wtorek, 20 marca 2012

Nadchodzi długo wyczekiwany Kłamca 4



„Kłamca” Jakuba Ćwieka, to bez wątpienia jeden z tych cykli, które w radykalny sposób zmieniły moje czytelnicze gusta. Pierwszy „Kłamca” był zarazem pierwszą książką z Fabryki Słów, która trafiła w moje ręce i sprawił, że po latach przerwy wróciłam do czytania polskiej fantastyki. Nie mogła mi się też trafić lepsza pozycja jeśli chodzi o szatę graficzną. I prawdę mówiąc to chyba bardziej niż postać stworzoną przez Jakuba Ćwieka, lubię Lokiego, którego Piotr Ciesliński  narysował w sposób absolutnie genialny (http://darkcrayon.blogspot.com).

Zwłaszcza na okładce drugiego tomu, którą widzimy powyżej. Jak on odpala tego papierosa, mmmm… Loki wygląda na niej po prostu jak idealny typ wszystkich niegrzecznych chłopaków, na których widok w  liceum miękły mi kolana! 

Ale zaraz mam tu przecież pisać o książkach, a nie zagłębiać się w swoje urocze wspomnienia. Więc konkrety. Ćwiek sięgnął do skandynawskiej i mitologii i wyciągnął z niej postać najbardziej nikczemną, wredną i przewrotną, acz równocześnie posiadającą tzw. „dobry bajer” czyli Lokiego, boga kłamstwa.

Dla Lokiego, tak jak dla większości dawnych bogów czasy są kiepskie – mało kto w nich jeszcze wierzy, bo żyjemy przecież w czasach dominacji chrześcijaństwa, a dawne mitologie traktujemy jak bajki. Nie wiemy jednak, że dzieje się tak dlatego ponieważ zastępy aniołów prowadzą regularną i dosłowną wojnę o zastępy dusz likwidując po kolei wszystkie bóstwa i przejmując ich wyznawców. Loki, jak przystało na boga kłamstwa staje po tej stronie, gdzie zwycięstwo i na usługach aniołów przystępuje do starań o zbawienie naszych nieśmiertelnych dusz. Będzie to oczywiście brudna robota, którą aniołom nie przystoi się parać, a swoje zadania, jak przystało na boga kłamstwa Loki wykonuje w  bardzo przewrotny sposób;] 

Za swoje usługi pobiera skromną opłatę w postaci anielskich piórek, które mogą się okazać o warte o wiele więcej niż ważą w obliczu zbliżającego się Armagedonu. A to wielkie wydarzenie ma nastąpić w czwartym, bardzo długo oczekiwanym tomie „Kłamcy”. W sumie dobrze się złożyło, że książka zostanie wydana w tym roku, bo zdążymy dowiedzieć się jak Loki poradzi sobie z końcem świata zanim ów nastąpi. W końcu to w 2012 ma nadejść przebiegunowanie ziemi przewidziane przez Majów i pięknie sportretowane przez Emmericha w filmie „2012”.

Ale zanim to warto przeczytać jeszcze raz wszystkie trzy tomy „Kłamcy” i przypomnieć sobie jak to Loki miał pełne ręce roboty zwalczając konkurencyjne dla chrześcijaństwa bóstwa takie jak choćby Herkules, nie umknął mu św. Mikołaj i oberwało się też bogu ducha winnym satanistom. Ja jak przystało na kobietę, doceniam też wątek romansowy.

Generalnie jest u Ćwieka i zabawnie i brutalnie, a choć ta opowieść rozgrywa się w zupełnie innym klimacie, jego czarny humor bliski jest Quentinowi Tarantino. Tak, jak reżyser Pulp Fiction ,Ćwiek wspaniale potrafi tworzyć postacie z założenia niesympatyczne, ale tak czarujące, że i tak będziemy im kibicować przez całą książkę. No i taki właśnie jest ten łobuz Loki.

Chyba nie czekam na „Kłamcę 4” z niecierpliwością oddanej fanki, ale przeczytam z wielką przyjemnością, bo spodziewam się tego, co u Ćwieka lubię najbardziej – niestandardowego spojrzenia na świat bogów, ironicznych dialogów, i oczywiście mojego ulubionego puszczania oka do czytelnika.
Bo okładka z tego co możemy zobaczyć, po raz kolejny jest BOSKA.

Autor: Jakub Ćwiek
Tytuł: Kłamca / Kłamca 2. Bóg marnotrawny/ Kłamca 3. Ochłap sztandaru / Kłamca 4. Kill’em all
Wydawnictwo: Fabryka Słów 2005-2012



czwartek, 15 marca 2012

Gramatyczne czary-mary


Dziś opowieść o książce liczącej już sobie trochę czasu na polskim rynku wydawniczym, ale według mnie ciekawej czyli o „Czaropisie” Blake’a Charltona. Kiedy czytałam jej recenzje miałam dziwne wrażenie, że jestem jedyną osobą, której się ona podobała i która w swojej recenzji ją poleca. Na szczęście  pożyczyłam ją kilku swoim kolegom i im też „Czaropis” się podobał, wiec przestałam myśleć, że to ja mam jakiś problem z rozróżnieniem dobrej książki od złej i utwierdziłam się w słusznym przekonaniu, że to inni recenzenci się nie znają.

