Pokazywanie postów oznaczonych etykietą George Martin. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą George Martin. Pokaż wszystkie posty

piątek, 9 stycznia 2015

Najlepsza adaptacja jaką w życiu widziałam (po odsłuchaniu "Pieśni lodu i ognia")

Dzisiaj było mi smutno, a do tego zmarzłam. Dlatego po wyczerpującym dniu nagrodziłam się leżąc w wannie, ogrzewając przemarznięte stopy (wraz z resztą ciała) i słuchając "Starcia królów".  I tak zaprowadzając z Tyrionem nowe porządki w Królewskiej Przystani, brnąc z Arią królewskim traktem i obserwując płonący stos z siedmiu, myślałam, o tym, że moje problemy są doprawdy błahe, że Martin tak naprawdę nie wymyślił żadnego z tych okrucieństw, bo one po prostu były, są i będą w ludzkiej naturze i jeszcze, że warto cieszyć się tym, co jest.

 
Tak po prawdzie to ślimaczę tego posta już od jakiegoś czasu, ale zawsze wreszcie przychodzi ten dzień, kiedy to, co zaczęte musi zostać skończone, nawet jeśli napisanie kilku zdań zabiera tak, jak w tym przypadku, dwa miesiące. Na pewno pomyśleliście - "biedna młoda matka", otóż nie bynajmniej nie mogę zrzucić winy na dziecko (chociaż jest to świetne usprawiedliwienie wszelkich spóźnień itp.), a raczej winę ponosi inna forma literacka, którą uprawiam. W każdym razie, zaczęłam swoje przydługie wywody w dniu, w którym pod postem poświęconym serialowi "Legend of the Seeker" ktoś zamieścił komentarz głoszący, że "to najlepszy serial jaki w życiu widziałem". Zrozumiałam wówczas, że nie mogę stać bezczynnie, kiedy świat stacza się w otchłań, a internet beze mnie staje się straszliwym miejscem... Czasem nie ma lepszej motywacji niż zostać obrażonym, ale najwyraźniej nie jest to aż tak dobra motywacja jak początkowo sądziłam.

Gdyby ktoś zastanawiał się jak to jest mieć dziecko, to od razu odpowiadam - super. Ale... bo zawsze jest jakieś "ale", trudno znaleźć czas na czytanie. Na szczęście świat idzie do przodu, mamy bieżącą wodę, prąd i telefony komórkowe, w nich audiobooki i dzięki temu książki mogą być z nami wszędzie! W wannie, w łóżku, w kuchni podczas gotowania, a najważniejsze (!) podczas długiego spaceru z wózkiem po odosobnionych polnych drogach. Tak, wreszcie odkryłam ten wspaniały wynalazek i słucham, słucham, słucham, kiedy tylko mogę. A nawet lepiej słucham razem z Zu (genialnie zasypiała przy "Solaris" i "Xawrasie Wyżrynie") i jestem z siebie dumna, że jej pierwszą przeczytaną/odsłuchaną (bez niektórych fragmentów, kiedy używałam słuchawek) książką jest właśnie "Gra o tron". 

Wracając jednak do obelg i seriali, gdy dzisiaj czytam swoje pierwsze wrażenia, spisane w poniższych gorzkich żalach, to nawet trochę mi wstyd, bo muszę przyznać, że jest to naprawdę świetna adaptacja. Aż mi szkoda, że Sam Raimi nigdy tego nie przeczyta, ale dla wszystkich fanów "Legend of the Seeker" powinien to być dowód na to, że jednak można dokonać udanej, a by nie rzec doskonałej adaptacji. Czy też serialu "na motywach";]



