Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fantasy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fantasy. Pokaż wszystkie posty

piątek, 29 marca 2013

Dragon Age Zombie

Nigdy wczęsniej mi się to nie zdarzyło, naprawdę staram się powstrzymywać, próbuję o tym nie myśleć i zerwać z tym obsesyjnym nałogiem, ale niestety nie mam wystarczająco dużo silnej woli. Co gorsza moja elfia czarodziejka, którą zabijam olbrzymie pająki, demony, hurloki, wrogich rycerzy, no i oczywiście smoki, ma jej o wiele więcej niż ja;]

Tak, tak dzisiaj będzie o tym jak to się stało, że siedem godzin spędzone na gapieniu się w ekran telewizora z padem w ręku mija mi jakby było to ledwie 10 minut i wciąż mi mało! Mowa oczywiście o tytułowym Dragon Age'u, który stał się moim najnowszym nałogiem.


Zaczęło się bardzo niewinnie, którejś soboty wieczorem od niechcenia rzekłam do Współgremlinsa, że pograłabym w coś fajnego, na co on nie czekając długo pobrał mi na konsolę pierwszego Dragon Age'a, którego sam zresztą przeszedł ze dwa lata temu. Było to mniej więcej o godzinie 20, a do rzeczywistości wróciłam, dopiero o czwartej nad ranem przypominając sobie ze zgrozą, że mam tylko trzy godziny na sen, bo rano trzeba wstać i pójść poprowadzić zajęcia dla na studiach zaocznych. Zajęcia poszły nieźle, ale potem było już tylko gorzej, a właściwie to lepiej, bo moje życie w Fereldenie okazało się o wiele ciekawsze niż to prawdziwe;]

O tamtej pamiętnej soboty moja ulubioną stroną stał się poradnik dotyczący Dragon Age'a (tak mam chore ambicje przejść absolutnie KAŻDĄ misję), a w moich snach zaczęły się pojawiać rozmaite podpowiedzi na temat tego jaką taktykę zastosować wobec co trudniejszych wrogów. I tak z każdym dniem zmieniałam się w zombie, z którego to stanu chyba jeszcze do końca nie wyszłam;] A wszystko to dlatego, że studio EA naprawdę się przyłożyło do tej produkcji, o czym świadczy choćby poniższy trailer:


Dla mnie największą zaletą tej gry jest fakt, że świat Dragon Age'a jest niesamowicie rozległy, a możliwości eksploracji są spore i zapewniają niemal 100 godzin świetnej rozrywki (oczywiście nie licząc powtórek;).

Główny wątek może nie powala swoją finezja, ale poboczne zadania, które trzeba wykonać, aby go kontynuować sprawiają, że gra się w niego lepiej niż nieźle. Fabularnie wygląda to tak, że jesteśmy świeżym rekrutem Szarej Straży - rycerzy wyspecjalizowanych w wybijaniu mrocznych pomiotów, które z głębi piekieł nacierają na nasze rodzinne Ferelden. Niestety tak się nieszczęśliwie składa, że już na początku gry zostajemy niemal ostatnim żywym strażnikiem i to na nas spoczywa zadanie zgromadzenia całej armii do pokonania plugawców z arcydemonem na czele. Żeby jednak ludzie, elfy i krasnoludki przyłączyły się do naszej zbożnej misji będziemy musieli wykonać dla nich trochę brudnej roboty i tu zaczynają sie nasze cudowne przygody...

Mimo osadzenia w tolkienowskim wyobrażeniu fantasy, świat dragon Age'a zbyt bajkowy nie jest. Pełno tu ludzi złych i podłych - zdrajców, trucicieli, intrygantów, handlarzy niewolników, zbójów, nieuczciwych kupców, żądnych władzy magów, opętanych królów, zbzikowanych kultystów itp., itd. Niektóre z Dragon Age'owych historii są wręcz przytłaczające, dla mnie najbardziej dołująca była ta dotycząca patronki Brandy, opowiadana w wyliczankach Hespith, brrrr....Ale oczywisćie gdyby było zbyt różowo nie byłoby wesoło, no i gdyby wszyscy byli dobrzy nie było by kogo mordować, a przecież nie ma to jak satysfakcja z ubicia smoka czy zabicia jakiegoś złego czarodzieja. 

Do dyspozycji mamy sporo wyborów natury etycznej, ale ja jak to zazwyczaj bywa nie mogę się oprzeć i jestem beznadziejnie dobra. Tzn. zabijam wszystkie złe postaci, ale to jest przecież dobre;] (alternatywą jest pozwolić im żyć, ale to już by było zbyt wiele).

Gra się drużynowo, co jest naprawdę niezłym rozwiązaniem, bo zmusza do myślenia i dobierania drużyny w taki sposób, aby efekt był optymalny. Każdy członek drużyny ma bowiem inne zdolności i w różnych sytuacjach przydają się różne kombinacje. Wielkim plusem polskiej wersji gry jest także doskonały dubbuing. Jednym z moich ulubieńców z drużyny jest Sten, nad którego przyjemnym głosem zachwycałam się dopóki nie dowiedziałam się, że użycza mu go nie kto inny, a sam Pan Kleks czyli Piotr Fronczewski. Po nabyciu tej wiedzy jego droczenie się z Morrigan o zabarwieniu sado-maso brzmiało już trochę inaczej:D

Nie ma co się dłużej rozwodzić, gra jest naprawdę świetna, i w sumie jest trochę jak książka, jednak o tyle lepsza, że tu historię można przeżyć samemu no i w pewnym sensie po swojemu. Od jakiegoś juz czasu klasyczne fantasy mnie nudzi, tu jednak jest naprawdę wciągające, a pisze to tuż przed swoją finałową misją. Żegnam więc i do napisania, kiedy już skończę grać;]

piątek, 20 kwietnia 2012

Reguła na gniota


Po odłożeniu „Reguły dziewiątek” autorstwa tego samego Terrego Godkinda, którego tak wcześniej chwaliłam przychodzi mi do głowy tylko jedno – Terry dlaczego to zrobiłeś? Przyznaję wśród swoich dwunastu książek miał lepsze i gorsze, ale nie sądziłam, że jest w stanie stworzyć takiego GNIOTA. 

Jeśli jeszcze tego nie czytaliście, to nawet nie próbujcie. Bo jeśli znacie cykl Miecz prawdy ta książka tylko wam go zepsuje, a jeśli go jeszcze nie znacie, stwierdzicie, że nie warto sięgać po cokolwiek, co napisał Goodkind. Swoją drogą ciekawe dlaczego właśnie tą fatalną książkę zadedykował swojej żonie? Kobieta musi być chyba bezkrytycznie zakochana…

Mniejsza z tym. Do teraz nie wiem na czym reguła dziewiątek dokładnie polega, ale to nie mój największy ból. Najbardziej boli mnie to, że książka opowiada beznadziejną i w gruncie rzeczy nudną historię, jest wręcz boleśnie wtórna w stosunku do pozostałych książkę Goodkinda, pełna dłużyzn, a bohaterowie zachowuję się zupełnie bez sensu.