Zapewne owych podłych recenzentów możemy też pociągnąć do odpowiedzialności za to, że wydawnictwo Prószyński i S-Ka nie zdecydowało się na wydanie drugiego tomu, który przecież zapowiadało na styczeń minionego roku. Mówi się trudno, ale  i tak szkoda.

Według mnie, każdy, kto z przyjemnością śledził przygody Skrytobójcy, który Robin Hobb, będzie z  „Czaropisu” zadowolony, bo mnie  bardzo szybko wciągnął i zaciekawił, a już zwłaszcza sposób, w jaki autor przedstawia lingwistykę, która nigdy wcześniej nie wydawała mi się tak interesująca.

             „Czaropis”, to fantasy w starym dobrym stylu i według mnie jest to jego niewątpliwa zaleta. Mamy więc bohatera-ucznia, przepowiednię o wybrańcu, intrygę, w którą zostaje wplątany i walkę o losy świata. Główny bohater powieści Nikodemus, to młody i zdolny adept magii, który miałby szansę na karierę wielkiego czarodzieja, gdyby nie jego kakografia a innymi słowy dysortografia. Jest on swojego rodzaju dyslektykiem w dziedzinie magii - nie potrafi uformować zaklęcia zgodnie z zasadami gramatyki, a na domiar złego każdy magiczny tekst którego się dotknie ulega w jego rękach deformacji. W wielu kulturach język ma magiczne znaczenie, zmawianie, zaklinanie, a nawet przysięgi czy klasyczne „hokus-pokus” mają magiczne znaczenie. Stąd może pojawiła się u Blake’a Charltona pomysł, żeby magia także była językiem rządzącym się określoną gramatyką. Według mnie realizacja tego pomysłu udała mu się całkiem nieźle.

Co do fabuły to postawi nas ona przed takimi pytaniami jak to cz Nikodemus rzeczywiście jest wybrańcem, skoro nie potrafi „gramatycznie” czarować? Dlaczego ktoś silnie go poszukuje i  nie zawaha się zabić żeby do niego dotrzeć? Kto tak naprawdę jest przyjacielem a kto wrogiem? W „Czaropisie” na czytelnika czeka sporo zagadek, a wiele z nich kryje także bardzo ciekawa mitologia, którą akcja jest gęsto przepleciona. Bo akademia młodych magów, w której szkoli się Nikodemus to siedziba dawno wymarłego ludu Chthoników, lykantropy to powszechne stworzenia, a w podziemiach mieści się królestwo goblinów. Jakby tego było mało niektórzy bogowie mieszkają pośród ludzi. A owi ludzie zamiast wyznawać bogów czczą demony, które oczywiście chcą zniszczyć świat…. A temu wszystkiemu ma zapobiec oczywiście nasz bohater.

            Według mnie warto przeczytać „Czaropis”, bo jest to z jednej strony trochę bajka inicjacyjna bliska „Gwieznym Wojnom” i „Harremu Potterowi”za bohaterów, a z drugiej to naprawdę fajna przygodowa historia, w której autor zostawia mnóstwo znaków zapytania. Tym bardziej szkoda, że wydawnictwo nie zdecydowało się na wydanie drugiego tomu. 

Autor: Blake Charlton
Tytuł: Czaropis
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka 2010

wtorek, 13 marca 2012

Mszę to mieć

Czasem zobaczy się coś takiego, co mówi "kup mnie", no i wiadomo, muszę to mieć;] (znalezione na allegro i nawet nie takie strasznie drogie)

poniedziałek, 12 marca 2012

Miecz prawdy czyli o moim absolutnie ukochanym cyklu


Zdarzyło mi się jakiś czas temu napisać artykuł poświęcony grze „Dead Island”, który został dosyć mocno skrytykowany  w komentarzach przez internautów, którzy uznali, że skoro tak podoba mi się gra o naparzaniu grabiami w zombie, muszę być nienormalna, perwersyjna, chora psychicznie, do tego zmienili mi płeć, zapewne sądząc, że kobieta takich rzeczy lubić nie może. Nie żeby jakoś specjalnie zabolała mnie ta fala goryczy, ale mocno zafrapowało moją uwagę, że ludzie tak myślą o grach komputerowych. Tekst można przeczytać tutaj, ale swoją drogą trochę racji może i mają:] 

W życiu codzienny nie wyróżniam się jakimiś szczególnymi perwersjami, ale jako gracz lubię dobrą rozwałkę (o czym też wkrótce zamierzam napisać), a jako czytelnik, zdecydowanie mam ciągoty do tego co mroczne, tak, jak choćby do wspomnianego Orkana, na którego cześć napisałam tu już stosowny pean. Skąd mi się to wszystko wzięło? Jeśli chodzi o gry to na pewno od dwóch starszych braci, którym zawsze kibicowałam kiedy grali w Diablo, Blood czy Dukea itp, a jeśli chodzi o książki, to winą chyba mogę obarczyć Terrego Goodkinda, który raz na zawsze zmienił moją wyobraźnię. Bo jak u Terrego ma boleć, to wierzcie mi zaboli naprawdę.