Właściwie to nie spodziewałam się, że za drugim razem też będzie boleć. Bo przecież wszystko już wiadomo, obejrzałam wszak cztery sezony serialu i myślałam, że żadne zło, niesprawiedliwość, okrucieństwo i świństwo mnie już nie zaskoczy. A jednak diabeł tkwi w szczegółach, a George Martin jest mistrzem szczegółów, do takiego stopnia, że po jego opisie potrawki z królika, mimo zaspokojonego głodu, nabrałam apetytu. A co dopiero kiedy pisze o głodzie, brudzie i przemocy...W każdym razie ponowne spotkanie z pierwszym tomem "Pieśni lodu i ognia" było dla mnie bardzo podobne do oglądania "Dystryktu 9" (którego nie mogę obejrzeć po raz drugi, bo budzi we mnie zbyt skrajne mocje) - czyli słuchałam finału z przyśpieszonym biciem serca. Aczkolwiek odsłuchałam do końca więc najwyraźniej upadek Neda Starka nie był aż tak bolesny. Ale przecież to dopiero początek.

Myślę, że wielu się ze mną zgodzi, kiedy złożę autorowi  "Gry o tron" ten skromny hołd - geniusz. I to prawdziwy mistrz powieści przez duże P. Gęstej, wielowątkowej, takiej jak życie - okrutnie zaskakującej, pełnej pasji, podszytej głęboko skrywanymi namiętnościami, zmieniającej kierunek pod wpływem pozornie błahych zdarzeń i przede wszystkim niesprawiedliwej, bo życie moi drodzy czytelnicy sprawiedliwe nie jest. Im szybciej to zrozumiecie, tym lepiej dla was. I nie warto nad tym rozpaczać - bierzcie przykład z Tyriona. Jeśli nie widzieliście czwartego sezonu jest to mega spoiler!

A więc nie zostaje nic innego, jak zaparzyć sobie dobrej herbaty, rozłożyć się na kanapie i otworzyć paczkę kruchych ciasteczek...no jasne. Zapomnijcie. Bo tak naprawdę nie zostaje nic innego jak znaleźć w ciągu dnia takie zajęcie, przy którym można mieć słuchawki na uszach i posłuchać sobie opowieści o tym, do czego może się posunąć kobieta, która chce chronić swoje dzieci i zapewnić im bezpieczną przyszłość. A, co w zmianie życiowej perspektywy bywa piękne, zaczęłam rozumieć Cersei, choć nie znaczy to, że bardziej ją przez to lubię. 

Podsumowując pierwsza część "Pieśni lodu i ognia" jest słuchowiskiem i superprodukcją w jednym - to znaczy nie czyta jej lektor, a aktorzy, natomiast druga "Starcie królów" jest już tylko audiobookiem, ale emocje nie są przez to ani odrobinę mniejsze. HBO już zwiastuje zwiastowanie piątego sezonu mojej ulubionej gry i czekam z ogromną niecierpliwością, zwłaszcza, że dotychczas,  twórcy serialu naprawdę świetnie oddali treść, klimat i wartkość powieści. Cieszę się jak

Jako ciekawostkę dodam tylko, że w  fejsbukowym quizie wyszło mi, że to właśnie Martin mógłby opisać moje życie i właściwie patrząc wstecz wszystko się zgadza;]

W każdym razie kiedy tak brnę z Zu (jej jest cieplutko i milutko, nie martwcie się) po zamarzniętej drodze gruntowej, pod wiatr, przez śnieg,a po powrocie do domu, muszę zleźć do piwnicy i rozpalić w piecu, to wcale nie narzekam, a wiecie dlaczego? Bo wtedy dopiero czuję, w każdej kości, że "The winter is comming"!



piątek, 25 lipca 2014

Krwawa, wredna i jak zawsze zaskakująca "Gra o tron"

Dzisiaj post napisany miesiąc temu, w przededniu narodzin mojej Zu. dopiero dziś mam wolną chwilę, żeby go wreszcie opublikować, co powinno dać wam dobre wyobrażenie o byciu świeżo upieczonym rodzicem. W treści nic nie zmieniam, bo i po co, a nikła ilość zdjęć to wina fantastycznego produktu googla jakim jest blogger, który nie pozwala mi na ich zamieszczenie.
Jak możecie pamiętać z postów Gra frustracji, Coraz ciekawsza gra, a wreszcie Gra zdrady, zemsty i rozpaczy od początkowego zniechęcenia doszłam niemal do całkowitego utożsamienia fabuły serialu ze swoim życiem. Nie, spokojnie nie dosłownie, ale jednak... Dlaczego? Otóż dlatego, że pisząc to jestem wciąż pod wrażeniem ostatniego odcinka czwartego sezonu zatytułowanego "The Children", który zbiegł się z faktem, że właśnie oczekuję swojego pierwszego potomka.