Z „Regułą dziewiątek” jest dokładnie tak jak powiedziała moja koleżanka – jest to książka właściwie tylko dla tych, którzy Goodkinda znają, bo  w pewnym sensie jest kontynuacją Miecz Prawdy, ale według mnie Terry nie napisał jej z czytego natchnienia, a dla pieniędzy. Zresztą to samo zrobił sprzedając prawa do filmu i pozwalając, żeby z wspaniałej książki jakim bjest Pierwsze prawo magii serial zrobił twórca Xeny… Sam Raimi. I tu szacunek w stronę Rowling, bo choć sprzedała prawa do Harrego Pottera, film był dokładnie taki jak książka, czego osobiście dopilnowała. Terry w tym czasie najpewniej jeździł sobie formułą, żeby potem wrzucać zdjęcia do Internetu.

Z „Reguły dziewiątek” dowiadujemy się
·     Tego, że Terry nie rozumie sztuki współczesnej i woli tradycyjne landszafty z górsko-leśnymi widoczkami, które maluje jego główny bohater Alexander (a także on sam).
·     Jakie kobiety lubi Terry, czyli dokładny opis jego żony Jeri.
·     Tego, że lubi mieć przy sobie swojego glocka i umie go używać (a na pewno chciałby sobie postrzelać do złych ludzi)
·     Tego, że kluczową rolę w jego życiu odegrał jego dziadek (w Mieczu prawdy tez był ważną postacią)
·     Tego, że kocha życie i zrobi wszystko, żeby go bronić, bo jest tak szlachetny, że aż chce się….

Czy to miała być autobiografia? Miałam nadzieję, że nie, ale tak, to jest coś w tym rodzaju.

Cała historia zaczyna się w dniu urodzin głównego bohatera Aleksa Rahla (tak, tak, z tych Rahlów). Udaje mu się uniknąć wypadku samochodowego, z którego ratuje piękną nieznajomą – Jax, otrzymuje nieoczekiwany spadek, a do tego musi spławić natrętną dziewczynę Bethany. Wszystkie te zdarzenia wbrew pozorom są ze sobą powiązane i są wynikiem, jak to zwykle u Terrego bywa, przepowiedni. I tak Alex podobnie jak kiedyś Richard, będzie musiał stawić czoła złym,  żądnym władzy ludziom o komunistycznych zapędach.

Jednak o ile Richard ewoluował do zaszczytnej roli zbawcy świata przez kilka książek, to Alex dosyć szybko sięga po swojego glocka i z wrażliwego artysty staje się bezwzględnym zabójcą. Wszystko oczywiście w imię wyższego dobra, obrony wolności itd. Generalnie usprawiedliwia się tak samo, jak Amerykański rząd tłumaczył rozpoczęcie wojny w Iraku plus powtarza „z mordercami nie negocjuję”. A mordercy jak to zwykle bywa są tępymi osiłkami nadzorowanymi przez  inteligentnych acz okrutnych geniuszy zła. I tak jak Aleks jest do omdlenia szlachetny, tak oni są do szpiku kości źli. Wszystko czarno na białym, żeby nie było wątpliwości.

Niestety tą książka Terry pokazał, że najwyraźniej jest autorem jednego przeboju i nie potrafi wstanie wymyślić nic nowego. Pewnie dlatego wrócił do Miecza prawdy „Wróżebną machiną” skądinąd przeciętną książką. Chyba napiszę do niego list, tak mnie wkurzył tymi dziewiątkami. Chociaż jedne co naprawdę mu się w tej książce udało to pomysł ze szpitalem psychiatrycznym;] Cała reszta jest pełna absurdów takich, jak to, że geniusze zła równoległej rzeczywistości odwiedzający nasz świat przez lata nie nauczyli się korzystać z broni palnej, którą chcą tam przenieść, albo śledzą bohatera przez telefon komórkowy chociaż w naszym świecie ich magia nie działa, a na technice nie za bardzo się znają. Tych wspaniałości jest o wiele więcej… Ale naprawdę szkoda się w nie wczytywać. 

Autor: Terry Goodkind
Tytuł: Reguła dziewiątek
Wydawnictwo: Rebis 2010

wtorek, 10 kwietnia 2012

Napalona wilkołaczka na tropie złych mutantów


Jeden z moich znajomych, któremu podrzuciłam „Zew nocy” Keri Arthur, powiedział mi, żebym trzymała z daleka od niego kolejne części tej historii, bo jak już zacznie się czytać, to nie można przestać. 
Inna koleżanka, powiedziała mi, że nie można czytać tego książki w środkach komunikacji miejskiej, bo wiadome opisy są tak sugestywne, że człowiek chce się rzucić na któregoś ze współpasażerów. i to właściwie uważam już za najlepszą rekomendację dla Keri Arthur.

Ja z jej książkami Arthur mam podobnie – wiem, ze to bzdurki, wiem, że mogłabym czytać coś ambitniejszego, wiem że sceny seksu są napisane na jedno kopyto, ale.. i tak czytam. Może po prostu każdy musi czasem przeczytać coś takiego dla relaksu? 



Oceniając książki Keri Arthur po okładkach łatwo można się pomylić co do tego, że chodzi o ten sam rodzaj paranormalnego romansu, do którego należy „Zmierzch”. Tymczasem „Wschodzący księżyc” nie tylko został napisany rok wcześniej ale też śmiało można go określić mianem anty-Zmierzchu, bo choć rzeczywiście mamy tu wilkołaczo-wampirze romanse, to bynajmniej nikt nie czeka z seksem do ślubu.

Seks, seks i jeszcze raz seks. To niemal główny wątek tej powieści.  Bohaterka cyklu Zew nocy Riley Janson, jest w połowie wilkołakiem, a w połowie wampirem, a w świecie stworzonym przez Keri Andreson wilkołaki prze cały tydzień kiedy księżyc dochodzi do pełni czują dziką potrzebę uprawiania seksu. Pech chce, ze właśnie na samym początku tego feralnego, lub jak kto woli bardzo szczęśliwego tygodnia, brat Riley zostaje porwany. I tak staje ona przed bardzo trudnym zadaniem - musi odnaleźć brata, rozwiązać intrygę w którą została wplątana, nie dać się zabić dziwnym kreaturom, które czyhają na jej życie, a przy okazji zaspokajać swoje nienasycone potrzeby seksualne. Ufff wierzcie mi, że dziewczyna będzie musiała się napracować...

A co z fabułą? Oprócz seksu mamy tu temat na czasie czyli modyfikacje, klonowanie i eksperymenty ze stworzeniem superosobnika posiadającego najlepsze cechy wszystkich fantastycznych istot są całkiem intrygujące, zwłaszcza, że w trakcie śledztwa okazuje się, że sama Riley została wciągnięta w te kwestie o wiele głębiej niżby mogła podejrzewać...


Drugi tom przygód wiecznie napalonej wilkołako-wampirki  Riley Jenson od razu zaczyna się akcją. Budzi się naga w dziwnym miejscu, obok ciała ochroniarza którego zabiła chociaż niczego nie pamięta i nie ma pojęcia gdzie się znalazła. Wie jednak, że musi uciec, a po drodze spotyka sojusznika w postaci dosłownie i w przenośni – prawdziwego ogiera. Udaje im się razem opuścić, dziwny ośrodek badawczy, gdzie zmiennokształtni byli oddawani genetycznym eksperymentom, ale oczywiście to dopiero początek kłopotów.