Piszę to wszystko z tej okazji, że właśnie skończyłam czytać „Wróżebną Machinę”  jego najnowszą książkę, którą po czterech latach powraca do cyklu Miecz prawdy. Przez 12 kolejnych lat tom po tomie opowiadał o przygodach poszukiwacza prawdy czyli Richarda Rahla i Matki Spowiedniczki – Kahlan Amnell. A wszystkie te książki, w których średnia ilość stron to około sześciuset, przeczytałam, posiadam w swojej kolekcji i na pewno kiedyś do nich wrócę.

Trudno jest mi zrecenzować w całości tak obszerny cykl, zwłaszcza, że czytałam go dosłownie latami (niektóre tomy po kilka razy), bo kolejne książki wychodziły co roku w lutym i akurat tak dobrze się składało, że z reguły dostawałam je na urodziny.  Konieczna będzie tu więc jakaś wybiórczość, więc skoncentruję się przede wszystkim na pierwszym tomie czyli „Pierwszym prawie magii”, a skończę na ostatnim czyli wspomnianej już „Wróżebnej machinie”.

Dorastam w małej miejscowości i już od dziecka moją główną rozrywką było czytanie (tak, tak życie na wsi nie dostarcza zbyt wielu innych intelektualnych podniet). Kiedy miałam około 13 lat przyszedł w moim życiu taki moment, że wyczerpałam możliwości mojej małej szkolnej biblioteki i musiałam się przenieść do równie niewielkiej, ale bardziej dorosłej w Gminnym Ośrodku Kultury. Jak to się stało, że znalazło się tam „Pierwsze prawo magii”? Tego chyba nigdy się nie dowiem, bo biblioteka raczej nie specjalizowała się w fantastyce, ale nigdy nie zapomnę jak ją w niej znalazłam. Na dolnej półce przy samej podłodze,  gruba (to lubię w książkach) i jeszcze ze smokiem na okładce! Przeczytana na wszystkie strony (chyba nie tylko mnie skusił smok), z pogiętą okładką, pobrudzonymi i pozaginanymi stronami, była dla mnie wręcz jak tajemniczy rękopis. Jak się później okazało jej waga w moim życiu okazała się równie bezcenna. 

Otworzyłam ją i wpadłam w fabułę tak, jakby to był chłopak, w którym się zakochałam. Do dziś zresztą kiedy trzymam w rękach „Pierwsze prawo magii” staram się go nie otwierać, bo wiem, że zacznę czytać. Od razu polubiłam Richarda, a stworzony przez Goodkinda świat momentalnie mi się spodobał.  Pierwszy raz w życiu nie poszłam spać, żeby przeczytać książkę do końca. Nie udało mi się (696 stron!), ale zrobiłam to jak tylko wróciłam ze szkoły tego samego dnia. W sumie za pierwszym razem udało mi się zamknąć w 24 godziny, a ostatecznie w ciągu kolejnych lat czytałam „Pierwsze prawo magii” z pięć razy. Podejrzewam, że ta książka działa na mnie tak jak na niektórych ludzi narkotyki, ja po prostu w nią odjeżdżam i zmieniam się w czytające zombie a nie gremlina.

O czym to jest? Wiec dawno dawno temu był sobie Richard Cypher leśny przewodnik z Hartlandu, któregoś dnia zupełnie niespodziewanie ratuje przed czterema zbirami piękną nieznajomą – Kahlan Amnell. Dziewczyna przybyła do jego krainy z Midlandów, żeby w obliczu wojny odnaleźć miecz prawdy i jego strażnika potężnego czarodzieja Zeddicusa Zu’l Zorandera. Od tego momentu zaczynają się problemy, a zarazem wielka przygoda Richarda. Okazuje się, że ktoś brutalnie zabił jego ojca, w lasach pojawiają się magicznie trujące pnącze, a z nieba zaczynają atakować chimery. Wszystko to ma oczywiście coś wspólnego z magią, od której Hartland po wielkiej wojnie został oddzielony ścianą zaświatów. Jednak ściany zaczynają się rozpadać, a świat znany Richardowi staje przed złowieszczym zagrożeniem ze strony Rahla Posępnego władcy D’Hary, który jak to zwykle bywa planuje przejęcie władzy nad światem. A najlepsze w tej książce jest to, ze wiem jak to wszystko kiczowato brzmi! ale i tak mi to absolutnie nie przeszkadza;]

Dalej jest tak, że Rahl chce tego dokonać poprzez uwolnienie pradawnej magii Ordena zawartej w trzech szkatułach. Aby zyskać absolutną władzę musi do pierwszego dnia zimy zgromadzić wszystkie trzy i otworzyć tą właściwą według instrukcji zwartych w Księdze Opisania Mroków, a żeby tego dokonać niezbędni będą i Richard, i Kahlan.

Oczywiście żadne z nich nie będzie skłonne z własnej woli pomóc tyranowi,  a wręcz przeciwnie zrobią wszystko, aby mu przeszkodzić. „Miecz przeznaczenia ma dwa ostrza. Jednym jesteś ty” – to oczywiście cytat z Wiedźmina, ale równie dobrze można go odnieść do losów Richarda, który sam staje w szranki ze swoim przeznaczeniem i przepowiednią zapowiadającą zagładę.  Żeby ją wypełnić będzie musiał opuścić swój dom i podjąć się zadań wręcz niewyobrażalnych i najczęściej bardzo dla niego bolesnych, zarówno pod względem fizycznym jak i emocjonalnym.

