Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fantastyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fantastyka. Pokaż wszystkie posty

sobota, 13 października 2012

Fantastyczny Paryż

Jak wskazuje sam tytuł posta, kiedy nie było mnie tu z wami, byłam w Paryżu, gdzie Współgremlins zabrał mnie z okazji rocznicy ślubu. Wiem, wiem, mam dobrze i wszystkim gremlinsom życzę takiego wspólgremlinsa jak mój - chodzi ze mną do kina, ma tendencję żeby przygarniać zwierzęta (choć nie lubi ich potem tarmosić tak, jak ja) i uwielbia grać w gry komputerowe (przy dźwiękach Fallouta rewelacyjnie się pisze - polecam). 

Paryż miastem pięknym jest i tak, jak pisał Walter Benjamin stolicą XIX wieku, co czuć tam niemal na każdym kroku. Tydzień w tym mieście to zdecydowanie zbyt krótko, ale bez wątpienia jest warte każdej spędzonej tu chwili. O wspaniałościach Paryża napisano już mnóstwo książek, więc nie będę zachwalać dobrze znanych atrakcji, warto jednak napisać kilka słów o tym dlaczego może okazać prawdziwym rajem dla wszystkich miłośników fantasy z gotyckim klimatem i steampunka.

Jeden z gargulców bazyliki Sacré-Cœur
Mieszkaliśmy na Montmartrze, więc tu rozpocznę swoją opowieść o urokach "fantastycznego" Paryża. Wąskie uliczki, stare kamieniczki, kościoły obsadzone gargulcami - czego trzeba więcej człowiekowi z wyobraźnią?

Większość turystów przyjeżdża tu, żeby zobaczyć bazylikę Sacré-Cœur i wypić kawę na placu du Tertre gdzie lokalni artyści malują portrety i sprzedają swoje prace. Warto jednak pospacerować okolicznymi uliczkami, choćby dla takich widoków jak sklepik Tombes du Camion, w którym można nabyć rozmaite gadżety czasów szczęśliwego dzieciństwa  takie, jak głowy i kończyny lalek. Cała rodzina laleczki Chucky w dekomplecie...

 
Po Montmartrze chodzi się miło, bo wszak jest to okolica w której słynna Amelia z filmu Jeana-Pierre Jeuneta naprawiała świat. Najciekawsza częścią tej przechadzki był dla mnie położony na Montmartrze cmentarz na którym leży Juluisz Słowacki, który wielkim poetą był. Nie poszliśmy co prawda uronić łzy na jego grobie, ale i tak byliśmy zauroczeni. Osobiście gdybym była wampirzycą, to zamieszkałabym w jednym z tamtejszych grobowców.

Alphonse Baudin, oddany w chwili śmierci tak wiernie, że nawet widzimy na jego czole ślad po kuli

Mój osobisty typ - mini katedra, w sam raz dla wampira z klasą

Malownicze czarne ptaszyska, które pilnują cmentarza na równi z kamiennymi aniołami
Tu można by powiedzieć "prawie jak piramida, ale bardzo podoba mi się to nawiązanie do Egiptu
I oczywiście cmentarny wstręciuch, którego od razu chciałabym przygarnąć
Dodatkowego uroku cmentarzowi Montmartre dodaje jego lokacja. Mianowicie jest on położony na zboczu wzgórza i ma kilka poziomów, a nad najniższym biegnie most drogowy wykonany podobnie do wrocławskiego mostu Grunwaldzkiego. I tak dziewiętnastowieczna konstrukcja łączy się z klimatycznym cmentarzem, a gotyk ze steampunkiem.

Rzeczony most drogowy w obiektywie Wspólgremlinsa

Czuję, że nie potrafię oddać tego właściwie, ale jeśli wystarczy, że zamkniecie oczy i już widzicie oczami wyobraźni tętent końskich kopt na bruku, pędzące karety, damy w sukniach z gorsetami, gentlemanów z rewolwerami, urocze i psotne tancerki, mroczne alejki w których grasują gangi zawadiaków i wszystko to, co można znaleźć w From Hell Alana Moore'a, to Paryż was zachwyci. Zresztą jeśli widzieliście O północy w Paryżu  Woody'ego Allena, to sami dobrze wiecie, że podróże w czasie są tu jak najbardziej możliwe - wystarczy tylko bardzo mocno tego chcieć...

Ulica Rochechouart nocą
Co ciekawe w nocy biegnąca u podnóża wzgórza Montmarte ulica Rochechouart wygląda niczym z Balde Runnera. Tandetne neony, podejrzane towarzystwo, seks shopy i kluby go-go do złudzenia przypominają klimat Los Angeles, po którym w swoim prochowcu spacerował Rick Deckard. Ot taka "nutka dekadencji".

Generalnie im więcej Paryża wchłaniałam tym bardziej niezrozumiałe było dla mnie to, dlaczego tak mało filmów z gatunku fantastyki ma swoją akcję w tym mieście? Dziś wszystkim kojarzy się z tym miastem Kod Leonarda Da Vinci Dana Browna, ale dla mnie zdecydowanie lepszym kryminałem z tym fascynującym miastem w tle było Wahadło Foulcauta Umberto Eco. Aż przechodzą mnie ciarki na myśl o doskonałości tej książki, szkoda tylko, że jedyną osobą w gronie moich znajomych, która była w stanie ją przeczytać jest mój brat. Dlaczego? Otóż pytany o to jaki film ogląda miał zwyczaj odpowiadać "fabularny" i ta nieszczęsna lakoniczność jego wypowiedzi dotyczy też lektur. Wahadło mu się podobało i tyle w ramach dyskusji na temat fabuły, ale jedno trzeba mu przyznać - chociaż nie lubi dyskutować o literaturze, zawsze daje mi w prezencie/pożycza doskonałe książki.

Skoro już jesteśmy przy Eco, to warto zajrzeć do podziemi - "A mnie zawsze ogarnia nieprzeparta ciekawość, kiedy wyłania się sprawa jakichś podziemi". W podziemiach Paryża wije się metro, a w metrze znów jest tak, jak z filmów Jeana-Pierre Jeuneta. Znajdziemy tam  przedziwne konstrukcje, kable i lochy rodem z Miasta zaginionych dzieci. Tego jednak nie udało mi się sfotografować. Mam jednak jedno z pięknie stylizowanych na secesję wejść do metra.