Riley będzie musiała uciekać przed zmutowanymi niedźwiedziami, jaszczurkowatymi zabójcami i tradycyjnymi snajperami, a przy okazji dowiedzieć się kto i dlaczego ją ściga. W międzyczasie  przyjdzie jej negocjować warunki związku z przystojnym wampirem Quinnem, którego poznaliśmy na łamach poprzedniego tomu, zostać kochanką, dawnego partnera Mishy, żeby uzyskać od niego potrzebne informacji, a po drodze  znaleźć jeszcze jednego atrakcyjnego partnera, nie wspominając już o narowistym ogierze. Nimfomanki naprawdę wymiękają przy Riley.

Scen seksu znów nie zabraknie, zwłaszcza, że Riley używa go dla dobra śledztwa, a u lubionym opisem uniesień bohaterki został niewątpliwie „kalejdoskop wrażeń przetaczających się przez każdy zakamarek jej umysłu”. Ma go oczywiście za każdym razem... Według mnie można było trochę bardziej się wysilić literacko...

 W trzecim tomie, według mnie najsłabszym, Riley wreszcie decyduje się na zostanie jedną ze strażniczek po to aby skonfrontować się z Deshonem Starrem – doktorem No całego zamieszania, które toczy się od pierwszego tomu cyklu. Jest to wyjątkowo zły przestępca, który specjalizuje się w eksperymentach genetycznych, a przy jest posiadaczem całkiem niczego sobie rezydencję gdzie prowadzi swoje brudne interesy, sprowadza prostytutki dla swoich klientów i organizuje walki kobiet.

Właśnie w kamuflażu przyszłej uczestniczki zmagań w błocie w pojawi się tam Riley Jenson. I tu już fabuła zupełnie przestaje mieć sens, ale przecież nie po to czyta się takie książki jak „Kuszące zło”, żeby czepiać się szczegółów... Riley chociaż zgodnie z panującymi w rezydenci zasadami paraduje nago po posiadłości ani razu nie bierze udziału w rzekomych walkach w błocie, ale za to przez cały czas dzielnie szpieguje i idzie jej to nad wyraz dobrze. Co prawda poprzednich tomach musiała się bardziej napracować, bo tu idzie jej jak z płatka, ale w końcu ma za sobą przeszkolenie strażniczki no i zyskuje niespodziewanych sojuszników, bo jak się okazuje wyjątkowo wiele osób nienawidzi Deshona Starra.

Fanom literatury, która kwalifikuje się do literackiego Nobla odradzam. W tym względzie wiele kwestii tu szwankuje, a już zwłaszcza dialogi. Jednak jeśli komuś niestraszne kły, pazury i seks, polecam, bo romantyczna miłość, nieśmiałe pocałunki i westchnienia do księżyca... to nie ten adres.

W sumie Keri Arthur mogła bardziej się postarać, bo sam pomysł na fabułę oparty o genetyczne eksperymenty i stworzenie istoty będącej super-bronią poprzez krzyżowanie różnych gatunków istot paranormalnych od samego początku bardzo mi się podobał, jednak z każdym kolejnym tomem czułam się w tej kwestii coraz bardziej rozczarowana. Dzieje się tak ponieważ przy równoczesnej lekkości w czytaniu, cały wątek sensacyjny jest tak skomplikowany, że wypadałoby rozpisać sobie na kartce kto i w jaki sposób jest w cala aferę zamieszany, żeby jakoś się tym połapać. Bo nagle ni stąd ni zowąd okazuje się niemal wszyscy z bliskiego otoczenia Riley byli tak czy inaczej zamieszani w sprawę, że wręcz absurdalne wydaje się to, że ani jej, ani jej bratu Rhoanowi (który jest strażnikiem od dawna) nie udało się zauważyć nic podejrzanego. No ale cóż w końcu Riley nie odnosi swoich sukcesów dzięki ruszaniu głową....;]

                Tytuł: Wschodzący księżyc

                Autor: Keri Arthur

                Wydawnictwo: Instytut wydawniczy Erica 2011



niedziela, 8 kwietnia 2012

Wreszcie jakaś dobra książka


Coś ostatnio odbiegłam od książek, a przecież jestem czytającym Gremlinem. Pora więc na chwilę wrócić do głównego nurtu. Ponieważ z okazji świąt niemożliwie się najadłam, jestem w dobrym nastroju i nie chce mi się pisać nic wrednego, zaserwuję więc entuzjastyczną recenzję „Dzieci demonów” J. N McDermotta, które spokojnie mogę uznać za jedną z najlepszych książek jakie trafiły w moje ręce od długiego czasu i dobrą zapowiedź 2012 roku dla fanów fantastyki.

Główny bohater powieści – Jona jest strażnikiem miejskim, może bardziej brutalnym od innych, może nie koniecznie dobrym człowiekiem, ale stara się wieść w miarę normalne życie, na tyle na ile to możliwe dla kogoś, kto jest potomkiem demonów.  Ani jego koledzy z pracy, ani przestępcy, których ściga nie wyczytają tego z jego twarzy, ale wystarczy kropla jego krwi, aby przepalić materiał, rośliny, które się z nią zetkną zwiędną, ślad jego śliny na jabłku lub butelce z której pił, a nawet sam jego dotyk, nie mówiąc już o seksie są w stanie doprowadzić zwyczajną osobę do poważnej choroby i śmierci. Wystarczy, że ktoś taki jak on mieszka w danym miejscu zbyt długo, żeby przesiąkło jego skazą, a jeśli zbyt długo nie pierze ubrań zacznie je niszczyć jego własny pot – skażony pot dzieci demonów. 


Ktoś taki jak Jona nie może nikomu zdradzić swojego sekretu, żeby nie zginąć, nie może nikomu zaufać, a tym bardziej pokochać. Dlatego, będąc kimś takim jak Jona trzeba bardzo uważać, pilnować się na każdym kroku i nie dopuścić do tego, żeby nasz sekret wyszedł na jaw. Bo wtedy można skończyć jako odcięta głowa z której dwójka Wędrowców – ni to wilków, ni to ludzi służących bogini Erin odczyta nasze wspomnienia, emocje i sekrety, które mogą zaszkodzić innym, takim jak my.

I to właśnie do odciętej głowy Jony zaczyna się ta historia. Wilcza tropicielka przejmuje z niej wspomnienia, aby zagłębić się w zawikłaną historię jego życia tropem, którym podążymy wraz z nią. Poprzez obskurną dzielnicę ubojni nazywaną Zagrodami, miejskie kanały, zatłoczone karczmy i brudne ulice bezimiennego miasta poznamy historię mężczyzny, jego ukochanej Rachel i trzeciego dziecka demonów  – Salvatore. 

Historia Jony, to w dużej mierze cofanie się w czasie i chociaż od początku wiemy, że główny bohater zginie, to książka jest absolutnie wspaniała. Oryginalna fabuła, doskonale poprowadzona narracja, świat, w którym czytelnik zanurza się od razu, brak zbędnych opisów oraz doskonale zbudowane napięcie – sprawiły, że przeczytałam ją zbyt szybko i zbyt zachłannie, dlatego na pewno jeszcze wrócę do „Dzieci demonów” i z wielką przyjemnością przeczytam kolejny tom.

„Dzieci demonów” to chyba najkrótsza, z książek wydanych w serii „Fantastyka”  przez Prószyńskiego i S-ka a po jej przeczytaniu zrozumiałam, że dobra książka jednak nie musi być aż tak długa jak mi się dotychczas wydawało. Choć może się to jeszcze zweryfikuje, bo w końcu "Psia ziemia" jest przewidziana na trzy tomy.