Poprzez zaświaty, wioskę błotnych ludzi, dolinę wiedźmy Shoty, miasto Tamarang i komnatę Mord-Sith dotrze wreszcie do Ogrodu Życia w siedzibie Rahla – Pałacu Ludu, gdzie rozegrają się losy świata.  Każdy kolejny etap drogi Richarda jest wspaniale zarysowany, ale dla mnie do dziś najwyrazistsza w tej historii pozostanie Mord-Sith. I to ją - panią Dennę najlepiej zapamiętałam.  Do dziś przewraca mi się zawartość żołądka kiedy przypominam sobie to, co jej rękami Terry Goodkind zrobił Richardowi. „Tak pani Denno, nie pani Denno, przepraszam pani Denno, dziękuję pani Denno”. Często zastanawiałam się jak Goodkind wymyślił Agiela i wszystko to, co można nim zrobić człowiekowi. Może lepiej nie wiedzieć? W każdym razie czytanie procesu tresury jest równie wstrząsające, co fascynujące.  Przechodząc przez niego pierwszy raz płakałam razem z Richardem. Ale tak jak i on oczywiście pokochałam panią Dennę, tak jak i mój ulubiony bohater.

Szczególnie uroczy jest jej obcisły skórzany uniform w czerwonym kolorze - żeby nie było na nim widać śladów krwi. W internecie można bez problemu znaleźć dziewczyny, które sprawiły sobie takie wymowne stroje. Jak widać fantazjowane o biciu facetów, może człowieka sprowadzić na manowce...



Ale katowanie Richarda w celu „złamania go” to zaledwie jeden z wielu pomysłów Goodkinda, które wiążą się z rzeczonymi perwersjami. Bo przecież Denna katowała go nie tylko na sali tortur, ale też w sypialni (Pamiętajmy kiedy to czytałam miałam 13 lat i jeszcze nie śniło mi się, że w ogóle można robić takie rzeczy). I jak on to opisuje! Niemal słychać przyspieszone tętno Richarda i czuć jego strach, kiedy Pani Denna zbliża się do niego ze swoim Agielem! 

Na tym jednak nie koniec, bo mamy tu też Rahla Posepnego, który nie zabił przecież ojca Richarda ot tak, ale jeszcze do tego przepięknie rozwlekł jego wnętrzności po całym domu. Nie tylko nasłał na chłopaka Mord-Sith ale jeszcze sam wcześniej je szkolił i łamał. A do tego dochodzi cały wątek tego jak oswaja, mami i w końcu doprowadza do ślepego oddania zniewolonego przez siebie chłopca.

Nie można także pominąć w tym gronie Nasa, dowódcy gwardzistów Rahla, który ma słabość do małych chłopców, ale nie wykorzystuje ich tak, jak Rahl Posępny do magicznych rytuałów... Nasa oczywiście spotyka stosowna kara (a co mi tam zaspijluję - zostaje zmuszony, żeby na żywca wyrwać sobie genitalia i je zjeść), a najgorsze jest to, że Goodkind tak buduje tą postać, że czytelnik szczerze się cieszy z owej kary, mimo naprawdę krwawego okrucieństwa. 

Jedno jest pewne jeśli jego bohaterowie są podli, Terry na pewno zatroszczy się  o stosowną sprawiedliwość i nawet jeśli jest to dziecko, zupełnie mu to nie przeszkadza. Wymienianie tych wątków można by mnożyć, ale według mnie przyjemniej zgłębić się w nie samemu. Gdyby to było możliwe krew powinna bryzgać ze stron tej książki. Chociaż Jagang i jego armia imperialnego Ładu i tak potem to jeszcze przebije;] Po stokroć...

Z co jeszcze tak bardzo go lubię? Goodkind jest mistrzem tworzenia postaci drugoplanowych i każda jest wspaniale i wyraziście nakreślona czy będzie to biedna Rachel czy rozwydrzona księżniczka Violet, dobroduszny Chase czy wężowaty Michael, uwodzicielska Shota i jej przypominający nieco Golluma pomagier Samuel. Tą książkę tworzą właśnie takie postacie, które autor zdaje się dobrze znać i rozumieć, a dzięki temu są autentyczne i czytelnikowi nie trudno się z nimi utożsamić.
Co do stworzonego przez niego uniwersum mieści się ono oczywiście w konwencji magii i miecza, ale kryje też wiele niespodzianek. Podobnie zresztą jak w cała fabuła. Książka trzyma w napięciu dosłownie przez każdą stronę, nie ma tu momentów przestoju ani nudy, a to, że co chwila zmienia się perspektywa bohatera sprawia, że jak tylko przywiążemy się do jednego dostajemy drugiego. Jesteśmy trochę pogniewani, że zabrano nam Richarda, ale zaraz wciąga nas kawałek historii opowiadany przez Rachel, a wtedy nagle wcielamy się w Rahla itd. To jak te wszystkie wątki splatają się w finale to po prostu majstersztyk!

Genialna jest też sama historia, bo można by powiedzieć „skoro wiemy, że będzie miała tyle tomów, to wiadomo jak się skończy”. Nic bardziej mylnego! Pierwszy tom to tak naprawdę dopiero początek, swoisty wstęp do właściwych przygód Richarda i Kahlan. Zresztą motywy  i postacie z „Pierwszego prawa magii” będą przewijać się przez wszystkie kolejne tomy, aż do „Wróżebnej Machiny”. 

