ.

poniedziałek, 4 czerwca 2012

W dziwnej sprawie gadajacego orangutana


Jest to dokładnie 342 strona przygód Burtona i Swinburne'a kiedy te oto cztery słowa eksplodowały w mojej głowie: "TA KSIĄŻKA JEST ZAJEBISTA". Z reguły ten moment jest o wiele trudniej określić, ale orangutan zapowiadający, że za chwilę opowie czytelnikowi historię samego Skaczacego Jacka (za którym przez wszystkie poprzednie strony bezskutecznie uganiali się główni bohaterowie książki) bije wszystkie znane mi suspensy na głowę. A do tego bardzo zgrabnie wprowadza do książki element powieści szkatułkowej;]



Chyba jest mi wciąż wesoło, ale to dlatego, że "W dziwnej sprawie skaczącego Jacka" to naprawdę wesoła książka. A jeśli podobała wam się nowa wersja Sherlocka Holmesa z Robertem Downey Jr, to jest to zdecydowanie coś dla was. No bo co tam śmierć niewinnych, próby gwałtów, porywanie dzieci i eksperymenty genetyczne, skoro głównym bohaterem jest przystojny szelma, który łączy w sobie urok gentlemana i temperament awanturnika. Kto się przejmował tym wszystkim w Sherlocku, skoro na pierwszym planie był nonszalancki czaruś? Ja na pewno nie i dokładnie tak samo uległam urokowi postaci stworzonych przez Marka Hoddera.

"W dziwnej sprawie Skaczącego Jacka" trudno zakfailifikowac jednoznacznie, bo mamy tu trochę klimatu steampunka, trochę kryminału wiktoriańskiego, trochę  powieści awanturniczej, trochę komedii i trochę historii. Z wszystkiego co dotychczas czytałam książka Hoddera najbardziej przypomina mi wiktoriańską Anglię stworzoną przez Gali Carriger z jej uroczą Alexią Tarabotti. Aż szkoda, że ta przedsiębiorcza dziewczyna znalazła już sobie męża, bo myślę, że Burton byłby zdecydowanie w jej typie;]

Co ciekawe Hoodder nie do końca wymyślił sobie swoich bohaterów, a po prostu wybrał kilka spośród najciekawszych postaci  XVIII- wiecznej Anglii i nieco "doprawił" ich życiorysy. Swoją drogą facet nie jest chyba ewolucjonistą sadząc po tym co zrobił w swojej chorej wyobraźni z Charlesem Darwinem...ale Darawin to zaledwie postać drugoplanowa, bo na głównej linii frontu umieścił Sir Richarda Francis'a Burton'a oraz Algernona Charles'a Swinburne'a. Jakby ich prawdziwe życie było nieciekawe...

W każdym razie historia nie potoczyła się jak trzeba, królowa Wiktoria zginęła w zamachu, w Londynie panoszą się technicy i eugenicy, ulice są pełne maszyn, a powietrze smogu. Do tego wilkołaki polują na kominiarczyków, a legendarny zboczeniec Skaczący Jack znów zaczął atakować. 

Wszystko to ma za zadanie ogarnąć Burton. I jeśli wydaje wam się, że pogoń za facetem zdzierającym z dziewczyn sukienki to objechana historia, w takiej odsłonie jaką prezentuje Hodder na pewno jeszcze jej nie słyszeliście.

Mój zachwyt, któremu dałam tak duży wyraz na samym początku wciąż jest spory, a jednak niepełny. Wszak strona 342 to jest szczytowy moment, na który niestety trzeba najpierw się wdrapać, i który ma też swój spadek  pod koniec powieści, więc nie napalajcie się na gadającą małpę co drugą stronę...

Konkludując - czytało się fajnie i choć początek jest przynudnawy warto przez niego przebrnąć. Później jakoś to idzie do strony 342, potem już ciężko się oderwać, a jeszcze później znów robi się nudno. Ale i tak warto, a ja już cieszę się na kolejny tom czyli "W zdumiewającej sprawie Nakręcanego Człowieka".

Aaaa i zanim zaczniecie czytać lepiej zaopatrzcie solidnie domowy barek (najlepiej w burbona, porto i angielskie piwo), bo to jest wręcz okrutne jak szerokim strumieniem płynie w tej powieści alkohol i nie sposób nie pić w trakcie czytania


Autor: Mark Hodder
Tytuł: W dziwnej sprawie Skaczącego Jacka
  Wydawnictwo: Fabryka Słów 2012

poniedziałek, 28 maja 2012

Szponami i dziobem w stronę postępu


Zawsze byłum zdania, że gdybym mogłu przenieść swoju egzystencję do wirtualnej rzeczywistość nie wahałubym się ani chwili, a lektura „Perfekcyjnej niedoskonałości” Jacka Dukaja utwierdziła mnie w przekonaniu, że może szczęśliwie doczekam czasów, kiedy ciało przestanie być ograniczeniem umysłu.Marzenie to oczywiście jest mrzonką, zachodnim marzeniem-pułapką, ale jednak...

Jeśli mowa o Dukaju, to bardzo często spotykam się z pytaniem „Jak ci się to czytało?”. Jest to zrozumiałe ponieważ pan Jacek jest autorem, który dużo wymaga od swojego czytelnika i niestety często owi czytelnicy mają do niego o to pretensje czego wyraz dają w pełnych frustracji recenzjach. Cóż ja takiej na pewno nie napiszę, bo w mojej świętej trójcy ulubionych polskich autorów Dukaj zajmuje drugie miejsce, oczywiście (tak, tak, jestem mało oryginalna) po Sapkowskim.