Książka też obala inną prawidłowość - mianowicie tuż przy nazwie na każdej książce z tej serii znajduje się informacja – „Najlepsze książki na świecie” z nieśmiałym dopiskiem „prawdopodobnie”. Niestety kilkukrotnie miałam okazję się przekonać (patrz „Wichry archipelagu”), że to stwierdzenie bywało dodane przez wydawnictwo mocno na wyrost, jednak w przypadku „Dzieci demonów”  nie mam żadnych wątpliwości – słowo „prawdopodobnie”, można tu spokojnie wykreślić grubą kreską. 

Tytuł: Dzieci demonów
Autor: J. M. McDermott
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka 2012

czwartek, 5 kwietnia 2012

Gra frustracji


Wszyscy o tym mówią, wszyscy tym żyją, wszyscy jarają się drugim sezonem. O czym mowa? Oczywiście o „Grze o tron”, serialu do którego miałam baaaardzo długie podejście, ponieważ liczyłam na to, że zanim wezmę się za oglądanie uda mi się przeczytać książkę. Nie udało się i nie jestem zachwycona.


Jak na Gremlina przystało nie będę zbyt miła, bo jak mniemam przez to, że nie czytałam książki oglądanie tego serialu jest dla mnie źródłem wielu frustracji. Dlaczego? Już wyjaśniam.

Oglądam serial razem ze sowim współgremlinsem, a on niestety jest gremlinsem miejskim, a nie wiejskim. Oznacza to, że nie orientuje się za dobrze w koligacjach rodzinnych, w tym, kto komu i dlaczego robi pewne rzeczy ani nie pamięta tego co działo się w poprzednich odcinkach. Na wsi trzeba to wszystko wiedzieć o swoich kamratach, żeby nie skończyć jak Jagna z „Chłopów” i jak przystało na dziecko ze wsi od maleńkości byłam szkolona w nasłuchiwaniu plotek i historii rodzinnych, stąd wiem kto jest czyją cioteczną kuzynką córki stryja, ile stryj miał dzieci i z którymi żonami. Wydawałoby się, że to nie takie trudne, a jednak… Frustracja pierwsza – przed każdym odcinkiem ja robię za „previously” i zanim weźmiemy się za oglądanie muszę wszystko streścić i wyjaśnić, bo inaczej współgremlins pyta przez cały odcinek o różne szczegóły, co naprawdę może być irytujące jeśli trzeci raz pyta o to samo…

W związku z frustracją pierwszą zrobiłam coś naprawdę chorego – przeczytałam dokładnie i powoli opis każdego odcinka na Wikipedii, żeby stać się prywatną gremlinopedią „Gry o tron”. A nawet nie czytałam tej cholernej książki!

Taaak ta nadmierna komplikacja fabuły i przewaga nudnej polityki nad przygodowym fantasy to jednak jest wada (teraz nadszedł moment, w którym fani mogą obrzucić mnie błotem).


Ok. wkurzyłam się trochę:] Ale zbliżamy się do frustracji nr. 2, która nazywa się „syndrom mojego ojca”. Nie ma to nic wspólnego z Freudem, spokojnie. Syndrom polega na tym, że kiedy mój ojciec ogląda film sensacyjny głośno komentuje poczynania bohaterów sformułowaniami „ty idioto, przecież cię zaraz złapią jak to zrobisz”. Oglądając „Grę o tron”, zrozumiałam jak głęboką mądrość przekazywał mi mój ojciec oglądając telewizję. "Boromir ty idioto" – mam ochotę powiedzieć to dosłownie w każdym odcinku. Zwłaszcza, kiedy zgodził się zabić wilka, potem było już tylko gorzej.

Na szczęście w miarę szybko ginie, o co zresztą oburzali się widzowie z zza oceanu, którzy tak, jak ja nie czytali książki. Boromir niestety zawsze ginie szybko… Chociaż dobrze gra i jest Boromirem idealnym (jedyny plus mega nudnej ekranizacji „Władcy Pierścieni”, to jego postać, która była jak wyjęta z mojej wyobraźni)

Bynajmniej nie chodzi mi wcale o to, ze serial musi być cukierkowy, słodki i zakończony happy endem w każdym odcinku, ale „Gra o tron” jest po prostu przytłaczająca. To tak jakby ogadać jak ktoś bliski się pogrąża i nie mieć możliwości, żeby mu pomóc. Smutne.

Plusem „Gry o tron” jest bez wątpienia soft porno, a sceny seksu przyjemnie ożywiają tą szekspirowską akcję.
 
I największa zaleta „Gry o tron” czyli moja ulubiona para Dajniri i Drogo. Swoją drogą Jason Momoa wreszcie dostał rolę na miarę swych możliwości, które ograniczają się do seksownego wyglądu i umiejętności powarkiwania. Każdy, kto oglądał remake Conana, widział, że grać chłopak nie potrafi i drugim De Niro nie będzie nigdy, ale to ciało….mmmmm

Gdybym mogła być którąś z postaci to Dajniri wygrywa nie tylko ze względu na przystojnego męża, ale także dzięki umiejętności wysiadywania smoczych jajek i urodzie. Kibicuję jej całym sercem i z wytęsknieniem czekam za sceny opowiadające jej fragment historii. A jak miło było patrzeć na złotą koronę, którą wreszcie dostał jej lalusiowaty brat! 

 
Nawiasem mówiąc lubię też Arię i bastarda. No i jednak mimo tych niedogodności, nad którymi się rozwodziłam nadal oglądam serial, więc jednak mnie wciągnęło...

Mimo to moja historia z „Grą o tron”, jak na razie nie kończy się dobrze, a ostatnia frustracja to chyba raczej perwersja. Wstyd się przyznać, ale jednak, śniło mi się, że całowałam się z karłem. Tak z Tyrionem. To czytanie wikipedii padło mi na mózg, muszę się upić, może zapomnę o tej traumie.  I  nie chce mi się już czytać książki.

Aaaa i życzę miłego oglądania drugiego sezonu, mi zostały tylko dwa odcinki pierwszego. 

Tytuł: Gra o tron
Reżyserzy: Tim Van Patten, Brian Kirk, Daniel Minahan, Alan Taylor



 

środa, 28 marca 2012

Wichry bez namiętności


Coś zrobiłam się ostatnio za dobra, bo piszę tylko o tym co mi się podobało. Czas jednak trochę pogremlinić i wyżyć się na jakiejś książce. Mój wybór padł na całkiem niedawno wydaną cegłówkę, którą przeczytałam chyba tylko z zawziętości - debiut Bradleya P. Beaulieu o epickim tytule Wichry archipelagu. W trakcie czytania co kilkadziesiąt stron mówiłam sobie „nie dam rady dalej”, jednak ponieważ uprawiam jogę, wiem, że dopiero ósme „nie mogę” jest prawdziwe i jakoś przebrnęłam przez te siedem załamań. czytając.

Podstawowa wada tej książki, to okropna rozwlekłość, bo jak długo może się rozwijać akcja książki? Przez sto stron? Może przez sto pięćdziesiąt? Może nawet i dwieście, ale kiedy w książce liczącej sobie ponad 600 stron doszłam do jednej trzeciej, a do tego momentu naprawdę nic istotnego się nie wydarzyło zupełnie straciłam nadzieję, na to, że  jeszcze mnie do siebie przekona. 