Ja osobiście najbardziej lubię początek cyklu czyli „Pierwsze prawo magii”, wspaniały i epicki „Kamień łez” nieco słabsze „Bractwo czystej krwi” i dla mnie absolutnie genialną „Świątynię wichrów”. 


Później znów Goodkind ma spadek formy w „Duszy ognia”, ale wspaniale odbija się w „Nadziei pokonanych”. Po niej wyszły dla mnie najsłabsze w całym cyklu „Filary Świata” i „Bezbronne imperium”. Ale nagradza to wszystko kończąca cykl trylogia „Fantom” – „Pożoga” – „Spowiedniczka”.

Wspomnę tylko, że gorąco zachęcałam swoich znajomych do brnięcia przez te wszystkie cegły razem ze mną, ale nikt z nich nie dotrwał do końca. Cieniasy...


W każdym tomie pojawia się oczywiście nowe prawo magii, które mam nawet gdzieś spisane, jak przystało na oddaną fankę cyklu, ale może przytoczę je innym razem, bo niemiłosiernie się rozpisałam, a nawet jeszcze nie wspomniałam o serialu. Tu już więc się streszczę – nie podobał mi się. Ale jakby ktoś chciał wiedzieć więcej, to zapraszam TUTAJ.

I jeszcze parę słów na temat „Wróżebnej machiny”, od której przecież zaczęłam. Generalnie Terry Goodkind wrócił po czterech latach do cyklu, który miał definitywnie zakończyć i wydaje mi się, że motywem nie było tu natchnienie, a pragnienie gotówki. Chociaż naprawdę go uwielbiam, „Machina” jest dla mnie, jego oddanej fanki, kotletem mocno odgrzewanym. Smacznym owszem, ale na pewno nie zaskakującym. Przeczytałam to oczywiście ciurkiem i naprawdę dobrze się bawiłam, ale szczyt formy to, to nie jest.
Bo niby już wszystko się skończyło, a Richard i Kahalan mieli żyć długo i szczęśliwie, a tu nagle okazuje się, że rdzeniem  Pałacu Ludu jest jakaś monstrualna i do tego samoświadoma machina. Oprócz własnych przemyśleń wysuwa ona też ze swojego wnętrza przepowiednie, które nomen-omen sprawdzają się co do joty. Oczywiście są to raczej złe i krwawe wróżby dla Richarda i Kahlan, a do tego wywołują panikę wśród ludu. I nasi ulubieni bohaterowie będą musieli  sobie z tym poradzić. 

Jedyna moja nadzieja jest w tym, że we „Wróżebnej machinie” wyjaśnia się zaledwie jeden wątek z wielu, które Goodkind rozpoczął. Także to więcej niż pewne, że będzie kontynuacja i mam nadzieję, że machina była dopiero rozgrzewką, przed naprawdę dobrą rozgrywką. 


Autor: Terry Goodkind
Tytuł: Pierwsze prawo magii / Kamień łez / Bractwo czystej krwi / Świątynia wichrów / Dusza ognia / Nadzieja pokonanych / Filary Świata / Bezbronne imperium / Fantom / Pożoga / Spowiedniczka /  Wróżebna Machina
Wydawnictwo: Rebis 1998 – 2012




niedziela, 11 marca 2012

Celny cios parasoką

Tak się złożyło, że wszystkie recenzje, które dotychczas wrzuciłam to książki wydane przez Fabrykę Słów. Jednak nie jestem wcale niezbyt tajnym agentem, tego wydawnictwa i czytam też inne książki, a jednym w wydawnictw, które lubię i które również wydaje całkiem niezłą fantastykę jest Prószyński i S-ka.
W ciągu ostatniego roku wydali całkiem sporo pozycji w tej dziedzinie i wiele z nich to naprawdę świetne czytadła, a bez wątpienia należy do nich seria o bezdusznej Alexii Trabotti.

Czego to jeszcze nie napisano o wampirach wilkołakach i zakochanych w nich dziewczętach? Można by śmiało rzec – wszystko już było. Cóż w takim razie począć skoro „wszystko już było”? Okazuje się, że nie ma to jak powrót do źródeł, czyli Londynu z epoki wiktoriańskiej, kiedy to wampiry rozpoczęły swoją zawrotną karierę. Co Gail Carriger autorka cyklu czyni z naprawdę dobrym efektem.

Alexia Trabotti, tytułowa bohaterka choć nie posiada duszy to nie sposób odmówić jej temperamentu. Alexia po ojcu Włochu odziedziczyła zupełnie nie angielską urodę, nieskromny apetyt i zupełnie nieprzystojące damie zamiłowanie do książek i nauki. I choć ona sama nie wiele sobie z tego robi, jak na czasy, w których przyszło jej żyć jest dziwadłem, a przez powyższe walory została przez swoją zapobiegliwą matkę skazana na staropanieństwo zanim jeszcze weszła w wiek, nadający się do zamążpójścia. 