Jak to rzekła moja babcia, po tym jak podrzuciłam jej „Lód” ze względu na przedwojenny klimat, który  bardzo lubi – jest to książka która zachwyca bogactwem języka, erudycją i pracowitością autora, a równocześnie, żeby ją czytać trzeba trochę znać się na filozofii. Zresztą o lodzie jeszcze na pewno napisze, jak kiedyś wreszcie skończę go czytać, bo niestety do komunikacji miejskiej ciężko toto zabrać.

Wróćmy więc do „Perfekcyjnej niedoskonałości”. Książka powiedziałbym w sam raz na ostanie dni wycieczki do Chin i powrót samolotem nad Kazachstanem. Nie tylko dlatego, że mamy tu cesarskie pola nano, czy  przez to, że Adam Zamoyski lubi chadzać w stroju lorda orientu, oj nie. W Chinach miałam też okazję popatrzyć sobie na krzywą progresu chińskiej cywilizacji, a przecież rzecz jest o postępie.



Adam Zamoyski astronauta z XXI wieku, a właściwie jego ciało zostaje znalezione we wraku „Wolszczana”, który kilkaset lat temu wystartował z Ziemi i słuch o nim zaginął. Dzięki nowoczesnej technologii śmierć nie jest jednak problemem i Adam zostaje odtworzony – zmartwychstany. Nie jest jednak bynajmniej tym samym Adamem, który wyleciał w kosmos w 2091 r., bo jego DNA nie zgadza się z żadnym z zapisanych DNA członków załogi. A jednak jego wspomnienia to wspomnienia Adam Zamoyskiego, jest wiec Adamem Zamoyskim czy nie jest? Jest jeszcze człowiekiem, czy kolejną formą ewolucji gatunku homo sapiens?

Adam przyciąga uwagę nie tylko ze względu na swoją tajemniczość, ale także dlatego, że studnie czasu wypuściły przepowiednię wg. której odegra on kluczową rolę w nadchodzącej wojnie, przez co oczywiście wojna wybucha, a wszyscy chcą mieć Zamoyskiego po swojej stronie lub w swojej garści. Niektórzy robią to bezpośrednio – zamykając go w czasoprzestrzennej pułapce, inni stosują bardziej subtelne metody jak Judas McPherson, jeden z najpotężniejszych ludzi, który oddelegowuje do opieki nad zmartwychstańcem swoją córkę Angelikę.

Najpierw uwięzieni w saku, później w ciele deformanta Adam i Angelika będą przemierzać przestrzeń i czas w poszukiwaniu odpowiedzi na zagadkę egzystencji Zamoyskiego, która zaprowadzi ich na tajemniczą planetę Narwę. Co tam znajdą? Jakżeby inaczej ODPOWIEDŹ.

Co jest naprawdę fajne w „Perfekcyjnej…” to to, że czytelnik w świecie przyszłości stworzonym przez Dukaja jest zupełnie jak Zamoyski czyli cytując klasyka – jak pijane dziecko we mgle. I razem z bohaterem czeka nas przyspieszony kurs dostosowania świadomości XXI wieku do XXIX. Jak to się skończy? Oczywiście najwyższą formą HS, wszak jest to książka o ewolucji o tym, że lepiej przystosowana forma wypiera tą przystosowaną gorzej…

I tak kiedy tylko nasz mózg ewoluuje do języka i wizji świata Dukaja powieść robi się  naprawę wciągająca, a przy okazji kształcąca, bo jak zwykle przemyca on w swojej książce o wiele głębsze treści niż sama fabuła. M. in. Dukaj proponuje ciekawe wyjaśnienie tego czym jest kultura, cywilizacja i po co nam to wszystko. Porusza też klasyczny problem rozdzielnia ciała i umysłu i tego jak człowiek ewoluuje przybierając różne formy. Jak w każdej z jego książek, które dotychczas czytałam w „Perfekcyjnej niedoskonałości” jest też obecny motyw relacji rodzic-dziecko. Jeśli znamy „Dzieło i życie” to wszystko staje się bardzo ciekawe, prawda? 

Ile jest w nas z naszych twórców? Czy jesteśmy niezależnymi bytami, czy nie ma ucieczki przed tym jak nas zaprogramowano? Czy można w ogóle być sobą, skoro zewsząd coś nas ogranicza – zaczynając od naszego DNA, ciała, płci czy rodziców, a kończąc na kulturze i cywilizacji? Czy w ogóle można wyzwolić się z ciała? A jeśli można to czy wyzwoliwszy się z ciała jest się jeszcze człowiekiem?

Dużo trudnych pytań jak to zwykle u pana Jacka, a wszystko to podane w oprawie bardzo ciekawej wizji przyszłości i fantastycznych przygód takich, jak budowanie smoka z nanocząsteczek. Polecam więc ćwiczyć szare komórki i przeczytać, zwłaszcza, że jak  każda jego książka, najlepsza jest w drugim czytaniu. 

Autor: Jacek Dukaj
Tytuł: Perfekcyjna niedoskonałość
Wydawnictwo Literackie 2004

sobota, 12 maja 2012

Polujesz na faceta? Zainwestuj w pistolet i kajdanki


„Jak upolować faceta” Janet Evanovich to jedna z tych książek, które warto wziąć ze sobą na drogę, nie ważne dokąd. Nie tylko dlatego, że samemu się czymś zająć, ale także dlatego, że bestsellerem zawsze można się z kimś podzielić. Ja po samarytańsku dzieliłam się tą książką za współpasażerkami z autobusu w trakcie wycieczki po Chinach i mam nadzieję, że książkowa karma mi to kiedyś wynagrodzi.

Warto tez dodać, że książka bardzo przypadła do gustu mojej babci, która dorwała „Jak upolować faceta” jeszcze zanim wyjechałam. Pewnej nocy kiedy nie mogła spać otworzyła książkę mniej więcej w połowie i do rana przeczytała ją do końca, a później musiała nadrobić początek, ale nie żałowała podsumowując lekturę słowami „w końcu to bestseller”.