Autor osadził akcję swojej powieści na archipelagu stylizowanym na carską Rosję, ale o ile wschodniość w jego wersji polegająca na wtrąceniach z języka rosyjskiego i popijaniu wódki może przekonać  kogoś kto nigdy nie był w Środkowowschodniej Europie, to dla mnie osoby, która mieszka tu od urodzenia, jest to mocno naciągane. Cały czas czytając tą książkę zastawiałam się po co zabierać się za klimat, który zna się raczej z filmów niż z doświadczenia?

Dalej wcale nie jest lepiej. W Kałakowie, gdzie toczy się akcja panuje nieurodzaj, głód i śmiertelna choroba nazywana wyniszczeniem. A kiedy książęce rody spotykają się z okazji ślubu młodego księcia Nikandra i księżniczki Atiany, w wyniku zamachu dokonanego przez ognistego demona ginie przywódca wszystkich rodów z Archipelagu. Podejrzenia padają na lud Maharratów, którzy do złudzenia przypominają złych arabskich terrorystów i Aramanów czyli lud bez ziemi, który potrafi przywoływać duchy natury czyli hezany, a zarazem jest tak uduchowioną i pragnący mądrości nacją, że przypominają mistrzów zen. 

W tym wszystkim  znajduje się młody książę Nikanrd i otaczające go kobiety, pierwsza to Rehada maharracka prostytutka,  której oddał swoje serce, a która stoi po przeciwnej stronie barykady, druga to Atiana jego przyszła żona, poślubiana w ramach kontraktu między rodami i trzecia jego ukochana, acz despotyczna siostra Wiktania, podobnie do niego chora na wyniszczenie. Żeby tego było mało u boku księcia pojawia się jeszcze autystyczny chłopiec (żeby jeszcze bardziej skomplikować sytuację syn Rehady) Nasim o ponadnaturalnych zdolnościach, z którym splecie się los Nikandra.

Cały ten pomysł może jeszcze miałby potencjał, gdyby pierwszych 250 stron tej książki nie zajmowały rozważania Nikandra nad jego nieszczęśliwym losem w kontraktowym małżeństwie, niesnaski pomiędzy Niknadrem a kochanką i narzeczoną, niesnaski pomiędzy Atianą i jej siostrami, opisy polityki pomiędzy rodziną Nikandra, a rodziną panny młodej, oraz polityką Archipelagu w ogóle i przynudnawe opisy statków. A można było te strony poświecić choćby na lepsze zarysowanie ogólnego planu książki, niestety  autor najwyraźniej uznał, że będzie ciekawiej w odwrotnej kolejności. 

Ponieważ rzecz dzieje się na występach rozrzuconych na archipelagu, u Bradleya P. Beaulieu  zrodził się także pomysł, aby komunikacja pomiędzy nimi odbywał się statkami, które poruszają się w powietrzu napędzane siłą wiatru i hezanów przywoływanych przez Armanów. Ani nie jest to  szczególnie oryginalny pomysł, ani nie został on dobrze wykorzystany. A opis sterowania powyższymi statkami, laikowi nie mówi nic. Może ich budową i działaniem zainteresowałby kogoś, kto żeglował na normalnych statkach, ale dla mnie były one tylko pogłębieniem bezdennej nudy w tej książce. 

Dawno się tak nie wynudziłam jak czytając beznamiętne Wichry…, a polecić mogę tylko komuś, kto lubi niespieszną narrację. Dla pozostałych także, ale jako  doskonały środek nasenny, bo Wichry archipelagu na pewno nie wzbudzą w nas takich namiętności i marzeń, które nie pozwolą nam spokojnie zasnąć.

Tytuł: Wichry archipelagu
Autor: Bradley P. Beaulieu
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka 2011

sobota, 24 marca 2012

W łóżku z bogiem nocy

Gdyby bogowie rzeczywiście istnieli, a na domiar tego odpowiadali na prośby i rozkazy ludzi, jak wyglądałaby wówczas świat? Według mnie najpewniej szybko pogrążyłby się w ruinie, bo wszyscy chcieliby wykorzystywać boską moc do realizacji swoich interesów, jednak w wizji Nory Jemsin, którą  roztacza w powieści „Sto tysięcy królestw”, to świat bez wojen i bez rozlewu krwi, ale tylko pozornie mniej okrutny od tego, który sobie wyobraziłam.

Wyobraźmy sobie, że mamy zaledwie dziewiętnaście lat, mimo młodego wieku jesteśmy wodzem ludu Darr, nasza matka niespodziewanie umiera w dziwnych okolicznościach, a my dostajemy wezwanie na dwór aktualnego władcy świata, a zarazem naszego dziadka, którego nigdy nie mieliśmy okazji poznać. Na miejscu okazuje się, że Dekarta sprowadził nas na dwór po to,  aby ogłosić nas jedną z trójki jego spadkobierców, a zarazem spłaciła dług swojej matki. Tak zaczyna się historia Yeine głównej bohaterki powieści „Sto tysięcy królestw”, a powyższy  wstęp bynajmniej nie zapowiada, że z dnia na dzień Yeine zostaje królową świata. Wręcz przeciwnie. 


Nora Jemisn jest Afroamerykanką, a z wykształcenia psycholożką i obydwa te aspekty bardzo wyraźnie zaznaczają się w jej prozie. Zwłaszcza w opisach matki Yeine – Kinneth, która choć martwa odgrywa w „Stu tysiącach królestw” kluczową rolę. Córka Dekarty i jego następczyni jeszcze przed narodzinami córki została wygnana z miasta-pałacu Sky, za mezalians, który popełniła związując się z jej ojcem z ludu Darr. Teraz Yeine jako potomkini Aramerich podczas specjalnej ceremonii będzie musiała wybrać jednego z dwójki kandydatów do tronu, a zarazem jej kuzynostwa albo okrutną Sciminę, albo jej zmanierowanego Relada. Nikt jednak nie uprzedził jej jak trudny będzie ten wybór i ile będzie ją kosztował.

Jedynymi sprzymierzeńcami dziewczyny w pałacu Sky okazują się Enefadeh – bogowie, którzy po tym jak przegrali wojnę z bogiem dnia Itempasem zostali uwięzieni  ludzkich ciałach i zmuszeni do posłuszeństwa rodowi Aramerich. Arameri wykorzystali Enefadeh do odbudowania świata po wojnie bogów, stworzenia będącego ich siedzibą miasta-pałacu Sky, z czasem także podbicia i utrzymywania pokoju pomiędzy wszystkimi królestwami. Kiedy wreszcie nastał pokój i ład utrzymywany groźbą nasłania na wroga bogów, Aramaeri zaczęli wykorzystywać ich do bardziej przyziemnych celów jak  zaspokajania swoich seksualnych perwersji. I od razu wiadomo dlaczego ksiazka mi się podobała:] Bo choć szczegółowych opisów tu nie ma, dawka okrucieństwa jest spora. Kim są zniewoleni bogowie?  Najpotężniejszy (i przy okazji budzący stale dzikie żądze naszej głównej bohaterki) w tym gronie jest bóg nocy Nahadoth, a towarzysza mu bóg-dziecko Sieh, bogini-wojowniczka Zhakkran i bogini-mądrości Kurue. W pewnym sensie będą oni pomocni dla Yeine, ale oczywiście nie bezinteresownie. 