A jak podziemia, to muszą być też i szczury, które tak oto zaaranżowano na wystawie przedsiębiorstwa wyspecjalizowanego w tępieniu szkodników przy les Halles. Gusta wnętrzarskie są różne, a Francuzi bardzo lubią wypychane zwierzęta. I jakkolwiek by nie był makabryczny czy taki bal szczurów nie brzmi jak doskonały motyw jakiegoś opowiadania?

 

Nie chcę strasznie przynudzać, więc dodaję już tylko kilka zdjęć - pierwsze z wieży Eiffla, która ma niewątpliwy urok czasów, kiedy po torach sunęły parowozy, kabaret Moulin Rouge święcił chwile największej popularności, a Paryż był gospodarzem spektakularnych wystaw światowych.


I na koniec kolejny cmentarz, tym razem Pere Laiches, gdzie leżą m. in. Fryderyk Chopin, Oscar Wilde, Jim Morrison czy Evgene Delacroix. Moja mama twierdzi, ze moje zamiłowanie do cmentarzy nie jest zdrowe, ale nic nie mogę na to poradzić, naprawdę je uwielbiam, a już zwłaszcza tak piękne.










I to by było na tyle. A jeśli zamierzać odwiedzić to miasto bardzo polecam bloga Cool Stuff in Paris - sami zaczerpnęliśmy z niego sporo inspiracji.

poniedziałek, 28 maja 2012

Szponami i dziobem w stronę postępu


Zawsze byłum zdania, że gdybym mogłu przenieść swoju egzystencję do wirtualnej rzeczywistość nie wahałubym się ani chwili, a lektura „Perfekcyjnej niedoskonałości” Jacka Dukaja utwierdziła mnie w przekonaniu, że może szczęśliwie doczekam czasów, kiedy ciało przestanie być ograniczeniem umysłu.Marzenie to oczywiście jest mrzonką, zachodnim marzeniem-pułapką, ale jednak...

Jeśli mowa o Dukaju, to bardzo często spotykam się z pytaniem „Jak ci się to czytało?”. Jest to zrozumiałe ponieważ pan Jacek jest autorem, który dużo wymaga od swojego czytelnika i niestety często owi czytelnicy mają do niego o to pretensje czego wyraz dają w pełnych frustracji recenzjach. Cóż ja takiej na pewno nie napiszę, bo w mojej świętej trójcy ulubionych polskich autorów Dukaj zajmuje drugie miejsce, oczywiście (tak, tak, jestem mało oryginalna) po Sapkowskim.

Jak to rzekła moja babcia, po tym jak podrzuciłam jej „Lód” ze względu na przedwojenny klimat, który  bardzo lubi – jest to książka która zachwyca bogactwem języka, erudycją i pracowitością autora, a równocześnie, żeby ją czytać trzeba trochę znać się na filozofii. Zresztą o lodzie jeszcze na pewno napisze, jak kiedyś wreszcie skończę go czytać, bo niestety do komunikacji miejskiej ciężko toto zabrać.

Wróćmy więc do „Perfekcyjnej niedoskonałości”. Książka powiedziałbym w sam raz na ostanie dni wycieczki do Chin i powrót samolotem nad Kazachstanem. Nie tylko dlatego, że mamy tu cesarskie pola nano, czy  przez to, że Adam Zamoyski lubi chadzać w stroju lorda orientu, oj nie. W Chinach miałam też okazję popatrzyć sobie na krzywą progresu chińskiej cywilizacji, a przecież rzecz jest o postępie.



Adam Zamoyski astronauta z XXI wieku, a właściwie jego ciało zostaje znalezione we wraku „Wolszczana”, który kilkaset lat temu wystartował z Ziemi i słuch o nim zaginął. Dzięki nowoczesnej technologii śmierć nie jest jednak problemem i Adam zostaje odtworzony – zmartwychstany. Nie jest jednak bynajmniej tym samym Adamem, który wyleciał w kosmos w 2091 r., bo jego DNA nie zgadza się z żadnym z zapisanych DNA członków załogi. A jednak jego wspomnienia to wspomnienia Adam Zamoyskiego, jest wiec Adamem Zamoyskim czy nie jest? Jest jeszcze człowiekiem, czy kolejną formą ewolucji gatunku homo sapiens?

Adam przyciąga uwagę nie tylko ze względu na swoją tajemniczość, ale także dlatego, że studnie czasu wypuściły przepowiednię wg. której odegra on kluczową rolę w nadchodzącej wojnie, przez co oczywiście wojna wybucha, a wszyscy chcą mieć Zamoyskiego po swojej stronie lub w swojej garści. Niektórzy robią to bezpośrednio – zamykając go w czasoprzestrzennej pułapce, inni stosują bardziej subtelne metody jak Judas McPherson, jeden z najpotężniejszych ludzi, który oddelegowuje do opieki nad zmartwychstańcem swoją córkę Angelikę.

Najpierw uwięzieni w saku, później w ciele deformanta Adam i Angelika będą przemierzać przestrzeń i czas w poszukiwaniu odpowiedzi na zagadkę egzystencji Zamoyskiego, która zaprowadzi ich na tajemniczą planetę Narwę. Co tam znajdą? Jakżeby inaczej ODPOWIEDŹ.

Co jest naprawdę fajne w „Perfekcyjnej…” to to, że czytelnik w świecie przyszłości stworzonym przez Dukaja jest zupełnie jak Zamoyski czyli cytując klasyka – jak pijane dziecko we mgle. I razem z bohaterem czeka nas przyspieszony kurs dostosowania świadomości XXI wieku do XXIX. Jak to się skończy? Oczywiście najwyższą formą HS, wszak jest to książka o ewolucji o tym, że lepiej przystosowana forma wypiera tą przystosowaną gorzej…

I tak kiedy tylko nasz mózg ewoluuje do języka i wizji świata Dukaja powieść robi się  naprawę wciągająca, a przy okazji kształcąca, bo jak zwykle przemyca on w swojej książce o wiele głębsze treści niż sama fabuła. M. in. Dukaj proponuje ciekawe wyjaśnienie tego czym jest kultura, cywilizacja i po co nam to wszystko. Porusza też klasyczny problem rozdzielnia ciała i umysłu i tego jak człowiek ewoluuje przybierając różne formy. Jak w każdej z jego książek, które dotychczas czytałam w „Perfekcyjnej niedoskonałości” jest też obecny motyw relacji rodzic-dziecko. Jeśli znamy „Dzieło i życie” to wszystko staje się bardzo ciekawe, prawda? 