Tak naprawdę, to według wyliczeń lekarzy replikacja powinna zostać już sfinalizowana, ale cóż począć, kiedy natura wie lepiej. Pozostaje czekać i pisać póki jeszcze mogę, bo później podobno nie pójdę do kina przez najbliższe dwa lata, nie będę miała czasu na seriale, a książki to już tylko w postaci audiobooków.Tak przynajmniej mówią, a jeśli to prawda pozostaje tylko mieć nadzieję, że za tak wielkie rodzicielskie wyrzeczenia nie skończę tak, jak Tywin Lannister.

Ale zacznijmy od początku. Jak pamiętamy z końcówki trzeciego sezonu rodzinie Starków stały się rzeczy przykre i straszne, ale mimo to większość dzieci Eddarda Starka przeżyła i każde z nich czeka w czwartym sezonie własna przygoda.

Pierwsza niech w takim razie będzie Arya, którą pod koniec trzeciego sezonu pojmał Ogar. Jak pamiętamy początkowo chciał ją z drobną opłatą oddać matce, ale kiedy ów plan zawiódł postanowił z podobnym zamiarem odwieźć dziewczynę jej ciotce Lysie Arryn. I tak zaczyna się kino drogi pod szyldem "stary zgorzkniały facet i dziewczynka zła na cały świat". Początkowo oczywiście ta para się nie dogaduje, by pod koniec swojej wspólnej drogi stworzyć, wydawałoby się, zgrany tandem. Dokąd doprowadzi ich wspólna ścieżka? Do bez wątpienia zaskakującego finału tej znajomości, w którym, przyznaję zachowanie Arii mocno mnie zaskoczyło.

 

Z kolei poślubiona Tyrionowi Sansa przez pierwszą połowę sezonu nadal snuje się smutna po zamku, a patrzenie na nią rodzi pytania o to jakie znowuż nieszczęścia czekają ową dziewczynę. Tymczasem nadchodzi dla niej wyjątkowo szczęśliwy dzień czy ślub Joeffreya i Margery.



Nie chcę nikomu odbierać przyjemności z oglądania drugiego odcinka sezonu, ale zdradzę tylko, że choć nasz ulubiony bohater Joffrey doprowadza w nim widza do szczytu niesmaku, to jednak ostanie minuty wszystko rekompensują z nawiązką. Zdradzę tylko tyle, że Sansa po tym wydarzeniu musi opuścić Kig's Landing i wreszcie zaczyna rozumieć jak się gra w "Grę o tron".

Oprócz Arii wątek kina drogi widać tez w losach Brana Starka, który z towarzyszami poznanymi w ostatnim sezonie brnie dalej na północ, aby odnaleźć trzy-okoą wronę. Generalnie niewiele się u niego zmienia, ale on sam coraz umiejętniej i częściej zmienia postać. Podsumowując nie jest być może najbardziej ekscytującym z bohaterów, ale zapowiada się bardzo dobrze.


Ulubieniec pań – Jon Snow po wesołych przygodach za murem wraca do praworządnego życia strażnika. Niestety nikt w Castle Black nie chce mu wierzyć w to, ze z północy nadciąga armia dzikich uciekająca przed lodowymi zombie. Dowódców Snowa nie przekonuje nawet fakt, że ta grupa, której udało się przekroczyć mur wybija co do nogi okoliczne wsie i miasta. I tak biedny Jon będzie musiał sam uratować cały świat, co nie będzie proste, bo przecież była dziewczyna wciąż czyha na jego życie. Jeśli spodziewaliście się, że „żyli długo i szczeliwie” z Ygritte to jesteś cie naiwni. Mnie w każdym razie brak happy ednu w tym przypadku wcale nie zasmucił.