Ale Alexia bynajmniej nie jest ofiarą, co najlepiej udowadnia przypadkowo spotkanemu na przyjęciu wampirowi, pokonując (bo wszak jak zabić kogoś, kto już nie żyje?) go parasolką. Samo spotkanie z wampirem niespodzianką nie jest, bo w tej wersji epoki wiktoriańskiej, wampiry i wilkołaki nie kryją się przed światem, ba! - mają własną jednostkę policyjną, bywają na przyjęciach, a nawet są uznawane za świetną partię. Tak, jak postawny przywódca watahy wilkołaków z Woosley  -  lord Conall Maccon, w którego ramionach widziałaby się nie jedna londyńska dama. Szczęście obcowania z tym dorodnym samcem przypadnie nikomu innemu tylko właśnie naszej uroczej Alexii, która posławszy nieumarłego do grobu wplątuje się w o wiele bardziej zagmatwaną i niebezpieczną intrygę...

Przyznam, że po pierwszym tomie „Bezdusznej” nie spodziewałam się większych zaskoczeń tymczasem w trakcie lektury śmiałam się niemalże w głos. Zwłaszcza, że oprócz wielce malowniczej Alexii nie zabrakło innych równie popisowych charakterów jak np. jej obydwie młodsze siostry, przyjaciółka Ivy o niecodziennym guście w kwestii nakryć głowy, wiekowy wampir lord Akeldama o aparycji przywodzącej skojarzenia z Eltonem Johnem, czy pocieszny lokaj Floote, zawsze pomocny profesor Lyall i oczywiście obiekt uczuć Alexii – Conall Maccon.  

Począwszy od „Bezdusznej”, przez „Bezimienną”, „Bezgrzeszną” po „Bezwzględną naprawdę ubawiłam się w trakcie lektury. Książki Gail Carriger czyta się lekko i przyjemnie, a tarapaty, w które raz po raz pakuje się Alexia z każdym tomem są coraz bardziej pomysłowe i obfitują w skandale obyczajowe, walki na śmierć i życie, ucieczki, pogonie, ciekawostki ze świata dziewiętnastowiecznej nauki i techniki, ataki mechanicznych biedronek i nieumartych jeżozwierzy, zabójcze imbryki, tajemnice z przeszłości i oczywiście celne ciosy parasolką, którą to bronią posługuje się Alexia.

Główna nuta tego cyklu jest oczywiście komediowa, a ofiarą poczucia humoru autorki najczęściej pada wiktoriańska obyczajowość, której absurdy umiejętnie wplata w przygody Alexii. Ja bawiłam się w trakcie czytania wybornie, więc nie sposób wystawić złą recenzję i polecam wszystkie cztery książki.
A dodatkowo znajdzie się w nich też coś dla wielbicielek mody - nader wylewne, ale nie męczące, opisy sukni i problemów, jakich mogą nastręczyć damie liczne warstwy odzieży – halki, gorsety, turniury i liczne guziczki. Uśmiech nasuwa się na samo wspomnienie. Naprawdę szczerze polecam


Autor: Gail Carriger
Tytuł: Beduszna / Bezimienna/ Bezgrzeszna / Bezwzględna
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka 2011/2012

niedziela, 4 marca 2012

Taką "magię" lubię

Skoro już weszłam na ścieżkę bałwochwalstwa, chętnie wystawię laurkę także kolejnemu cyklowi , który bardzo lubię (bo w ogóle cykle są wspaniałe jak telenowele) czyli przygodom Kate Daniels autorstwa pary pisarzy kryjących się pod pseudonimem Ilona Andrews, które według mnie są urban fantasy w najlepszym wydaniu. A poczynając od „Magia kąsa” poprzez „Magia parzy”, „Magia uderza” aż po „Magia krwawi” o wszystkich książkach z tej serii z ręką na sercu mogę powiedzieć, że są „fantastyczne”, w każdym znaczeniu tego słowa. 

Jeszcze zanim pierwsza Magia... trafiła w moje ręce, miałam okazję zobaczyć jej okładkę w internecie. Jak widać na załączonym obrazku mamy tu wizerunek dosyć buńczucznej dziewczyny w skórzanej kurtce, z mieczem w dłoni a obok niej lwa. Długo nie mogłam przetrawić faktu, że Fabryka Słów wydawnictwo, które cechuje niezwykła dbałość o stronę wizualną książek, wyda na świat tak kiczowaty koszmar. Tym bardziej dziwiło mnie to, że jest to oryginalna okładka z amerykańskiego wydania (bo z reguły tak wyglądają „oryginalne” pomysły polskich wydawnictw). Dziś po przeczytaniu czwartego tomu z serii spoglądam już na nią zupełnie inaczej, wręcz z uśmiechem i doskonale rozumiem zamiar autorów, który sprawia, że czytelnicy nie mogą mieć wątpliwości co do wyglądu i postawy Kate.

W „Magii” już od pierwszego tomu urzekły mnie przede wszystkim świetnie oddane realia i wiarygodnie nakreślony postcywilizacyjny świat, z tym, że zagłada cywilizacji nie wynikła tu z żadnej wielkiej wojny, a z "zalania" znanego nam świata magią . Przyszłość w której rozgrywa się akcja znacznie  różni się od często przedstawianych przez autorów science-fiction wizji świata zdominowanego przez technikę, tudzież falloutowego, postatomowego pejzażu. Wraz z pierwszymi stronami lektury trafiamy w rzeczywistość znajomą, niemal nie różniącą się wiele od współczesności, a jednak przeformułowaną i podporządkowaną innym zasadom, takim jak to, że paliwem samochodowym może być woda o ile tylko trwa przypływ magii, który z kolei blokuje działanie broni palnej (stąd nieodłączny miecz). Przyznam, że perspektywa przyszłych losów świata zanurzonego w magicznych oparach zrobiła na mnie wrażenie. Krajobraz futurystycznej Atlanty jest mroczny, tajemniczy i niezwykle pociągający - malownicze ruiny, magiczne budynki, a w szczególności parszywy Zaułek Jednorożca, zostały niezwykle plastycznie opisane. Ponadto świetne opisy architektury (choć na początku lekko nudzą, kiedy poznajemy poszczególne pomieszczenia z dokładnością koloru linoleum) budują atmosferę miasta fascynującego i niepokojącego niczym Gotham City.