Ile jest w nas z naszych twórców? Czy jesteśmy niezależnymi bytami, czy nie ma ucieczki przed tym jak nas zaprogramowano? Czy można w ogóle być sobą, skoro zewsząd coś nas ogranicza – zaczynając od naszego DNA, ciała, płci czy rodziców, a kończąc na kulturze i cywilizacji? Czy w ogóle można wyzwolić się z ciała? A jeśli można to czy wyzwoliwszy się z ciała jest się jeszcze człowiekiem?

Dużo trudnych pytań jak to zwykle u pana Jacka, a wszystko to podane w oprawie bardzo ciekawej wizji przyszłości i fantastycznych przygód takich, jak budowanie smoka z nanocząsteczek. Polecam więc ćwiczyć szare komórki i przeczytać, zwłaszcza, że jak  każda jego książka, najlepsza jest w drugim czytaniu. 

Autor: Jacek Dukaj
Tytuł: Perfekcyjna niedoskonałość
Wydawnictwo Literackie 2004

piątek, 20 kwietnia 2012

Reguła na gniota


Po odłożeniu „Reguły dziewiątek” autorstwa tego samego Terrego Godkinda, którego tak wcześniej chwaliłam przychodzi mi do głowy tylko jedno – Terry dlaczego to zrobiłeś? Przyznaję wśród swoich dwunastu książek miał lepsze i gorsze, ale nie sądziłam, że jest w stanie stworzyć takiego GNIOTA. 

Jeśli jeszcze tego nie czytaliście, to nawet nie próbujcie. Bo jeśli znacie cykl Miecz prawdy ta książka tylko wam go zepsuje, a jeśli go jeszcze nie znacie, stwierdzicie, że nie warto sięgać po cokolwiek, co napisał Goodkind. Swoją drogą ciekawe dlaczego właśnie tą fatalną książkę zadedykował swojej żonie? Kobieta musi być chyba bezkrytycznie zakochana…

Mniejsza z tym. Do teraz nie wiem na czym reguła dziewiątek dokładnie polega, ale to nie mój największy ból. Najbardziej boli mnie to, że książka opowiada beznadziejną i w gruncie rzeczy nudną historię, jest wręcz boleśnie wtórna w stosunku do pozostałych książkę Goodkinda, pełna dłużyzn, a bohaterowie zachowuję się zupełnie bez sensu.


Z „Regułą dziewiątek” jest dokładnie tak jak powiedziała moja koleżanka – jest to książka właściwie tylko dla tych, którzy Goodkinda znają, bo  w pewnym sensie jest kontynuacją Miecz Prawdy, ale według mnie Terry nie napisał jej z czytego natchnienia, a dla pieniędzy. Zresztą to samo zrobił sprzedając prawa do filmu i pozwalając, żeby z wspaniałej książki jakim bjest Pierwsze prawo magii serial zrobił twórca Xeny… Sam Raimi. I tu szacunek w stronę Rowling, bo choć sprzedała prawa do Harrego Pottera, film był dokładnie taki jak książka, czego osobiście dopilnowała. Terry w tym czasie najpewniej jeździł sobie formułą, żeby potem wrzucać zdjęcia do Internetu.

Z „Reguły dziewiątek” dowiadujemy się
·     Tego, że Terry nie rozumie sztuki współczesnej i woli tradycyjne landszafty z górsko-leśnymi widoczkami, które maluje jego główny bohater Alexander (a także on sam).
·     Jakie kobiety lubi Terry, czyli dokładny opis jego żony Jeri.
·     Tego, że lubi mieć przy sobie swojego glocka i umie go używać (a na pewno chciałby sobie postrzelać do złych ludzi)
·     Tego, że kluczową rolę w jego życiu odegrał jego dziadek (w Mieczu prawdy tez był ważną postacią)
·     Tego, że kocha życie i zrobi wszystko, żeby go bronić, bo jest tak szlachetny, że aż chce się….

Czy to miała być autobiografia? Miałam nadzieję, że nie, ale tak, to jest coś w tym rodzaju.

Cała historia zaczyna się w dniu urodzin głównego bohatera Aleksa Rahla (tak, tak, z tych Rahlów). Udaje mu się uniknąć wypadku samochodowego, z którego ratuje piękną nieznajomą – Jax, otrzymuje nieoczekiwany spadek, a do tego musi spławić natrętną dziewczynę Bethany. Wszystkie te zdarzenia wbrew pozorom są ze sobą powiązane i są wynikiem, jak to zwykle u Terrego bywa, przepowiedni. I tak Alex podobnie jak kiedyś Richard, będzie musiał stawić czoła złym,  żądnym władzy ludziom o komunistycznych zapędach.

Jednak o ile Richard ewoluował do zaszczytnej roli zbawcy świata przez kilka książek, to Alex dosyć szybko sięga po swojego glocka i z wrażliwego artysty staje się bezwzględnym zabójcą. Wszystko oczywiście w imię wyższego dobra, obrony wolności itd. Generalnie usprawiedliwia się tak samo, jak Amerykański rząd tłumaczył rozpoczęcie wojny w Iraku plus powtarza „z mordercami nie negocjuję”. A mordercy jak to zwykle bywa są tępymi osiłkami nadzorowanymi przez  inteligentnych acz okrutnych geniuszy zła. I tak jak Aleks jest do omdlenia szlachetny, tak oni są do szpiku kości źli. Wszystko czarno na białym, żeby nie było wątpliwości.

Niestety tą książka Terry pokazał, że najwyraźniej jest autorem jednego przeboju i nie potrafi wstanie wymyślić nic nowego. Pewnie dlatego wrócił do Miecza prawdy „Wróżebną machiną” skądinąd przeciętną książką. Chyba napiszę do niego list, tak mnie wkurzył tymi dziewiątkami. Chociaż jedne co naprawdę mu się w tej książce udało to pomysł ze szpitalem psychiatrycznym;] Cała reszta jest pełna absurdów takich, jak to, że geniusze zła równoległej rzeczywistości odwiedzający nasz świat przez lata nie nauczyli się korzystać z broni palnej, którą chcą tam przenieść, albo śledzą bohatera przez telefon komórkowy chociaż w naszym świecie ich magia nie działa, a na technice nie za bardzo się znają. Tych wspaniałości jest o wiele więcej… Ale naprawdę szkoda się w nie wczytywać. 