Młodziutka Yeine trafia do świata ludzi zdeprawowanych możliwością korzystania z boskiej mocy i bogów nienawidzących ludzi za lata spędzone w ich niewoli. Każdy chcę ją wykorzystać po swojemu, a ona będzie musiała przetrwać wśród ludzi obojętnych na cierpienie, wyrachowanych i bezwzględnych w dążeniu do celu. Wspominałam o tym, że autorka jest Afroamerykanką, i sadzę, że ma to olbrzymie znaczenie,  bo odnoszę wrażenie, że oddać tak dobrze wyobcowanie głównej bohaterki mogła tylko osoba, która w jakiś sposób sama musiała być wyobcowana.  Poza tym bardzo rzadko autorzy książek fantasy zwracają uwagę na kolor skóry swoich bohaterów, a tu mamy nie tylko kobietę, ale do tego jeszcze czarną, z czym chyba jeszcze nigdy się nie spotkałam w literaturze fantasy.

Co do wykształcenie psychologicznego to zapewne dzięki niemu Jemisn tak umiejętnie buduje nie czarno-białe postacie. Nikt przecież nie jest do końca dobry, ani do końca zły, a autorka świetnie potrafi to pokazać zagłębiając się w motywacje, pragnienia i lęki poszczególnych postaci. Zwłaszcza te pragnienia względem pójścia do łóżka z bogiem nocy, wychodzą jej świetnie… A na poważnie znajomość psychologii widać u niej świetnie w opisach relacji Yeine z matką.

Nieczęsto spotyka się książkę z tyloma pozytywnymi rekomendacjami na okładce, z których żadna nie została napisana na wyrost. Może Nora Jemsin nie jest nowym Genem Wolfe, ale na pewno wyróżnia się na tle eksploatowanych ostatnio do znudzenia wilkołaczo-wampirzych motywów w fantastyce. Do tego ma ona dar do prowadzenia nieoczywistej narracji, bo chociaż zawsze liczymy na to, że opowieść skończy się dobrze, autorka „Stu tysięcy królestw” potrafi doprowadzić nas do finiszu ścieżką na której każdy zakręt jest zaskoczeniem.

Autor: N. K. Jemsin
Tytuł: Sto tysięcy królestw
Wydawnictwo: Papierowy księzyc 2011

czwartek, 15 marca 2012

Gramatyczne czary-mary


Dziś opowieść o książce liczącej już sobie trochę czasu na polskim rynku wydawniczym, ale według mnie ciekawej czyli o „Czaropisie” Blake’a Charltona. Kiedy czytałam jej recenzje miałam dziwne wrażenie, że jestem jedyną osobą, której się ona podobała i która w swojej recenzji ją poleca. Na szczęście  pożyczyłam ją kilku swoim kolegom i im też „Czaropis” się podobał, wiec przestałam myśleć, że to ja mam jakiś problem z rozróżnieniem dobrej książki od złej i utwierdziłam się w słusznym przekonaniu, że to inni recenzenci się nie znają.

Zapewne owych podłych recenzentów możemy też pociągnąć do odpowiedzialności za to, że wydawnictwo Prószyński i S-Ka nie zdecydowało się na wydanie drugiego tomu, który przecież zapowiadało na styczeń minionego roku. Mówi się trudno, ale  i tak szkoda.

Według mnie, każdy, kto z przyjemnością śledził przygody Skrytobójcy, który Robin Hobb, będzie z  „Czaropisu” zadowolony, bo mnie  bardzo szybko wciągnął i zaciekawił, a już zwłaszcza sposób, w jaki autor przedstawia lingwistykę, która nigdy wcześniej nie wydawała mi się tak interesująca.

             „Czaropis”, to fantasy w starym dobrym stylu i według mnie jest to jego niewątpliwa zaleta. Mamy więc bohatera-ucznia, przepowiednię o wybrańcu, intrygę, w którą zostaje wplątany i walkę o losy świata. Główny bohater powieści Nikodemus, to młody i zdolny adept magii, który miałby szansę na karierę wielkiego czarodzieja, gdyby nie jego kakografia a innymi słowy dysortografia. Jest on swojego rodzaju dyslektykiem w dziedzinie magii - nie potrafi uformować zaklęcia zgodnie z zasadami gramatyki, a na domiar złego każdy magiczny tekst którego się dotknie ulega w jego rękach deformacji. W wielu kulturach język ma magiczne znaczenie, zmawianie, zaklinanie, a nawet przysięgi czy klasyczne „hokus-pokus” mają magiczne znaczenie. Stąd może pojawiła się u Blake’a Charltona pomysł, żeby magia także była językiem rządzącym się określoną gramatyką. Według mnie realizacja tego pomysłu udała mu się całkiem nieźle.

Co do fabuły to postawi nas ona przed takimi pytaniami jak to cz Nikodemus rzeczywiście jest wybrańcem, skoro nie potrafi „gramatycznie” czarować? Dlaczego ktoś silnie go poszukuje i  nie zawaha się zabić żeby do niego dotrzeć? Kto tak naprawdę jest przyjacielem a kto wrogiem? W „Czaropisie” na czytelnika czeka sporo zagadek, a wiele z nich kryje także bardzo ciekawa mitologia, którą akcja jest gęsto przepleciona. Bo akademia młodych magów, w której szkoli się Nikodemus to siedziba dawno wymarłego ludu Chthoników, lykantropy to powszechne stworzenia, a w podziemiach mieści się królestwo goblinów. Jakby tego było mało niektórzy bogowie mieszkają pośród ludzi. A owi ludzie zamiast wyznawać bogów czczą demony, które oczywiście chcą zniszczyć świat…. A temu wszystkiemu ma zapobiec oczywiście nasz bohater.

            Według mnie warto przeczytać „Czaropis”, bo jest to z jednej strony trochę bajka inicjacyjna bliska „Gwieznym Wojnom” i „Harremu Potterowi”za bohaterów, a z drugiej to naprawdę fajna przygodowa historia, w której autor zostawia mnóstwo znaków zapytania. Tym bardziej szkoda, że wydawnictwo nie zdecydowało się na wydanie drugiego tomu. 

Autor: Blake Charlton
Tytuł: Czaropis
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka 2010

poniedziałek, 12 marca 2012

Miecz prawdy czyli o moim absolutnie ukochanym cyklu


Zdarzyło mi się jakiś czas temu napisać artykuł poświęcony grze „Dead Island”, który został dosyć mocno skrytykowany  w komentarzach przez internautów, którzy uznali, że skoro tak podoba mi się gra o naparzaniu grabiami w zombie, muszę być nienormalna, perwersyjna, chora psychicznie, do tego zmienili mi płeć, zapewne sądząc, że kobieta takich rzeczy lubić nie może. Nie żeby jakoś specjalnie zabolała mnie ta fala goryczy, ale mocno zafrapowało moją uwagę, że ludzie tak myślą o grach komputerowych. Tekst można przeczytać tutaj, ale swoją drogą trochę racji może i mają:] 

W życiu codzienny nie wyróżniam się jakimiś szczególnymi perwersjami, ale jako gracz lubię dobrą rozwałkę (o czym też wkrótce zamierzam napisać), a jako czytelnik, zdecydowanie mam ciągoty do tego co mroczne, tak, jak choćby do wspomnianego Orkana, na którego cześć napisałam tu już stosowny pean. Skąd mi się to wszystko wzięło? Jeśli chodzi o gry to na pewno od dwóch starszych braci, którym zawsze kibicowałam kiedy grali w Diablo, Blood czy Dukea itp, a jeśli chodzi o książki, to winą chyba mogę obarczyć Terrego Goodkinda, który raz na zawsze zmienił moją wyobraźnię. Bo jak u Terrego ma boleć, to wierzcie mi zaboli naprawdę.