Gama stworzeń magicznych które pojawiają się w Magii… pozornie nie zaskakuje. Trudno zliczyć ile razy pojawia się w fantastyce teza, że wilkołactwo i wampiryzm wywołane są wirusem, z kolei temat odwiecznej wojny między wilkołakami i wampirami zdaje się być wyeksploatowany do granic możliwości. A jednak nie tylko pojawienie się owych stworzeń, ale także ich charakterystyka i przypisywane im zdolności, choć pozornie oparte na popularnych motywach, w książce Ilony i Andrew Gordonów, jest nie tylko niestandardowe, ale także twórcze, przekonujące i intrygujące. Nie spodziewajmy się romantycznych wampirów, bo nie będzie tu nawet tych cynicznych i złych. W „Magii” są one po prostu wysuszonymi kreaturami, którym z czasem zanikły wszelkie ludzkie odruchy (i organy) opanowanymi rządzą krwi. Pozwala się im istnieć jedynie dlatego, że są sterowani przez  bezwzględnych nekromantów.

 We wszystkich tomach kluczową rolę odegra także Gromada zmiennokształtnych, do której bynajmniej nie należą tylko wilki, ale także niedźwiedzie, tygrysy, hieny itd. Gromada ta ma jednak jeden mankament – swojego przywódcę czyli okładkowego lwa Currana, który przez wszystkie cztery tomy będzie to romansował, to darł koty z Kate. Choć nieco przypomina to podstawówkowe podchody miłosne i tzw. ‘końskie zaloty”, nieustannie sprawiało, że kąciki moich ust unosiły się w uśmiechu.

 W tym towarzystwie dziwolągów pojawiają się również inne mitologiczne stwory, niestety najczęściej wrogie ludzkości, Atlancie i oczywiście Kate. I tak w pierwszym tomie spotkamy bliskiego naszej kulturze Strzygoni, który choć niezbyt poczciwy, jest dla słowiańskiej duszy miłym akcentem. A kolejnych tomach celtyckie potwory, hinduskie rakasze czy babilońską boginię chorób. Z każdym wrogiem walką będzie wyglądała jednak zupełnie inaczej, ale zapewniam będzie brutalna i krwawa.

Sama Kate swoją postawa przypomina czasem bardziej zbuntowaną 15-latkę niż 25-latkę. Początkowo jest to nawet nieco irytujące, ale z czasem zarówno ona sama jaki i jej cięte riposty stają się coraz zabawniejsze. Kate Daniels jest pewna siebie, bezczelna, wyszczekana i dosyć wyrywna, ale z każda kolejną stroną okazuje się coraz bardziej swojska.  Niczym Bruce Willis w Szklanej Pułapce, bywa, brudna, poturbowana, poharatana, ale ostatecznie jakoś jej się udaje przeżyć. Ma wszystkie cechy dobrego bohatera – jest samotną buntowniczką, stroni od systemu, lubi raz na jakiś czas strzelić sobie drinka,  nie jest ideałem, nie zawsze wszystko jej się udaje i choć na to nie wygląda, jest skłonna do wielkich poświęceń. Czego trzeba więcej aby kogoś polubić? 


Za każdym razem kiedy się z nią spotykamy Kate ma do rozwiązania krwawą zagadkę, która szybko przeradza się intrygujące śledztwo, a z każdą zdobytą przez nią informacją i z każdą poszlaką coraz bardziej angażuje i wciąga. Ponadto ciekawe jest wszystko co dzieje się w międzyczasie i przybliża czytelnikowi niezwykły świat w którym rozgrywa się fabuła m. in. sposób funkcjonowania Gildii dla której Kate pracuje, to jak działają przypływy magii, to jak żyją mieszkańcy Atlanty itd.

Z tomu na tom, poznajemy też tajemnicę pochodzenia Kate, która z każdą kolejną książką z pobocznego wątku wysuwała się coraz śmielej na pierwszy plan. Swoją drogą wraz z postępem fabuły bohaterka okazuje coraz więcej emocji, a nawet zaczyna angażować się uczuciowo, co choć dobrze o niej świadczy, na całe szczęście nie przesłania głównego wątku, czyli szukania złych stworów  i traktowania ich mieczem

I na koniec zacytuję sama siebie: Życie to nie bajka, jak to mawiają starsi ku przestrodze. Gdyby nią było świat byłby pełen magii oraz dwumetrowych, świetnie zbudowanych przystojniaków z wyraźnie zarysowaną szczęką, silnych, a do tego jeszcze błyskotliwych (co w prawdziwym świecie jakoś rzadko idzie w parze) i potrafiących się zmieniać w lwa. W takim świecie przydaje się cięty język i ironiczne poczucie humoru Kate Daniels, za które ją uwielbiam, a także umiejętność wywijania mieczem - nieodzowne gdy można spotkać mityczne, ale niekoniecznie bajkowe stworzenia. Niestety życie to nie bajka, ale dzięki parze autorów kryjących się pod pseudonimem Ilona Andrews można sobie chociaż pomarzyć…
 
Na całe szczęście kolejny tom – Magic Slays już ukazał się za oceanem i nie mogę się doczekać tłumaczenia  bo chociaż magia kąsa, parzy, uderza i krwawi, to nic przy tym jak mocno uzależnia.