Autor: Terry Goodkind
Tytuł: Reguła dziewiątek
Wydawnictwo: Rebis 2010

wtorek, 10 kwietnia 2012

Napalona wilkołaczka na tropie złych mutantów


Jeden z moich znajomych, któremu podrzuciłam „Zew nocy” Keri Arthur, powiedział mi, żebym trzymała z daleka od niego kolejne części tej historii, bo jak już zacznie się czytać, to nie można przestać. 
Inna koleżanka, powiedziała mi, że nie można czytać tego książki w środkach komunikacji miejskiej, bo wiadome opisy są tak sugestywne, że człowiek chce się rzucić na któregoś ze współpasażerów. i to właściwie uważam już za najlepszą rekomendację dla Keri Arthur.

Ja z jej książkami Arthur mam podobnie – wiem, ze to bzdurki, wiem, że mogłabym czytać coś ambitniejszego, wiem że sceny seksu są napisane na jedno kopyto, ale.. i tak czytam. Może po prostu każdy musi czasem przeczytać coś takiego dla relaksu? 



Oceniając książki Keri Arthur po okładkach łatwo można się pomylić co do tego, że chodzi o ten sam rodzaj paranormalnego romansu, do którego należy „Zmierzch”. Tymczasem „Wschodzący księżyc” nie tylko został napisany rok wcześniej ale też śmiało można go określić mianem anty-Zmierzchu, bo choć rzeczywiście mamy tu wilkołaczo-wampirze romanse, to bynajmniej nikt nie czeka z seksem do ślubu.

Seks, seks i jeszcze raz seks. To niemal główny wątek tej powieści.  Bohaterka cyklu Zew nocy Riley Janson, jest w połowie wilkołakiem, a w połowie wampirem, a w świecie stworzonym przez Keri Andreson wilkołaki prze cały tydzień kiedy księżyc dochodzi do pełni czują dziką potrzebę uprawiania seksu. Pech chce, ze właśnie na samym początku tego feralnego, lub jak kto woli bardzo szczęśliwego tygodnia, brat Riley zostaje porwany. I tak staje ona przed bardzo trudnym zadaniem - musi odnaleźć brata, rozwiązać intrygę w którą została wplątana, nie dać się zabić dziwnym kreaturom, które czyhają na jej życie, a przy okazji zaspokajać swoje nienasycone potrzeby seksualne. Ufff wierzcie mi, że dziewczyna będzie musiała się napracować...

A co z fabułą? Oprócz seksu mamy tu temat na czasie czyli modyfikacje, klonowanie i eksperymenty ze stworzeniem superosobnika posiadającego najlepsze cechy wszystkich fantastycznych istot są całkiem intrygujące, zwłaszcza, że w trakcie śledztwa okazuje się, że sama Riley została wciągnięta w te kwestie o wiele głębiej niżby mogła podejrzewać...


Drugi tom przygód wiecznie napalonej wilkołako-wampirki  Riley Jenson od razu zaczyna się akcją. Budzi się naga w dziwnym miejscu, obok ciała ochroniarza którego zabiła chociaż niczego nie pamięta i nie ma pojęcia gdzie się znalazła. Wie jednak, że musi uciec, a po drodze spotyka sojusznika w postaci dosłownie i w przenośni – prawdziwego ogiera. Udaje im się razem opuścić, dziwny ośrodek badawczy, gdzie zmiennokształtni byli oddawani genetycznym eksperymentom, ale oczywiście to dopiero początek kłopotów.

Riley będzie musiała uciekać przed zmutowanymi niedźwiedziami, jaszczurkowatymi zabójcami i tradycyjnymi snajperami, a przy okazji dowiedzieć się kto i dlaczego ją ściga. W międzyczasie  przyjdzie jej negocjować warunki związku z przystojnym wampirem Quinnem, którego poznaliśmy na łamach poprzedniego tomu, zostać kochanką, dawnego partnera Mishy, żeby uzyskać od niego potrzebne informacji, a po drodze  znaleźć jeszcze jednego atrakcyjnego partnera, nie wspominając już o narowistym ogierze. Nimfomanki naprawdę wymiękają przy Riley.

Scen seksu znów nie zabraknie, zwłaszcza, że Riley używa go dla dobra śledztwa, a u lubionym opisem uniesień bohaterki został niewątpliwie „kalejdoskop wrażeń przetaczających się przez każdy zakamarek jej umysłu”. Ma go oczywiście za każdym razem... Według mnie można było trochę bardziej się wysilić literacko...

 W trzecim tomie, według mnie najsłabszym, Riley wreszcie decyduje się na zostanie jedną ze strażniczek po to aby skonfrontować się z Deshonem Starrem – doktorem No całego zamieszania, które toczy się od pierwszego tomu cyklu. Jest to wyjątkowo zły przestępca, który specjalizuje się w eksperymentach genetycznych, a przy jest posiadaczem całkiem niczego sobie rezydencję gdzie prowadzi swoje brudne interesy, sprowadza prostytutki dla swoich klientów i organizuje walki kobiet.

Właśnie w kamuflażu przyszłej uczestniczki zmagań w błocie w pojawi się tam Riley Jenson. I tu już fabuła zupełnie przestaje mieć sens, ale przecież nie po to czyta się takie książki jak „Kuszące zło”, żeby czepiać się szczegółów... Riley chociaż zgodnie z panującymi w rezydenci zasadami paraduje nago po posiadłości ani razu nie bierze udziału w rzekomych walkach w błocie, ale za to przez cały czas dzielnie szpieguje i idzie jej to nad wyraz dobrze. Co prawda poprzednich tomach musiała się bardziej napracować, bo tu idzie jej jak z płatka, ale w końcu ma za sobą przeszkolenie strażniczki no i zyskuje niespodziewanych sojuszników, bo jak się okazuje wyjątkowo wiele osób nienawidzi Deshona Starra.

Fanom literatury, która kwalifikuje się do literackiego Nobla odradzam. W tym względzie wiele kwestii tu szwankuje, a już zwłaszcza dialogi. Jednak jeśli komuś niestraszne kły, pazury i seks, polecam, bo romantyczna miłość, nieśmiałe pocałunki i westchnienia do księżyca... to nie ten adres.