Tak to już z Evanovich jest, że jak się zacznie czytać, to już trudno przestać, chociaż  nie ma co ukrywać, że nie jest to najambitniejsza lektura pod słońcem, wszak autorka swoją pisarską karierę zaczynała od romansów, do których „Jak upolować faceta” mimo sugestywnego tytułu do tego niezbyt jednak nie należy.


Większość kobiet polujących na mężczyzn dla pieniędzy stara się ich naciągnąć na jak największe ilości sukienek i biżuterii, tudzież zaciągnąć ich przed ołtarz, aby zapewnić sobie stały dopływ gotówki. To zrozumiała i logiczna strategia. Tymczasem Stephanie Plum właśnie rozwiodła się z mężem, straciła pracę, a jedyną szansą na szybkie podreperowanie budżetu okazuje się doprowadzenie na policję Josepha Morellego. Jakby nie wystarczyło, że jest on policjantem oskarżonym o morderstwo, to w pamięci naszej bohaterki zapisał się jako przystojny drań, który w liceum wykorzystał ją i porzucił, a potem wszystkim z dumą o tym opowiedział.

Stephanie oczywiście najpierw decyduje się zostać łowczynią nagród, a dopiero potem orientuje, że zupełnie nie ma pojęcia jak się za to zabrać. Jak łatwo się domyślić dzięki temu książka będzie bardzo dowcipna, a my będziemy się dobrze bawić śledząc kolejne potknięcia Stephanie.  A nie będzie ich mało, bo Morelli  okazuje się być nie tylko przystojny, bystry, ale także ma wyjątkowo wredne poczucie humoru.

Złapanie go nie będzie wcale proste, a przy okazji nasza dzielna bohaterka odkryje, że za rzekomym zabójstwem o które oskarżony jest cel jej polowania kryje się głębsza i o wiele mroczniejsza intryga niż mogłaby się spodziewać. Ale mimo iż pozornie łatwe zadanie przerodzi się w grę na śmierć i życie, to nawet nabycie kajdanek i nauka korzystania z broni palnej w przypadku Stephanie Plum zaowocują komicznymi konsekwencjami.

Napomknę jeszcze tylko, ze mi chyba najbardziej spodobała się mocno niepokojąca postać Benita Ramireza, jakoś tak średnio przystająca do tej wesołej historii, co dobrze świadczy o autorce. kto wie, może jeszcze kiedyś napisze coś w stylu Stephena Kinga?

Tak jak już pisałam na początku jest to wszystko wciągające, i dobrze się czyta, chociaż świadomość, że to pierwszy tom z 18, nie pozostawia jakichkolwiek złudzeń co do tego jak cała historia się skończy. Na pewno nie powiedziałabym, że jest to najlepszy kryminał jaki kiedykolwiek czytałam, ale książka jest zabawna, dynamiczna i nie wpada przesadnie romansowy charakter. Dlatego nie dziwi mnie absolutnie, że ktoś wpadł na pomysł zrealizowania filmu na podstawie „Jak upolować faceta”, którego wg mnie bardzo zachęcający trailer poniżej:



Autor: Janet Evanovich
Tytuł: Jak upolować faceta? Po pierwsze dla pieniędzy
Wydawnictwo: Fabryka Słów 2012

piątek, 11 maja 2012

Za co Maarten Troost nie lubi Chin?


Nie było mnie długo, że hoho, ale oczywiście nie marnowałam czasu i przez pół świata wlokłam ze sobą książki, żeby przypadkiem nie zaniżyć swoich czytelniczych statystyk. Zmiana czasu po powrocie z Chin podziałała na mnie w taki sposób, że godzina 20 to dla mnie środek nocy i ledwie jestem w stanie dotrwać do północy w stanie jako takiej przytomności, dlatego zamiast napisać coś od razu robię to dopiero dzisiaj.

Wyruszając w drogę zapakowałam do walizki „Zagubionego w Chinach” Maartena Troosta, „Jak upolować faceta” Janet Evanovich i „Perfekcyjną niedoskonałość” Jacka Dukaja. W takiej kolejności czytałam i w takiej postaram się opisać swoje wrażenia.

Kiedy byliśmy już na miejscu pewien pan zauważywszy, że czytam „Zagubionego w Chinach” powiedział, że on też to czytał przed podróżą, ale żonie odradził, bo inaczej na pewno by z nim nie pojechała. I miał rację.

Troost zdecydowanie za bardzo przejmuje się ochroną środowiska, prawami człowieka, karą śmierci i mocarstwową pozycją kraju rządzonego przez komunistów. Pan Maarten wolałby, żeby to Europa z Ameryką nadal wiodły prym w świecie i zaszczepiały wszędzie demokrację (chociaż deklaruje, że nie lubi metod szerzenia demokratycznych wartości wg. Georga W. Busha) i przez większość książki, czuć, że jest trochę rozgoryczony tym, że Chinom tak dobrze się powodzi. Bo fakty są takie, że my mamy kryzys, a Chiny są pierwszą gospodarką świata, więc Maarten ma do nich o to żal.

Nie czytam wielu książek podróżniczych, ale ta nie będzie zbyt praktyczna dla kogoś, kto planuje wybrać się do Chin na własną rękę. Maarten ma dość łatwo, bo ma znajomych w Chinach, sypia w hotelach i podróżuje samolotami, a raz nawet zatrzymuje się w jednym z najdroższych hoteli w Sznaghaju.  Nie jest on wiec typowym podróżnikiem z plecakiem i Lonley Planet pod pachą, ale z drugiej strony nie jest też masowym turystą, który zwiedza wszystko według programu tak, jak ja. Warto pamiętać w trakcie lektury, że jest on dziennikarzem politycznym, który pojechał do Chin po to, żeby napisać książkę i wszystkie obserwacje prowadzi pod tym kątem. 