Piszę to wszystko z tej okazji, że właśnie skończyłam czytać „Wróżebną Machinę”  jego najnowszą książkę, którą po czterech latach powraca do cyklu Miecz prawdy. Przez 12 kolejnych lat tom po tomie opowiadał o przygodach poszukiwacza prawdy czyli Richarda Rahla i Matki Spowiedniczki – Kahlan Amnell. A wszystkie te książki, w których średnia ilość stron to około sześciuset, przeczytałam, posiadam w swojej kolekcji i na pewno kiedyś do nich wrócę.

Trudno jest mi zrecenzować w całości tak obszerny cykl, zwłaszcza, że czytałam go dosłownie latami (niektóre tomy po kilka razy), bo kolejne książki wychodziły co roku w lutym i akurat tak dobrze się składało, że z reguły dostawałam je na urodziny.  Konieczna będzie tu więc jakaś wybiórczość, więc skoncentruję się przede wszystkim na pierwszym tomie czyli „Pierwszym prawie magii”, a skończę na ostatnim czyli wspomnianej już „Wróżebnej machinie”.

Dorastam w małej miejscowości i już od dziecka moją główną rozrywką było czytanie (tak, tak życie na wsi nie dostarcza zbyt wielu innych intelektualnych podniet). Kiedy miałam około 13 lat przyszedł w moim życiu taki moment, że wyczerpałam możliwości mojej małej szkolnej biblioteki i musiałam się przenieść do równie niewielkiej, ale bardziej dorosłej w Gminnym Ośrodku Kultury. Jak to się stało, że znalazło się tam „Pierwsze prawo magii”? Tego chyba nigdy się nie dowiem, bo biblioteka raczej nie specjalizowała się w fantastyce, ale nigdy nie zapomnę jak ją w niej znalazłam. Na dolnej półce przy samej podłodze,  gruba (to lubię w książkach) i jeszcze ze smokiem na okładce! Przeczytana na wszystkie strony (chyba nie tylko mnie skusił smok), z pogiętą okładką, pobrudzonymi i pozaginanymi stronami, była dla mnie wręcz jak tajemniczy rękopis. Jak się później okazało jej waga w moim życiu okazała się równie bezcenna. 

Otworzyłam ją i wpadłam w fabułę tak, jakby to był chłopak, w którym się zakochałam. Do dziś zresztą kiedy trzymam w rękach „Pierwsze prawo magii” staram się go nie otwierać, bo wiem, że zacznę czytać. Od razu polubiłam Richarda, a stworzony przez Goodkinda świat momentalnie mi się spodobał.  Pierwszy raz w życiu nie poszłam spać, żeby przeczytać książkę do końca. Nie udało mi się (696 stron!), ale zrobiłam to jak tylko wróciłam ze szkoły tego samego dnia. W sumie za pierwszym razem udało mi się zamknąć w 24 godziny, a ostatecznie w ciągu kolejnych lat czytałam „Pierwsze prawo magii” z pięć razy. Podejrzewam, że ta książka działa na mnie tak jak na niektórych ludzi narkotyki, ja po prostu w nią odjeżdżam i zmieniam się w czytające zombie a nie gremlina.

O czym to jest? Wiec dawno dawno temu był sobie Richard Cypher leśny przewodnik z Hartlandu, któregoś dnia zupełnie niespodziewanie ratuje przed czterema zbirami piękną nieznajomą – Kahlan Amnell. Dziewczyna przybyła do jego krainy z Midlandów, żeby w obliczu wojny odnaleźć miecz prawdy i jego strażnika potężnego czarodzieja Zeddicusa Zu’l Zorandera. Od tego momentu zaczynają się problemy, a zarazem wielka przygoda Richarda. Okazuje się, że ktoś brutalnie zabił jego ojca, w lasach pojawiają się magicznie trujące pnącze, a z nieba zaczynają atakować chimery. Wszystko to ma oczywiście coś wspólnego z magią, od której Hartland po wielkiej wojnie został oddzielony ścianą zaświatów. Jednak ściany zaczynają się rozpadać, a świat znany Richardowi staje przed złowieszczym zagrożeniem ze strony Rahla Posępnego władcy D’Hary, który jak to zwykle bywa planuje przejęcie władzy nad światem. A najlepsze w tej książce jest to, ze wiem jak to wszystko kiczowato brzmi! ale i tak mi to absolutnie nie przeszkadza;]

Dalej jest tak, że Rahl chce tego dokonać poprzez uwolnienie pradawnej magii Ordena zawartej w trzech szkatułach. Aby zyskać absolutną władzę musi do pierwszego dnia zimy zgromadzić wszystkie trzy i otworzyć tą właściwą według instrukcji zwartych w Księdze Opisania Mroków, a żeby tego dokonać niezbędni będą i Richard, i Kahlan.

Oczywiście żadne z nich nie będzie skłonne z własnej woli pomóc tyranowi,  a wręcz przeciwnie zrobią wszystko, aby mu przeszkodzić. „Miecz przeznaczenia ma dwa ostrza. Jednym jesteś ty” – to oczywiście cytat z Wiedźmina, ale równie dobrze można go odnieść do losów Richarda, który sam staje w szranki ze swoim przeznaczeniem i przepowiednią zapowiadającą zagładę.  Żeby ją wypełnić będzie musiał opuścić swój dom i podjąć się zadań wręcz niewyobrażalnych i najczęściej bardzo dla niego bolesnych, zarówno pod względem fizycznym jak i emocjonalnym.

Poprzez zaświaty, wioskę błotnych ludzi, dolinę wiedźmy Shoty, miasto Tamarang i komnatę Mord-Sith dotrze wreszcie do Ogrodu Życia w siedzibie Rahla – Pałacu Ludu, gdzie rozegrają się losy świata.  Każdy kolejny etap drogi Richarda jest wspaniale zarysowany, ale dla mnie do dziś najwyrazistsza w tej historii pozostanie Mord-Sith. I to ją - panią Dennę najlepiej zapamiętałam.  Do dziś przewraca mi się zawartość żołądka kiedy przypominam sobie to, co jej rękami Terry Goodkind zrobił Richardowi. „Tak pani Denno, nie pani Denno, przepraszam pani Denno, dziękuję pani Denno”. Często zastanawiałam się jak Goodkind wymyślił Agiela i wszystko to, co można nim zrobić człowiekowi. Może lepiej nie wiedzieć? W każdym razie czytanie procesu tresury jest równie wstrząsające, co fascynujące.  Przechodząc przez niego pierwszy raz płakałam razem z Richardem. Ale tak jak i on oczywiście pokochałam panią Dennę, tak jak i mój ulubiony bohater.