W sumie Keri Arthur mogła bardziej się postarać, bo sam pomysł na fabułę oparty o genetyczne eksperymenty i stworzenie istoty będącej super-bronią poprzez krzyżowanie różnych gatunków istot paranormalnych od samego początku bardzo mi się podobał, jednak z każdym kolejnym tomem czułam się w tej kwestii coraz bardziej rozczarowana. Dzieje się tak ponieważ przy równoczesnej lekkości w czytaniu, cały wątek sensacyjny jest tak skomplikowany, że wypadałoby rozpisać sobie na kartce kto i w jaki sposób jest w cala aferę zamieszany, żeby jakoś się tym połapać. Bo nagle ni stąd ni zowąd okazuje się niemal wszyscy z bliskiego otoczenia Riley byli tak czy inaczej zamieszani w sprawę, że wręcz absurdalne wydaje się to, że ani jej, ani jej bratu Rhoanowi (który jest strażnikiem od dawna) nie udało się zauważyć nic podejrzanego. No ale cóż w końcu Riley nie odnosi swoich sukcesów dzięki ruszaniu głową....;]

                Tytuł: Wschodzący księżyc

                Autor: Keri Arthur

                Wydawnictwo: Instytut wydawniczy Erica 2011



niedziela, 8 kwietnia 2012

Wreszcie jakaś dobra książka


Coś ostatnio odbiegłam od książek, a przecież jestem czytającym Gremlinem. Pora więc na chwilę wrócić do głównego nurtu. Ponieważ z okazji świąt niemożliwie się najadłam, jestem w dobrym nastroju i nie chce mi się pisać nic wrednego, zaserwuję więc entuzjastyczną recenzję „Dzieci demonów” J. N McDermotta, które spokojnie mogę uznać za jedną z najlepszych książek jakie trafiły w moje ręce od długiego czasu i dobrą zapowiedź 2012 roku dla fanów fantastyki.

Główny bohater powieści – Jona jest strażnikiem miejskim, może bardziej brutalnym od innych, może nie koniecznie dobrym człowiekiem, ale stara się wieść w miarę normalne życie, na tyle na ile to możliwe dla kogoś, kto jest potomkiem demonów.  Ani jego koledzy z pracy, ani przestępcy, których ściga nie wyczytają tego z jego twarzy, ale wystarczy kropla jego krwi, aby przepalić materiał, rośliny, które się z nią zetkną zwiędną, ślad jego śliny na jabłku lub butelce z której pił, a nawet sam jego dotyk, nie mówiąc już o seksie są w stanie doprowadzić zwyczajną osobę do poważnej choroby i śmierci. Wystarczy, że ktoś taki jak on mieszka w danym miejscu zbyt długo, żeby przesiąkło jego skazą, a jeśli zbyt długo nie pierze ubrań zacznie je niszczyć jego własny pot – skażony pot dzieci demonów. 


Ktoś taki jak Jona nie może nikomu zdradzić swojego sekretu, żeby nie zginąć, nie może nikomu zaufać, a tym bardziej pokochać. Dlatego, będąc kimś takim jak Jona trzeba bardzo uważać, pilnować się na każdym kroku i nie dopuścić do tego, żeby nasz sekret wyszedł na jaw. Bo wtedy można skończyć jako odcięta głowa z której dwójka Wędrowców – ni to wilków, ni to ludzi służących bogini Erin odczyta nasze wspomnienia, emocje i sekrety, które mogą zaszkodzić innym, takim jak my.

I to właśnie do odciętej głowy Jony zaczyna się ta historia. Wilcza tropicielka przejmuje z niej wspomnienia, aby zagłębić się w zawikłaną historię jego życia tropem, którym podążymy wraz z nią. Poprzez obskurną dzielnicę ubojni nazywaną Zagrodami, miejskie kanały, zatłoczone karczmy i brudne ulice bezimiennego miasta poznamy historię mężczyzny, jego ukochanej Rachel i trzeciego dziecka demonów  – Salvatore. 

Historia Jony, to w dużej mierze cofanie się w czasie i chociaż od początku wiemy, że główny bohater zginie, to książka jest absolutnie wspaniała. Oryginalna fabuła, doskonale poprowadzona narracja, świat, w którym czytelnik zanurza się od razu, brak zbędnych opisów oraz doskonale zbudowane napięcie – sprawiły, że przeczytałam ją zbyt szybko i zbyt zachłannie, dlatego na pewno jeszcze wrócę do „Dzieci demonów” i z wielką przyjemnością przeczytam kolejny tom.

„Dzieci demonów” to chyba najkrótsza, z książek wydanych w serii „Fantastyka”  przez Prószyńskiego i S-ka a po jej przeczytaniu zrozumiałam, że dobra książka jednak nie musi być aż tak długa jak mi się dotychczas wydawało. Choć może się to jeszcze zweryfikuje, bo w końcu "Psia ziemia" jest przewidziana na trzy tomy.

Książka też obala inną prawidłowość - mianowicie tuż przy nazwie na każdej książce z tej serii znajduje się informacja – „Najlepsze książki na świecie” z nieśmiałym dopiskiem „prawdopodobnie”. Niestety kilkukrotnie miałam okazję się przekonać (patrz „Wichry archipelagu”), że to stwierdzenie bywało dodane przez wydawnictwo mocno na wyrost, jednak w przypadku „Dzieci demonów”  nie mam żadnych wątpliwości – słowo „prawdopodobnie”, można tu spokojnie wykreślić grubą kreską. 

Tytuł: Dzieci demonów
Autor: J. M. McDermott
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka 2012

czwartek, 5 kwietnia 2012

Gra frustracji


Wszyscy o tym mówią, wszyscy tym żyją, wszyscy jarają się drugim sezonem. O czym mowa? Oczywiście o „Grze o tron”, serialu do którego miałam baaaardzo długie podejście, ponieważ liczyłam na to, że zanim wezmę się za oglądanie uda mi się przeczytać książkę. Nie udało się i nie jestem zachwycona.


Jak na Gremlina przystało nie będę zbyt miła, bo jak mniemam przez to, że nie czytałam książki oglądanie tego serialu jest dla mnie źródłem wielu frustracji. Dlaczego? Już wyjaśniam.

Oglądam serial razem ze sowim współgremlinsem, a on niestety jest gremlinsem miejskim, a nie wiejskim. Oznacza to, że nie orientuje się za dobrze w koligacjach rodzinnych, w tym, kto komu i dlaczego robi pewne rzeczy ani nie pamięta tego co działo się w poprzednich odcinkach. Na wsi trzeba to wszystko wiedzieć o swoich kamratach, żeby nie skończyć jak Jagna z „Chłopów” i jak przystało na dziecko ze wsi od maleńkości byłam szkolona w nasłuchiwaniu plotek i historii rodzinnych, stąd wiem kto jest czyją cioteczną kuzynką córki stryja, ile stryj miał dzieci i z którymi żonami. Wydawałoby się, że to nie takie trudne, a jednak… Frustracja pierwsza – przed każdym odcinkiem ja robię za „previously” i zanim weźmiemy się za oglądanie muszę wszystko streścić i wyjaśnić, bo inaczej współgremlins pyta przez cały odcinek o różne szczegóły, co naprawdę może być irytujące jeśli trzeci raz pyta o to samo…

W związku z frustracją pierwszą zrobiłam coś naprawdę chorego – przeczytałam dokładnie i powoli opis każdego odcinka na Wikipedii, żeby stać się prywatną gremlinopedią „Gry o tron”. A nawet nie czytałam tej cholernej książki!