Książka Maartena Troosta jest bez wątpienia ideologiczną pułapką, ale czyta się ją po prostu wspaniale, jest zabawna, ironiczna, błyskotliwa itd. Autor sam siebie przedstawia jako biednego idiotę, który w Chinach czuje się jak pijane dziecko we mgle z czego raz po raz wynikają zabawne historie. Po prostu nie sposób go nie polubić, a od sympatii do autora nie ma już daleko do sympatyzowania z jego poglądami.

Jadąc do Chin z obrazem, który Troost naszkicował w mojej głowie spodziewałam się kraju, w którym nie ma drzew, miasta są zaśmiecone, nad wszystkim wiszą żółte opary smogu, wszędzie panuje ścisk i tłok, jest brudno, wszystko robi się byle jak, a krajobraz upiększają malownicze góry gruzu. Może to i dobrze, że byłam nastawiona na coś takiego, bo tym bardziej urzekły mnie nowoczesne miasta, odważna architektura, drogi bez dziur, pociąg mknące 160km/h, szybkość z jaką Chińczycy wszystko budują, repliki zabytków, które trudno odróżnić od oryginałów, pięknie utrzymana zieleń miejska i malownicze ogrody.

Różnica między moją wizją, a wizją Troosta jest taka, że on chciałby zajrzeć Chinom pod dywan i wywlec wszelkie brudy, bo podobno opary z chińskich fabryk dolatują mu pod dom aż do Californi. Mi opary nie dolatują, albo ich nie widzę, a jeśli naprawdę by mnie tak denerwowały zamiast jęczeć przestałabym kupować rzeczy „made in China” i zrobiła wszystko, aby w moim kraju ludziom zachciało się pracować, produkować cokolwiek i wrócić na pierwsze miejsce z zakresie emisji zanieczyszczeń, które USA zaszczytnie zajmowało przez wiele lat.

Generalnie czuć w tej książce żal za utraconą potęgą, zazdrość i krytykę która trafia do serca intelektualisty. Padają tu więc ciosy poniżej pasa takie jak Tybet (a co z Irakiem?), zrujnowane środowisko naturalne (bo wiadomo – tylko Chiny są trucicielami świata), kara śmierci i handel organami zabitych (przynajmniej się nie marnuje), złe traktowanie kobiet, łamanie praw człowieka, totalitaryzm itd. Może by mnie to wszystko ruszyło, gdybym nie była pod takim wrażeniem nowoczesności, porządku, piękna Chin i sympatii jaką okazywali nam Chińczycy.

Nie mam jednak wątpliwości, że warto przeczytać tą książkę, bo patrząc na Chiny sadzę, że żal pana Maartena za końcem supremacji euroatlantyckiej wkrótce i tak będziemy odczuwać na własnej skórze.


A na koniec ja i chiński mur pogrążony w oparach smogu


Autor: Maarten Troost
Tytuł: Zagubiony w Chinach
Wydawnictwo Dolnośląskie

piątek, 13 kwietnia 2012

Igrzyska śmierci jeszcze raz

Czytanie książek po obejrzeniu filmu zawsze wydawało mi się bez sensu. Przede wszystkim dlatego, że jeśli najpierw obejrzymy film to już nigdy nie będziemy w stanie stworzyć własnej wizji bohaterów, a ich twarze na zawsze już będą dla nas twarzami aktorów (odwrotnie było tylko z Boromirem). Tu zupełnie na marginesie współczuję wszystkim, którzy obejrzeli trylogię Jacksona zanim przeczytali trylogię Tolkiena, bo nie wiem czy uda im się uciec od wizji Sama beznadziejnie zakochanego w poczciwym Frodo…

Mniejsza z tym, jeszcze kiedyś wrócę do tematu pt. – „nie mam pojęcia za co Jackson dostał Oscara?” kiedy będę w wyjątkowo złośliwym nastroju. Dziś w takim nie jestem, bo właśnie skończyłam czytać „Igrzyska śmierci” Suzanne Collins i jestem zachwycona nie tylko samą książką, ale jeszcze raz  Garrym Rossem, który naprawdę po mistrzowsku przeniósł jej powieść na duży ekran.


W niecałe dwa tygodnie po obejrzeniu filmu przeczytałam książkę Suzanne Collins i choć przez cały czas wiedziałam jak skończy się ta historia, dawno już nie zostałam tak pochłonięta przez żadną książkę.

Zasadniczo historia jest ta sama, ale w książce jak to zwykle bywa otrzymujemy o wiele więcej szczegółów niż w filmie, które nie tylko pogłębiają kontekst całej historii, ale także samą postać Katniss. 

Oprócz wszystkich atutów, które wymieniłam opisując film, bez wątpienia największą zaletą książki jest pierwszoosobowa narracja Katniss. Surowa, szczera prowadzona krótkimi, konkretnymi zdaniami, jest dokładnie taka, jak główna bohaterka powieści.  I choć nie budzi gorącej sympatii od samego początku, to z każdą strona zaczynamy coraz mocniej jej kibicować. 

Często podkreślam, że dobry bohater musi być jak Bruce Willis w „Szklanej pułapce” tzn. nie może odnieść zwycięstwa za cenę złamanego paznokcia – musi zapłacić za nie własnym potem, adrenaliną i krwią. Co to było by za zwycięstwo gdyby przyszło zbyt łatwo? Naprawdę uwielbiam takich bohaterów, którzy mają pod górkę. I to wcale nie z chorej fascynacji ich cierpieniami, ale dlatego, że tacy bohaterowie obnażają bardzo ważna prawdę – nie ma zwycięstwa bez poświeceń. Katniss to wie i za to uważam Suzanne Collins za naprawdę dobrą pisarkę.