„Gra o tron” to jednak nie tylko losy Starków. A spośród wszystkich, którzy ją toczą moimi ulubieńcami wciąż są Daenerys i Tyrion. W sezonie czwartym moja ulubienica z pasją i socjalistycznym zacięciem kontynuuje zdobywanie  miast Zatoki niewolników i wyzwalanie tychże spod jarzma ich panów. Idzie jej to tak dobrze, że nie może przestać, ale przy okazji jej poczucie sprawiedliwości dotyka jej największego skarbu czyli smoków. Cóż według mnie wielka szkoda i mam nadzieję, że w kolejnym sezonie zmieni zdanie, bo inaczej przestanę jej kibicować.


Jeśli wydawało wam się wcześniej, że Tyriona wciąż spotykają liczne i niezasłużone nieprzyjemności, to tylko wam się wydawało. Generalnie powinien był pozwolić zdobyć King’s Landing Stannisowi kiedy miał okazję, a sam zabrać Shae i uciekać jak najdalej od swojej uroczej rodziny. Niestety biedny karzełek chciał, żeby ojciec był z niego dumny i dobrze wiemy co go za to spotkało. Jakby tego było mało w tym sezonie wszystkie chamskie teksty wobec Joeffreya, za które zyskał sobie tyle sympatii, obracają się przeciwko niemu. Niestety najwyraźniej ludzie wolą zwyrodnialców będących efektem kazirodztwa, niż sympatyczne karzełki, takie już jest życie, ale czasem może być o jedną krzywdę za daleko i tak właśnie dzieje się w przypadku Tyriona. I tu wracając do tytułu ostatniego odcinka sezonu – The Children odbywa się najważniejsza lekcja pedagogiczna udzielana przez Georga Martina. Doświadczają jej przede wszystkim Aryia i Ogar, Daenerys i jej smoki oraz Tyrion i Tywin Lannisterowie, a kiedy o niej myślę, aż trochę strach mieć dzieci. Jaka to lekcja? Przede wszystkim, żeby nie być wrednym dla swoich dzieci, ale z drugiej strony, że nie możemy od nich oczekiwać, że będą dokładnie takie, jakbyśmy oczekiwali, co w przypadku Tyriona oznacza martwe. Warto też nadmienić, że niezwykle zaskakujący okaże się finał związku Tyriona i Shae. Zachwiało to moją wiarą w prawdziwość jej uczuć, ale pomogli mi znajomi mężczyźni przypominając, że skrzywdzone kobiety potrafią być naprawdę podłe z czym całkowicie się zgadzam;]

W sezonie czwartym pojawiają się jeszcze dwie postacie, które zasłużyły sobie na to by o nich napisać. Pierwszą z nich jest wspomniana już siostra Catelyn Lysa Arryn. Już w pierwszej scenie kiedy ją poznajemy (karmiącą piersią 10-letnie dziecko) było wiadomo, że nic nie jest z nią tak jak powinno być, jednak dopiero ostatnie odcinki pokazały z jak bardzo pokręconą postać stworzył Martin. Nie da się tego opisać tak, żeby nie zepsuć komuś przyjemności  (a może raczej nieprzyjemności) z oglądania jej na ekranie, ale trzeba to przyznać Kate Dickie, że wzbudziła we mnie obrzydzenie dorównujące Jackowi Glessonowi wcielającemu się w Joffreya.

Na sam koniec pozostawiam Oberyna Martella nową i nieodżałowaną postać czwartego sezonu.  Co by o nim nie powiedzieć, to bohater, który kierował się przede wszystkim szlachetnymi zamiarami pomszczenia śmierci siostry i zemsty na Lannisterach. Bardzo mu w tym kibicowałam, ale cóż z tego? Jeśli wcześniej myślałam, że odcinek , w którym zginął Rob Stark był masakryczny, to „The Viper and the Mountain” podsumowujący karierę Oberyna sprawił, że miałam ochotę przestać oglądać serial. Ech,  ale za to przecież lubimy „Grę”, że jest krwawa, wredna i zaskakująca, prawda?