Taaak ta nadmierna komplikacja fabuły i przewaga nudnej polityki nad przygodowym fantasy to jednak jest wada (teraz nadszedł moment, w którym fani mogą obrzucić mnie błotem).


Ok. wkurzyłam się trochę:] Ale zbliżamy się do frustracji nr. 2, która nazywa się „syndrom mojego ojca”. Nie ma to nic wspólnego z Freudem, spokojnie. Syndrom polega na tym, że kiedy mój ojciec ogląda film sensacyjny głośno komentuje poczynania bohaterów sformułowaniami „ty idioto, przecież cię zaraz złapią jak to zrobisz”. Oglądając „Grę o tron”, zrozumiałam jak głęboką mądrość przekazywał mi mój ojciec oglądając telewizję. "Boromir ty idioto" – mam ochotę powiedzieć to dosłownie w każdym odcinku. Zwłaszcza, kiedy zgodził się zabić wilka, potem było już tylko gorzej.

Na szczęście w miarę szybko ginie, o co zresztą oburzali się widzowie z zza oceanu, którzy tak, jak ja nie czytali książki. Boromir niestety zawsze ginie szybko… Chociaż dobrze gra i jest Boromirem idealnym (jedyny plus mega nudnej ekranizacji „Władcy Pierścieni”, to jego postać, która była jak wyjęta z mojej wyobraźni)

Bynajmniej nie chodzi mi wcale o to, ze serial musi być cukierkowy, słodki i zakończony happy endem w każdym odcinku, ale „Gra o tron” jest po prostu przytłaczająca. To tak jakby ogadać jak ktoś bliski się pogrąża i nie mieć możliwości, żeby mu pomóc. Smutne.

Plusem „Gry o tron” jest bez wątpienia soft porno, a sceny seksu przyjemnie ożywiają tą szekspirowską akcję.
 
I największa zaleta „Gry o tron” czyli moja ulubiona para Dajniri i Drogo. Swoją drogą Jason Momoa wreszcie dostał rolę na miarę swych możliwości, które ograniczają się do seksownego wyglądu i umiejętności powarkiwania. Każdy, kto oglądał remake Conana, widział, że grać chłopak nie potrafi i drugim De Niro nie będzie nigdy, ale to ciało….mmmmm

Gdybym mogła być którąś z postaci to Dajniri wygrywa nie tylko ze względu na przystojnego męża, ale także dzięki umiejętności wysiadywania smoczych jajek i urodzie. Kibicuję jej całym sercem i z wytęsknieniem czekam za sceny opowiadające jej fragment historii. A jak miło było patrzeć na złotą koronę, którą wreszcie dostał jej lalusiowaty brat! 

 
Nawiasem mówiąc lubię też Arię i bastarda. No i jednak mimo tych niedogodności, nad którymi się rozwodziłam nadal oglądam serial, więc jednak mnie wciągnęło...

Mimo to moja historia z „Grą o tron”, jak na razie nie kończy się dobrze, a ostatnia frustracja to chyba raczej perwersja. Wstyd się przyznać, ale jednak, śniło mi się, że całowałam się z karłem. Tak z Tyrionem. To czytanie wikipedii padło mi na mózg, muszę się upić, może zapomnę o tej traumie.  I  nie chce mi się już czytać książki.

Aaaa i życzę miłego oglądania drugiego sezonu, mi zostały tylko dwa odcinki pierwszego. 

Tytuł: Gra o tron
Reżyserzy: Tim Van Patten, Brian Kirk, Daniel Minahan, Alan Taylor



 

środa, 28 marca 2012

Wichry bez namiętności


Coś zrobiłam się ostatnio za dobra, bo piszę tylko o tym co mi się podobało. Czas jednak trochę pogremlinić i wyżyć się na jakiejś książce. Mój wybór padł na całkiem niedawno wydaną cegłówkę, którą przeczytałam chyba tylko z zawziętości - debiut Bradleya P. Beaulieu o epickim tytule Wichry archipelagu. W trakcie czytania co kilkadziesiąt stron mówiłam sobie „nie dam rady dalej”, jednak ponieważ uprawiam jogę, wiem, że dopiero ósme „nie mogę” jest prawdziwe i jakoś przebrnęłam przez te siedem załamań. czytając.

Podstawowa wada tej książki, to okropna rozwlekłość, bo jak długo może się rozwijać akcja książki? Przez sto stron? Może przez sto pięćdziesiąt? Może nawet i dwieście, ale kiedy w książce liczącej sobie ponad 600 stron doszłam do jednej trzeciej, a do tego momentu naprawdę nic istotnego się nie wydarzyło zupełnie straciłam nadzieję, na to, że  jeszcze mnie do siebie przekona. 

Autor osadził akcję swojej powieści na archipelagu stylizowanym na carską Rosję, ale o ile wschodniość w jego wersji polegająca na wtrąceniach z języka rosyjskiego i popijaniu wódki może przekonać  kogoś kto nigdy nie był w Środkowowschodniej Europie, to dla mnie osoby, która mieszka tu od urodzenia, jest to mocno naciągane. Cały czas czytając tą książkę zastawiałam się po co zabierać się za klimat, który zna się raczej z filmów niż z doświadczenia?

Dalej wcale nie jest lepiej. W Kałakowie, gdzie toczy się akcja panuje nieurodzaj, głód i śmiertelna choroba nazywana wyniszczeniem. A kiedy książęce rody spotykają się z okazji ślubu młodego księcia Nikandra i księżniczki Atiany, w wyniku zamachu dokonanego przez ognistego demona ginie przywódca wszystkich rodów z Archipelagu. Podejrzenia padają na lud Maharratów, którzy do złudzenia przypominają złych arabskich terrorystów i Aramanów czyli lud bez ziemi, który potrafi przywoływać duchy natury czyli hezany, a zarazem jest tak uduchowioną i pragnący mądrości nacją, że przypominają mistrzów zen. 