Tytuł: Igrzyska śmierci
Autor: Suzane Collins
Wydawnictwo: Media rodzina 2011


poniedziałek, 12 marca 2012

Miecz prawdy czyli o moim absolutnie ukochanym cyklu


Zdarzyło mi się jakiś czas temu napisać artykuł poświęcony grze „Dead Island”, który został dosyć mocno skrytykowany  w komentarzach przez internautów, którzy uznali, że skoro tak podoba mi się gra o naparzaniu grabiami w zombie, muszę być nienormalna, perwersyjna, chora psychicznie, do tego zmienili mi płeć, zapewne sądząc, że kobieta takich rzeczy lubić nie może. Nie żeby jakoś specjalnie zabolała mnie ta fala goryczy, ale mocno zafrapowało moją uwagę, że ludzie tak myślą o grach komputerowych. Tekst można przeczytać tutaj, ale swoją drogą trochę racji może i mają:] 

W życiu codzienny nie wyróżniam się jakimiś szczególnymi perwersjami, ale jako gracz lubię dobrą rozwałkę (o czym też wkrótce zamierzam napisać), a jako czytelnik, zdecydowanie mam ciągoty do tego co mroczne, tak, jak choćby do wspomnianego Orkana, na którego cześć napisałam tu już stosowny pean. Skąd mi się to wszystko wzięło? Jeśli chodzi o gry to na pewno od dwóch starszych braci, którym zawsze kibicowałam kiedy grali w Diablo, Blood czy Dukea itp, a jeśli chodzi o książki, to winą chyba mogę obarczyć Terrego Goodkinda, który raz na zawsze zmienił moją wyobraźnię. Bo jak u Terrego ma boleć, to wierzcie mi zaboli naprawdę.

Piszę to wszystko z tej okazji, że właśnie skończyłam czytać „Wróżebną Machinę”  jego najnowszą książkę, którą po czterech latach powraca do cyklu Miecz prawdy. Przez 12 kolejnych lat tom po tomie opowiadał o przygodach poszukiwacza prawdy czyli Richarda Rahla i Matki Spowiedniczki – Kahlan Amnell. A wszystkie te książki, w których średnia ilość stron to około sześciuset, przeczytałam, posiadam w swojej kolekcji i na pewno kiedyś do nich wrócę.

Trudno jest mi zrecenzować w całości tak obszerny cykl, zwłaszcza, że czytałam go dosłownie latami (niektóre tomy po kilka razy), bo kolejne książki wychodziły co roku w lutym i akurat tak dobrze się składało, że z reguły dostawałam je na urodziny.  Konieczna będzie tu więc jakaś wybiórczość, więc skoncentruję się przede wszystkim na pierwszym tomie czyli „Pierwszym prawie magii”, a skończę na ostatnim czyli wspomnianej już „Wróżebnej machinie”.

Dorastam w małej miejscowości i już od dziecka moją główną rozrywką było czytanie (tak, tak życie na wsi nie dostarcza zbyt wielu innych intelektualnych podniet). Kiedy miałam około 13 lat przyszedł w moim życiu taki moment, że wyczerpałam możliwości mojej małej szkolnej biblioteki i musiałam się przenieść do równie niewielkiej, ale bardziej dorosłej w Gminnym Ośrodku Kultury. Jak to się stało, że znalazło się tam „Pierwsze prawo magii”? Tego chyba nigdy się nie dowiem, bo biblioteka raczej nie specjalizowała się w fantastyce, ale nigdy nie zapomnę jak ją w niej znalazłam. Na dolnej półce przy samej podłodze,  gruba (to lubię w książkach) i jeszcze ze smokiem na okładce! Przeczytana na wszystkie strony (chyba nie tylko mnie skusił smok), z pogiętą okładką, pobrudzonymi i pozaginanymi stronami, była dla mnie wręcz jak tajemniczy rękopis. Jak się później okazało jej waga w moim życiu okazała się równie bezcenna. 

Otworzyłam ją i wpadłam w fabułę tak, jakby to był chłopak, w którym się zakochałam. Do dziś zresztą kiedy trzymam w rękach „Pierwsze prawo magii” staram się go nie otwierać, bo wiem, że zacznę czytać. Od razu polubiłam Richarda, a stworzony przez Goodkinda świat momentalnie mi się spodobał.  Pierwszy raz w życiu nie poszłam spać, żeby przeczytać książkę do końca. Nie udało mi się (696 stron!), ale zrobiłam to jak tylko wróciłam ze szkoły tego samego dnia. W sumie za pierwszym razem udało mi się zamknąć w 24 godziny, a ostatecznie w ciągu kolejnych lat czytałam „Pierwsze prawo magii” z pięć razy. Podejrzewam, że ta książka działa na mnie tak jak na niektórych ludzi narkotyki, ja po prostu w nią odjeżdżam i zmieniam się w czytające zombie a nie gremlina.