Szczególnie uroczy jest jej obcisły skórzany uniform w czerwonym kolorze - żeby nie było na nim widać śladów krwi. W internecie można bez problemu znaleźć dziewczyny, które sprawiły sobie takie wymowne stroje. Jak widać fantazjowane o biciu facetów, może człowieka sprowadzić na manowce...



Ale katowanie Richarda w celu „złamania go” to zaledwie jeden z wielu pomysłów Goodkinda, które wiążą się z rzeczonymi perwersjami. Bo przecież Denna katowała go nie tylko na sali tortur, ale też w sypialni (Pamiętajmy kiedy to czytałam miałam 13 lat i jeszcze nie śniło mi się, że w ogóle można robić takie rzeczy). I jak on to opisuje! Niemal słychać przyspieszone tętno Richarda i czuć jego strach, kiedy Pani Denna zbliża się do niego ze swoim Agielem! 

Na tym jednak nie koniec, bo mamy tu też Rahla Posepnego, który nie zabił przecież ojca Richarda ot tak, ale jeszcze do tego przepięknie rozwlekł jego wnętrzności po całym domu. Nie tylko nasłał na chłopaka Mord-Sith ale jeszcze sam wcześniej je szkolił i łamał. A do tego dochodzi cały wątek tego jak oswaja, mami i w końcu doprowadza do ślepego oddania zniewolonego przez siebie chłopca.

Nie można także pominąć w tym gronie Nasa, dowódcy gwardzistów Rahla, który ma słabość do małych chłopców, ale nie wykorzystuje ich tak, jak Rahl Posępny do magicznych rytuałów... Nasa oczywiście spotyka stosowna kara (a co mi tam zaspijluję - zostaje zmuszony, żeby na żywca wyrwać sobie genitalia i je zjeść), a najgorsze jest to, że Goodkind tak buduje tą postać, że czytelnik szczerze się cieszy z owej kary, mimo naprawdę krwawego okrucieństwa. 

Jedno jest pewne jeśli jego bohaterowie są podli, Terry na pewno zatroszczy się  o stosowną sprawiedliwość i nawet jeśli jest to dziecko, zupełnie mu to nie przeszkadza. Wymienianie tych wątków można by mnożyć, ale według mnie przyjemniej zgłębić się w nie samemu. Gdyby to było możliwe krew powinna bryzgać ze stron tej książki. Chociaż Jagang i jego armia imperialnego Ładu i tak potem to jeszcze przebije;] Po stokroć...

Z co jeszcze tak bardzo go lubię? Goodkind jest mistrzem tworzenia postaci drugoplanowych i każda jest wspaniale i wyraziście nakreślona czy będzie to biedna Rachel czy rozwydrzona księżniczka Violet, dobroduszny Chase czy wężowaty Michael, uwodzicielska Shota i jej przypominający nieco Golluma pomagier Samuel. Tą książkę tworzą właśnie takie postacie, które autor zdaje się dobrze znać i rozumieć, a dzięki temu są autentyczne i czytelnikowi nie trudno się z nimi utożsamić.
Co do stworzonego przez niego uniwersum mieści się ono oczywiście w konwencji magii i miecza, ale kryje też wiele niespodzianek. Podobnie zresztą jak w cała fabuła. Książka trzyma w napięciu dosłownie przez każdą stronę, nie ma tu momentów przestoju ani nudy, a to, że co chwila zmienia się perspektywa bohatera sprawia, że jak tylko przywiążemy się do jednego dostajemy drugiego. Jesteśmy trochę pogniewani, że zabrano nam Richarda, ale zaraz wciąga nas kawałek historii opowiadany przez Rachel, a wtedy nagle wcielamy się w Rahla itd. To jak te wszystkie wątki splatają się w finale to po prostu majstersztyk!

Genialna jest też sama historia, bo można by powiedzieć „skoro wiemy, że będzie miała tyle tomów, to wiadomo jak się skończy”. Nic bardziej mylnego! Pierwszy tom to tak naprawdę dopiero początek, swoisty wstęp do właściwych przygód Richarda i Kahlan. Zresztą motywy  i postacie z „Pierwszego prawa magii” będą przewijać się przez wszystkie kolejne tomy, aż do „Wróżebnej Machiny”. 

Ja osobiście najbardziej lubię początek cyklu czyli „Pierwsze prawo magii”, wspaniały i epicki „Kamień łez” nieco słabsze „Bractwo czystej krwi” i dla mnie absolutnie genialną „Świątynię wichrów”. 


Później znów Goodkind ma spadek formy w „Duszy ognia”, ale wspaniale odbija się w „Nadziei pokonanych”. Po niej wyszły dla mnie najsłabsze w całym cyklu „Filary Świata” i „Bezbronne imperium”. Ale nagradza to wszystko kończąca cykl trylogia „Fantom” – „Pożoga” – „Spowiedniczka”.

Wspomnę tylko, że gorąco zachęcałam swoich znajomych do brnięcia przez te wszystkie cegły razem ze mną, ale nikt z nich nie dotrwał do końca. Cieniasy...


W każdym tomie pojawia się oczywiście nowe prawo magii, które mam nawet gdzieś spisane, jak przystało na oddaną fankę cyklu, ale może przytoczę je innym razem, bo niemiłosiernie się rozpisałam, a nawet jeszcze nie wspomniałam o serialu. Tu już więc się streszczę – nie podobał mi się. Ale jakby ktoś chciał wiedzieć więcej, to zapraszam TUTAJ.

I jeszcze parę słów na temat „Wróżebnej machiny”, od której przecież zaczęłam. Generalnie Terry Goodkind wrócił po czterech latach do cyklu, który miał definitywnie zakończyć i wydaje mi się, że motywem nie było tu natchnienie, a pragnienie gotówki. Chociaż naprawdę go uwielbiam, „Machina” jest dla mnie, jego oddanej fanki, kotletem mocno odgrzewanym. Smacznym owszem, ale na pewno nie zaskakującym. Przeczytałam to oczywiście ciurkiem i naprawdę dobrze się bawiłam, ale szczyt formy to, to nie jest.
Bo niby już wszystko się skończyło, a Richard i Kahalan mieli żyć długo i szczęśliwie, a tu nagle okazuje się, że rdzeniem  Pałacu Ludu jest jakaś monstrualna i do tego samoświadoma machina. Oprócz własnych przemyśleń wysuwa ona też ze swojego wnętrza przepowiednie, które nomen-omen sprawdzają się co do joty. Oczywiście są to raczej złe i krwawe wróżby dla Richarda i Kahlan, a do tego wywołują panikę wśród ludu. I nasi ulubieni bohaterowie będą musieli  sobie z tym poradzić. 

Jedyna moja nadzieja jest w tym, że we „Wróżebnej machinie” wyjaśnia się zaledwie jeden wątek z wielu, które Goodkind rozpoczął. Także to więcej niż pewne, że będzie kontynuacja i mam nadzieję, że machina była dopiero rozgrzewką, przed naprawdę dobrą rozgrywką. 


Autor: Terry Goodkind
Tytuł: Pierwsze prawo magii / Kamień łez / Bractwo czystej krwi / Świątynia wichrów / Dusza ognia / Nadzieja pokonanych / Filary Świata / Bezbronne imperium / Fantom / Pożoga / Spowiedniczka /  Wróżebna Machina
Wydawnictwo: Rebis 1998 – 2012