W tym wszystkim  znajduje się młody książę Nikanrd i otaczające go kobiety, pierwsza to Rehada maharracka prostytutka,  której oddał swoje serce, a która stoi po przeciwnej stronie barykady, druga to Atiana jego przyszła żona, poślubiana w ramach kontraktu między rodami i trzecia jego ukochana, acz despotyczna siostra Wiktania, podobnie do niego chora na wyniszczenie. Żeby tego było mało u boku księcia pojawia się jeszcze autystyczny chłopiec (żeby jeszcze bardziej skomplikować sytuację syn Rehady) Nasim o ponadnaturalnych zdolnościach, z którym splecie się los Nikandra.

Cały ten pomysł może jeszcze miałby potencjał, gdyby pierwszych 250 stron tej książki nie zajmowały rozważania Nikandra nad jego nieszczęśliwym losem w kontraktowym małżeństwie, niesnaski pomiędzy Niknadrem a kochanką i narzeczoną, niesnaski pomiędzy Atianą i jej siostrami, opisy polityki pomiędzy rodziną Nikandra, a rodziną panny młodej, oraz polityką Archipelagu w ogóle i przynudnawe opisy statków. A można było te strony poświecić choćby na lepsze zarysowanie ogólnego planu książki, niestety  autor najwyraźniej uznał, że będzie ciekawiej w odwrotnej kolejności. 

Ponieważ rzecz dzieje się na występach rozrzuconych na archipelagu, u Bradleya P. Beaulieu  zrodził się także pomysł, aby komunikacja pomiędzy nimi odbywał się statkami, które poruszają się w powietrzu napędzane siłą wiatru i hezanów przywoływanych przez Armanów. Ani nie jest to  szczególnie oryginalny pomysł, ani nie został on dobrze wykorzystany. A opis sterowania powyższymi statkami, laikowi nie mówi nic. Może ich budową i działaniem zainteresowałby kogoś, kto żeglował na normalnych statkach, ale dla mnie były one tylko pogłębieniem bezdennej nudy w tej książce. 

Dawno się tak nie wynudziłam jak czytając beznamiętne Wichry…, a polecić mogę tylko komuś, kto lubi niespieszną narrację. Dla pozostałych także, ale jako  doskonały środek nasenny, bo Wichry archipelagu na pewno nie wzbudzą w nas takich namiętności i marzeń, które nie pozwolą nam spokojnie zasnąć.

Tytuł: Wichry archipelagu
Autor: Bradley P. Beaulieu
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka 2011

sobota, 24 marca 2012

W łóżku z bogiem nocy

Gdyby bogowie rzeczywiście istnieli, a na domiar tego odpowiadali na prośby i rozkazy ludzi, jak wyglądałaby wówczas świat? Według mnie najpewniej szybko pogrążyłby się w ruinie, bo wszyscy chcieliby wykorzystywać boską moc do realizacji swoich interesów, jednak w wizji Nory Jemsin, którą  roztacza w powieści „Sto tysięcy królestw”, to świat bez wojen i bez rozlewu krwi, ale tylko pozornie mniej okrutny od tego, który sobie wyobraziłam.

Wyobraźmy sobie, że mamy zaledwie dziewiętnaście lat, mimo młodego wieku jesteśmy wodzem ludu Darr, nasza matka niespodziewanie umiera w dziwnych okolicznościach, a my dostajemy wezwanie na dwór aktualnego władcy świata, a zarazem naszego dziadka, którego nigdy nie mieliśmy okazji poznać. Na miejscu okazuje się, że Dekarta sprowadził nas na dwór po to,  aby ogłosić nas jedną z trójki jego spadkobierców, a zarazem spłaciła dług swojej matki. Tak zaczyna się historia Yeine głównej bohaterki powieści „Sto tysięcy królestw”, a powyższy  wstęp bynajmniej nie zapowiada, że z dnia na dzień Yeine zostaje królową świata. Wręcz przeciwnie. 


Nora Jemisn jest Afroamerykanką, a z wykształcenia psycholożką i obydwa te aspekty bardzo wyraźnie zaznaczają się w jej prozie. Zwłaszcza w opisach matki Yeine – Kinneth, która choć martwa odgrywa w „Stu tysiącach królestw” kluczową rolę. Córka Dekarty i jego następczyni jeszcze przed narodzinami córki została wygnana z miasta-pałacu Sky, za mezalians, który popełniła związując się z jej ojcem z ludu Darr. Teraz Yeine jako potomkini Aramerich podczas specjalnej ceremonii będzie musiała wybrać jednego z dwójki kandydatów do tronu, a zarazem jej kuzynostwa albo okrutną Sciminę, albo jej zmanierowanego Relada. Nikt jednak nie uprzedził jej jak trudny będzie ten wybór i ile będzie ją kosztował.

Jedynymi sprzymierzeńcami dziewczyny w pałacu Sky okazują się Enefadeh – bogowie, którzy po tym jak przegrali wojnę z bogiem dnia Itempasem zostali uwięzieni  ludzkich ciałach i zmuszeni do posłuszeństwa rodowi Aramerich. Arameri wykorzystali Enefadeh do odbudowania świata po wojnie bogów, stworzenia będącego ich siedzibą miasta-pałacu Sky, z czasem także podbicia i utrzymywania pokoju pomiędzy wszystkimi królestwami. Kiedy wreszcie nastał pokój i ład utrzymywany groźbą nasłania na wroga bogów, Aramaeri zaczęli wykorzystywać ich do bardziej przyziemnych celów jak  zaspokajania swoich seksualnych perwersji. I od razu wiadomo dlaczego ksiazka mi się podobała:] Bo choć szczegółowych opisów tu nie ma, dawka okrucieństwa jest spora. Kim są zniewoleni bogowie?  Najpotężniejszy (i przy okazji budzący stale dzikie żądze naszej głównej bohaterki) w tym gronie jest bóg nocy Nahadoth, a towarzysza mu bóg-dziecko Sieh, bogini-wojowniczka Zhakkran i bogini-mądrości Kurue. W pewnym sensie będą oni pomocni dla Yeine, ale oczywiście nie bezinteresownie. 