O czym to jest? Wiec dawno dawno temu był sobie Richard Cypher leśny przewodnik z Hartlandu, któregoś dnia zupełnie niespodziewanie ratuje przed czterema zbirami piękną nieznajomą – Kahlan Amnell. Dziewczyna przybyła do jego krainy z Midlandów, żeby w obliczu wojny odnaleźć miecz prawdy i jego strażnika potężnego czarodzieja Zeddicusa Zu’l Zorandera. Od tego momentu zaczynają się problemy, a zarazem wielka przygoda Richarda. Okazuje się, że ktoś brutalnie zabił jego ojca, w lasach pojawiają się magicznie trujące pnącze, a z nieba zaczynają atakować chimery. Wszystko to ma oczywiście coś wspólnego z magią, od której Hartland po wielkiej wojnie został oddzielony ścianą zaświatów. Jednak ściany zaczynają się rozpadać, a świat znany Richardowi staje przed złowieszczym zagrożeniem ze strony Rahla Posępnego władcy D’Hary, który jak to zwykle bywa planuje przejęcie władzy nad światem. A najlepsze w tej książce jest to, ze wiem jak to wszystko kiczowato brzmi! ale i tak mi to absolutnie nie przeszkadza;]

Dalej jest tak, że Rahl chce tego dokonać poprzez uwolnienie pradawnej magii Ordena zawartej w trzech szkatułach. Aby zyskać absolutną władzę musi do pierwszego dnia zimy zgromadzić wszystkie trzy i otworzyć tą właściwą według instrukcji zwartych w Księdze Opisania Mroków, a żeby tego dokonać niezbędni będą i Richard, i Kahlan.

Oczywiście żadne z nich nie będzie skłonne z własnej woli pomóc tyranowi,  a wręcz przeciwnie zrobią wszystko, aby mu przeszkodzić. „Miecz przeznaczenia ma dwa ostrza. Jednym jesteś ty” – to oczywiście cytat z Wiedźmina, ale równie dobrze można go odnieść do losów Richarda, który sam staje w szranki ze swoim przeznaczeniem i przepowiednią zapowiadającą zagładę.  Żeby ją wypełnić będzie musiał opuścić swój dom i podjąć się zadań wręcz niewyobrażalnych i najczęściej bardzo dla niego bolesnych, zarówno pod względem fizycznym jak i emocjonalnym.

Poprzez zaświaty, wioskę błotnych ludzi, dolinę wiedźmy Shoty, miasto Tamarang i komnatę Mord-Sith dotrze wreszcie do Ogrodu Życia w siedzibie Rahla – Pałacu Ludu, gdzie rozegrają się losy świata.  Każdy kolejny etap drogi Richarda jest wspaniale zarysowany, ale dla mnie do dziś najwyrazistsza w tej historii pozostanie Mord-Sith. I to ją - panią Dennę najlepiej zapamiętałam.  Do dziś przewraca mi się zawartość żołądka kiedy przypominam sobie to, co jej rękami Terry Goodkind zrobił Richardowi. „Tak pani Denno, nie pani Denno, przepraszam pani Denno, dziękuję pani Denno”. Często zastanawiałam się jak Goodkind wymyślił Agiela i wszystko to, co można nim zrobić człowiekowi. Może lepiej nie wiedzieć? W każdym razie czytanie procesu tresury jest równie wstrząsające, co fascynujące.  Przechodząc przez niego pierwszy raz płakałam razem z Richardem. Ale tak jak i on oczywiście pokochałam panią Dennę, tak jak i mój ulubiony bohater.

Szczególnie uroczy jest jej obcisły skórzany uniform w czerwonym kolorze - żeby nie było na nim widać śladów krwi. W internecie można bez problemu znaleźć dziewczyny, które sprawiły sobie takie wymowne stroje. Jak widać fantazjowane o biciu facetów, może człowieka sprowadzić na manowce...



Ale katowanie Richarda w celu „złamania go” to zaledwie jeden z wielu pomysłów Goodkinda, które wiążą się z rzeczonymi perwersjami. Bo przecież Denna katowała go nie tylko na sali tortur, ale też w sypialni (Pamiętajmy kiedy to czytałam miałam 13 lat i jeszcze nie śniło mi się, że w ogóle można robić takie rzeczy). I jak on to opisuje! Niemal słychać przyspieszone tętno Richarda i czuć jego strach, kiedy Pani Denna zbliża się do niego ze swoim Agielem! 

Na tym jednak nie koniec, bo mamy tu też Rahla Posepnego, który nie zabił przecież ojca Richarda ot tak, ale jeszcze do tego przepięknie rozwlekł jego wnętrzności po całym domu. Nie tylko nasłał na chłopaka Mord-Sith ale jeszcze sam wcześniej je szkolił i łamał. A do tego dochodzi cały wątek tego jak oswaja, mami i w końcu doprowadza do ślepego oddania zniewolonego przez siebie chłopca.

Nie można także pominąć w tym gronie Nasa, dowódcy gwardzistów Rahla, który ma słabość do małych chłopców, ale nie wykorzystuje ich tak, jak Rahl Posępny do magicznych rytuałów... Nasa oczywiście spotyka stosowna kara (a co mi tam zaspijluję - zostaje zmuszony, żeby na żywca wyrwać sobie genitalia i je zjeść), a najgorsze jest to, że Goodkind tak buduje tą postać, że czytelnik szczerze się cieszy z owej kary, mimo naprawdę krwawego okrucieństwa. 

Jedno jest pewne jeśli jego bohaterowie są podli, Terry na pewno zatroszczy się  o stosowną sprawiedliwość i nawet jeśli jest to dziecko, zupełnie mu to nie przeszkadza. Wymienianie tych wątków można by mnożyć, ale według mnie przyjemniej zgłębić się w nie samemu. Gdyby to było możliwe krew powinna bryzgać ze stron tej książki. Chociaż Jagang i jego armia imperialnego Ładu i tak potem to jeszcze przebije;] Po stokroć...

Z co jeszcze tak bardzo go lubię? Goodkind jest mistrzem tworzenia postaci drugoplanowych i każda jest wspaniale i wyraziście nakreślona czy będzie to biedna Rachel czy rozwydrzona księżniczka Violet, dobroduszny Chase czy wężowaty Michael, uwodzicielska Shota i jej przypominający nieco Golluma pomagier Samuel. Tą książkę tworzą właśnie takie postacie, które autor zdaje się dobrze znać i rozumieć, a dzięki temu są autentyczne i czytelnikowi nie trudno się z nimi utożsamić.
Co do stworzonego przez niego uniwersum mieści się ono oczywiście w konwencji magii i miecza, ale kryje też wiele niespodzianek. Podobnie zresztą jak w cała fabuła. Książka trzyma w napięciu dosłownie przez każdą stronę, nie ma tu momentów przestoju ani nudy, a to, że co chwila zmienia się perspektywa bohatera sprawia, że jak tylko przywiążemy się do jednego dostajemy drugiego. Jesteśmy trochę pogniewani, że zabrano nam Richarda, ale zaraz wciąga nas kawałek historii opowiadany przez Rachel, a wtedy nagle wcielamy się w Rahla itd. To jak te wszystkie wątki splatają się w finale to po prostu majstersztyk!

Genialna jest też sama historia, bo można by powiedzieć „skoro wiemy, że będzie miała tyle tomów, to wiadomo jak się skończy”. Nic bardziej mylnego! Pierwszy tom to tak naprawdę dopiero początek, swoisty wstęp do właściwych przygód Richarda i Kahlan. Zresztą motywy  i postacie z „Pierwszego prawa magii” będą przewijać się przez wszystkie kolejne tomy, aż do „Wróżebnej Machiny”. 

Ja osobiście najbardziej lubię początek cyklu czyli „Pierwsze prawo magii”, wspaniały i epicki „Kamień łez” nieco słabsze „Bractwo czystej krwi” i dla mnie absolutnie genialną „Świątynię wichrów”. 


Później znów Goodkind ma spadek formy w „Duszy ognia”, ale wspaniale odbija się w „Nadziei pokonanych”. Po niej wyszły dla mnie najsłabsze w całym cyklu „Filary Świata” i „Bezbronne imperium”. Ale nagradza to wszystko kończąca cykl trylogia „Fantom” – „Pożoga” – „Spowiedniczka”.

Wspomnę tylko, że gorąco zachęcałam swoich znajomych do brnięcia przez te wszystkie cegły razem ze mną, ale nikt z nich nie dotrwał do końca. Cieniasy...


W każdym tomie pojawia się oczywiście nowe prawo magii, które mam nawet gdzieś spisane, jak przystało na oddaną fankę cyklu, ale może przytoczę je innym razem, bo niemiłosiernie się rozpisałam, a nawet jeszcze nie wspomniałam o serialu. Tu już więc się streszczę – nie podobał mi się. Ale jakby ktoś chciał wiedzieć więcej, to zapraszam TUTAJ.

I jeszcze parę słów na temat „Wróżebnej machiny”, od której przecież zaczęłam. Generalnie Terry Goodkind wrócił po czterech latach do cyklu, który miał definitywnie zakończyć i wydaje mi się, że motywem nie było tu natchnienie, a pragnienie gotówki. Chociaż naprawdę go uwielbiam, „Machina” jest dla mnie, jego oddanej fanki, kotletem mocno odgrzewanym. Smacznym owszem, ale na pewno nie zaskakującym. Przeczytałam to oczywiście ciurkiem i naprawdę dobrze się bawiłam, ale szczyt formy to, to nie jest.
Bo niby już wszystko się skończyło, a Richard i Kahalan mieli żyć długo i szczęśliwie, a tu nagle okazuje się, że rdzeniem  Pałacu Ludu jest jakaś monstrualna i do tego samoświadoma machina. Oprócz własnych przemyśleń wysuwa ona też ze swojego wnętrza przepowiednie, które nomen-omen sprawdzają się co do joty. Oczywiście są to raczej złe i krwawe wróżby dla Richarda i Kahlan, a do tego wywołują panikę wśród ludu. I nasi ulubieni bohaterowie będą musieli  sobie z tym poradzić. 

Jedyna moja nadzieja jest w tym, że we „Wróżebnej machinie” wyjaśnia się zaledwie jeden wątek z wielu, które Goodkind rozpoczął. Także to więcej niż pewne, że będzie kontynuacja i mam nadzieję, że machina była dopiero rozgrzewką, przed naprawdę dobrą rozgrywką. 


Autor: Terry Goodkind
Tytuł: Pierwsze prawo magii / Kamień łez / Bractwo czystej krwi / Świątynia wichrów / Dusza ognia / Nadzieja pokonanych / Filary Świata / Bezbronne imperium / Fantom / Pożoga / Spowiedniczka /  Wróżebna Machina
Wydawnictwo: Rebis 1998 – 2012




czwartek, 1 marca 2012

Za co tak bardzo lubię Rafała W. Orkana?

Skoro już zaczęłam od tego, że odradzam Annę Kańtoch i to w dużej mierze za to, że nie zachwycała się "Głową w mur", watro by chyba napisać za co tak bałwochwalczo cenię autora tej książki czyli Rafała W. Orkana.


Już kiedy pierwszy raz zobaczyłam „Głową w mur” wiedziałam, że w środku będzie coś dobrego. A to oczywiście za sprawą jednej z najgenialniejszych okładek autorstwa Piotra Cieslińskiego, dzięki któremu książki wydawane prze Fabrykę Słów naprawdę mają niepowtarzalny klimat. Wiele razy oglądałam „Głową w mur” na półkach księgarni, ale jakoś długo nie kupowałam, bo zawsze miałam dużo do czytania i późniejszego recenzowania. W końcu dostałam „Głową w mur” pod choinkę, co jest raczej prezentem niestosownym na te radosne święta, ale cóż… Dzień, w którym ją wreszcie przeczytałam nastał w maju 2010 roku. Otworzyłam i od razu zapadłam się w Vakkerby jak w najczarniejsze i na domiar tego nieprzyjemnie lepkie bagno. Jak tylko skończyłam pobiegłam do księgarni po „Dzikiego mesjasza” i przeczytałam tak szybko jak było to tylko możliwe.