Młodziutka Yeine trafia do świata ludzi zdeprawowanych możliwością korzystania z boskiej mocy i bogów nienawidzących ludzi za lata spędzone w ich niewoli. Każdy chcę ją wykorzystać po swojemu, a ona będzie musiała przetrwać wśród ludzi obojętnych na cierpienie, wyrachowanych i bezwzględnych w dążeniu do celu. Wspominałam o tym, że autorka jest Afroamerykanką, i sadzę, że ma to olbrzymie znaczenie,  bo odnoszę wrażenie, że oddać tak dobrze wyobcowanie głównej bohaterki mogła tylko osoba, która w jakiś sposób sama musiała być wyobcowana.  Poza tym bardzo rzadko autorzy książek fantasy zwracają uwagę na kolor skóry swoich bohaterów, a tu mamy nie tylko kobietę, ale do tego jeszcze czarną, z czym chyba jeszcze nigdy się nie spotkałam w literaturze fantasy.

Co do wykształcenie psychologicznego to zapewne dzięki niemu Jemisn tak umiejętnie buduje nie czarno-białe postacie. Nikt przecież nie jest do końca dobry, ani do końca zły, a autorka świetnie potrafi to pokazać zagłębiając się w motywacje, pragnienia i lęki poszczególnych postaci. Zwłaszcza te pragnienia względem pójścia do łóżka z bogiem nocy, wychodzą jej świetnie… A na poważnie znajomość psychologii widać u niej świetnie w opisach relacji Yeine z matką.

Nieczęsto spotyka się książkę z tyloma pozytywnymi rekomendacjami na okładce, z których żadna nie została napisana na wyrost. Może Nora Jemsin nie jest nowym Genem Wolfe, ale na pewno wyróżnia się na tle eksploatowanych ostatnio do znudzenia wilkołaczo-wampirzych motywów w fantastyce. Do tego ma ona dar do prowadzenia nieoczywistej narracji, bo chociaż zawsze liczymy na to, że opowieść skończy się dobrze, autorka „Stu tysięcy królestw” potrafi doprowadzić nas do finiszu ścieżką na której każdy zakręt jest zaskoczeniem.

Autor: N. K. Jemsin
Tytuł: Sto tysięcy królestw
Wydawnictwo: Papierowy księzyc 2011

wtorek, 20 marca 2012

Nadchodzi długo wyczekiwany Kłamca 4



„Kłamca” Jakuba Ćwieka, to bez wątpienia jeden z tych cykli, które w radykalny sposób zmieniły moje czytelnicze gusta. Pierwszy „Kłamca” był zarazem pierwszą książką z Fabryki Słów, która trafiła w moje ręce i sprawił, że po latach przerwy wróciłam do czytania polskiej fantastyki. Nie mogła mi się też trafić lepsza pozycja jeśli chodzi o szatę graficzną. I prawdę mówiąc to chyba bardziej niż postać stworzoną przez Jakuba Ćwieka, lubię Lokiego, którego Piotr Ciesliński  narysował w sposób absolutnie genialny (http://darkcrayon.blogspot.com).

Zwłaszcza na okładce drugiego tomu, którą widzimy powyżej. Jak on odpala tego papierosa, mmmm… Loki wygląda na niej po prostu jak idealny typ wszystkich niegrzecznych chłopaków, na których widok w  liceum miękły mi kolana! 

Ale zaraz mam tu przecież pisać o książkach, a nie zagłębiać się w swoje urocze wspomnienia. Więc konkrety. Ćwiek sięgnął do skandynawskiej i mitologii i wyciągnął z niej postać najbardziej nikczemną, wredną i przewrotną, acz równocześnie posiadającą tzw. „dobry bajer” czyli Lokiego, boga kłamstwa.

Dla Lokiego, tak jak dla większości dawnych bogów czasy są kiepskie – mało kto w nich jeszcze wierzy, bo żyjemy przecież w czasach dominacji chrześcijaństwa, a dawne mitologie traktujemy jak bajki. Nie wiemy jednak, że dzieje się tak dlatego ponieważ zastępy aniołów prowadzą regularną i dosłowną wojnę o zastępy dusz likwidując po kolei wszystkie bóstwa i przejmując ich wyznawców. Loki, jak przystało na boga kłamstwa staje po tej stronie, gdzie zwycięstwo i na usługach aniołów przystępuje do starań o zbawienie naszych nieśmiertelnych dusz. Będzie to oczywiście brudna robota, którą aniołom nie przystoi się parać, a swoje zadania, jak przystało na boga kłamstwa Loki wykonuje w  bardzo przewrotny sposób;] 

Za swoje usługi pobiera skromną opłatę w postaci anielskich piórek, które mogą się okazać o warte o wiele więcej niż ważą w obliczu zbliżającego się Armagedonu. A to wielkie wydarzenie ma nastąpić w czwartym, bardzo długo oczekiwanym tomie „Kłamcy”. W sumie dobrze się złożyło, że książka zostanie wydana w tym roku, bo zdążymy dowiedzieć się jak Loki poradzi sobie z końcem świata zanim ów nastąpi. W końcu to w 2012 ma nadejść przebiegunowanie ziemi przewidziane przez Majów i pięknie sportretowane przez Emmericha w filmie „2012”.

Ale zanim to warto przeczytać jeszcze raz wszystkie trzy tomy „Kłamcy” i przypomnieć sobie jak to Loki miał pełne ręce roboty zwalczając konkurencyjne dla chrześcijaństwa bóstwa takie jak choćby Herkules, nie umknął mu św. Mikołaj i oberwało się też bogu ducha winnym satanistom. Ja jak przystało na kobietę, doceniam też wątek romansowy.

Generalnie jest u Ćwieka i zabawnie i brutalnie, a choć ta opowieść rozgrywa się w zupełnie innym klimacie, jego czarny humor bliski jest Quentinowi Tarantino. Tak, jak reżyser Pulp Fiction ,Ćwiek wspaniale potrafi tworzyć postacie z założenia niesympatyczne, ale tak czarujące, że i tak będziemy im kibicować przez całą książkę. No i taki właśnie jest ten łobuz Loki.

Chyba nie czekam na „Kłamcę 4” z niecierpliwością oddanej fanki, ale przeczytam z wielką przyjemnością, bo spodziewam się tego, co u Ćwieka lubię najbardziej – niestandardowego spojrzenia na świat bogów, ironicznych dialogów, i oczywiście mojego ulubionego puszczania oka do czytelnika.
Bo okładka z tego co możemy zobaczyć, po raz kolejny jest BOSKA.

Autor: Jakub Ćwiek
Tytuł: Kłamca / Kłamca 2. Bóg marnotrawny/ Kłamca 3. Ochłap sztandaru / Kłamca 4. Kill’em all
Wydawnictwo: Fabryka Słów 2005-2012