Wiecie jak to czasami jest kiedy widźmy coś totalnie obrzydliwego i z jednej strony wszystko co ludzkie wręcz krzyczy w nas „odwróć wzrok”, ale mimo to coś każe nam się gapić niczym w transie? Taaak, tak właśnie mam z książkami Orkana. Nie wiem jak on to robi, ale wszystko co opisuje choć wcześniej mi nie znane, doskonale kształtuje się w klarowny obraz w mojej wyobraźni. Nawet teraz kiedy sobie przypominam niektóre fragmenty to czuję ucisk w okolicach żołądka. Trochę z obrzydzenia, poczucia niesprawiedliwości i niezasłużonej krzywdy, z jakichś tłumionych lęków, bo z czego by innego?
       „Głową w mur” to trochę historia ostatniego jednorożca, ale zdecydowanie nie jest bajkowa. Mamy więc miasto, wielkie i podzielone strefy w których luzie żyją w zależności od statusu społecznego im wyższy tym i oni żyją wyżej, im gorszy tym niżej, aż na sam dół do Domeny Dzbana.
       I tu właśnie wprowadza nas Orkan na samo dno egzystencji polegającej na ciężkiej pracy za marne pieniądze, biedzie, brudzie i upodleniu, gdzie brutalność jest normą i jedynym sposobem na przetrwanie. Wie o tym Eyra, która walczy za pieniądze i wie o tym Byhtra najemny osiłek, a już na samym początku przekona się o tym Gebneh, w którego żyłach zamiast krwi płynie narkotyczny miód. Każde z nich zostanie przez ten podły świat wykorzystane i skrzywdzone, i każde  będzie poszukiwać swojej zemsty. Jak się okaże ta zemsta będzie czymś więcej niż prywatną vendettą, bo cała trójka stanie się wybrańcami, którzy staną na czele rewolucji społeczno-religijnej pod wodzą tajemniczego Trębacza. 
       Wątków jest tu oczywiście więcej jak choćby przywódcy rasistów Lebero, który stoi na czele tamtejszej Młodzieży Wszechpolskiej walczącej, a właściwie napadającej na bogu ducha winnych mutantów. Tych oczywiście w Vakkkerby nie brakuje. A Rafał potrafi je tak pięknie obrazowo opisać, że człowiek oddycha z ulga patrząc w lustro. Nawet jeśli wcześniej myślał, że wygląda tak sobie.
       Do tego wszystkiego dochodzi kolejna cecha prozy Orkana czyli doskonałe połączenie science fiction i fantasy. Jak sam mi to powiedział, swoje książki widzi właśnie jako połączenie gatunków czyli science-fantasy. W książkach przejawia się to w szczególności w postaci technomagów i ich niesamowitych, dziwnie organicznych maszyn i mutantów, które tworzą spajając technikę z żywymi organizmami za pomocą magii. Przy czym nie są to w żadnym razie sympatyczni ludzie, oj nie, nawet określenie „banda skurwysynów”, będzie dla nich pochlebstwem.

W drugiej części cyklu „Dziki mesjasz” już sam tytuł jest ujmujący, ale fabuła zasadniczo jest kontynuacją „Głową w mur”. Tu rewolucja rozpoczęta w  pierwszym tomie dochodzi do skutku, a do tego dochodzą Mazurbalańczycy, zaskakująca historia tego skąd w ogóle Vakkerby się wzięło i finalny Gan Eden – czyli nastanie „raju” w Domenie Dzbana. Oj dzieje się tu dużo. Dla mnie jedną z najbardziej pouczających jest historia Gebneha, któremu rzeczywiście udaje się zostać mesjaszem. Wspaniale pokazane szaleństwo władzy. I jeśli to wydawało się niemożliwe po przeczytani „Głową w mur” w „Dziekim mesjaszu” Rafał przebija sam siebie dozą plugastwa. Które mimochodem jakoś dziwnie kojarzy mi się z zastępami Zergów ze Star Crafta;]
Przeczytałam obydwie książki w jakiś szalonym ciągu i na pewno do nich wrócę, ale wolałbym poczekać jeszcze na trzecią cześć, zwłaszcza, że czytania zawsze mam sporo. W każdym razie, od kiedy przeczytałam książki Orkana każdemu je polecam zachwalam i wręcz zmuszam znajomych żeby przeczytali, a potem razem się zachwycamy jego geniuszem. Co najciekawsze zainteresował się nimi nawet tato jednego z moich kolegów co jest również dużą pochwała. A największą jest oczywiście głos Jacka Dukaja, który napisał o Rafale "ze słuchem językowym i oryginalną wyobraźnią zazwyczaj trzeba się po prostu urodzić - i nimi akurat wydaje się Orkan obdarzony". Aż chce sie powidzieć "tru"
 
Jeśli ktoś mógłby się obawiać, że z tego uwielbienia zacznę mu robić stalking, uspokajam. Chociaż jestem jego pschychofanką, mam całkiem udane życie społeczne i rodzinne, a mój mąż nawet dał się namówić, żeby pójść kiedyś ze mną na spotkanie autorskie, wiec nie jest chyba jeszcze aż tak źle.
Konkludując sport przemawia do mnie jako coś co trzeba robić, a nie oglądać, ale gdyby Rafał Orkan był drużyną piłkarską kupiłabym szalik z jej wyhaftowaną nazwą i darłabym się z innymi na stadionie (co wydaje mi się szczytem straty czasu i głupotą), bo tak bardzo lubię to, co pisze. Z duża dozą ekscytacji czekam na „Oblężone miasto” i mam nadzieję, że ukaże się ono w księgarniach jak najszybciej.

Autor: Rafał W. Orkan
Tytuł: Głową w mur/ Dziki mesjasz
Wydawnictwo: Fabryka Słów