Autor: Ilona Andrews
Tytuł: Magia kąsa/ Magia parzy/ Magia uderza/ Magia krwawi
Wydawnictwo: Fabryka Słów

czwartek, 1 marca 2012

Za co tak bardzo lubię Rafała W. Orkana?

Skoro już zaczęłam od tego, że odradzam Annę Kańtoch i to w dużej mierze za to, że nie zachwycała się "Głową w mur", watro by chyba napisać za co tak bałwochwalczo cenię autora tej książki czyli Rafała W. Orkana.


Już kiedy pierwszy raz zobaczyłam „Głową w mur” wiedziałam, że w środku będzie coś dobrego. A to oczywiście za sprawą jednej z najgenialniejszych okładek autorstwa Piotra Cieslińskiego, dzięki któremu książki wydawane prze Fabrykę Słów naprawdę mają niepowtarzalny klimat. Wiele razy oglądałam „Głową w mur” na półkach księgarni, ale jakoś długo nie kupowałam, bo zawsze miałam dużo do czytania i późniejszego recenzowania. W końcu dostałam „Głową w mur” pod choinkę, co jest raczej prezentem niestosownym na te radosne święta, ale cóż… Dzień, w którym ją wreszcie przeczytałam nastał w maju 2010 roku. Otworzyłam i od razu zapadłam się w Vakkerby jak w najczarniejsze i na domiar tego nieprzyjemnie lepkie bagno. Jak tylko skończyłam pobiegłam do księgarni po „Dzikiego mesjasza” i przeczytałam tak szybko jak było to tylko możliwe.


Wiecie jak to czasami jest kiedy widźmy coś totalnie obrzydliwego i z jednej strony wszystko co ludzkie wręcz krzyczy w nas „odwróć wzrok”, ale mimo to coś każe nam się gapić niczym w transie? Taaak, tak właśnie mam z książkami Orkana. Nie wiem jak on to robi, ale wszystko co opisuje choć wcześniej mi nie znane, doskonale kształtuje się w klarowny obraz w mojej wyobraźni. Nawet teraz kiedy sobie przypominam niektóre fragmenty to czuję ucisk w okolicach żołądka. Trochę z obrzydzenia, poczucia niesprawiedliwości i niezasłużonej krzywdy, z jakichś tłumionych lęków, bo z czego by innego?
       „Głową w mur” to trochę historia ostatniego jednorożca, ale zdecydowanie nie jest bajkowa. Mamy więc miasto, wielkie i podzielone strefy w których luzie żyją w zależności od statusu społecznego im wyższy tym i oni żyją wyżej, im gorszy tym niżej, aż na sam dół do Domeny Dzbana.
       I tu właśnie wprowadza nas Orkan na samo dno egzystencji polegającej na ciężkiej pracy za marne pieniądze, biedzie, brudzie i upodleniu, gdzie brutalność jest normą i jedynym sposobem na przetrwanie. Wie o tym Eyra, która walczy za pieniądze i wie o tym Byhtra najemny osiłek, a już na samym początku przekona się o tym Gebneh, w którego żyłach zamiast krwi płynie narkotyczny miód. Każde z nich zostanie przez ten podły świat wykorzystane i skrzywdzone, i każde  będzie poszukiwać swojej zemsty. Jak się okaże ta zemsta będzie czymś więcej niż prywatną vendettą, bo cała trójka stanie się wybrańcami, którzy staną na czele rewolucji społeczno-religijnej pod wodzą tajemniczego Trębacza. 
       Wątków jest tu oczywiście więcej jak choćby przywódcy rasistów Lebero, który stoi na czele tamtejszej Młodzieży Wszechpolskiej walczącej, a właściwie napadającej na bogu ducha winnych mutantów. Tych oczywiście w Vakkkerby nie brakuje. A Rafał potrafi je tak pięknie obrazowo opisać, że człowiek oddycha z ulga patrząc w lustro. Nawet jeśli wcześniej myślał, że wygląda tak sobie.
       Do tego wszystkiego dochodzi kolejna cecha prozy Orkana czyli doskonałe połączenie science fiction i fantasy. Jak sam mi to powiedział, swoje książki widzi właśnie jako połączenie gatunków czyli science-fantasy. W książkach przejawia się to w szczególności w postaci technomagów i ich niesamowitych, dziwnie organicznych maszyn i mutantów, które tworzą spajając technikę z żywymi organizmami za pomocą magii. Przy czym nie są to w żadnym razie sympatyczni ludzie, oj nie, nawet określenie „banda skurwysynów”, będzie dla nich pochlebstwem.

W drugiej części cyklu „Dziki mesjasz” już sam tytuł jest ujmujący, ale fabuła zasadniczo jest kontynuacją „Głową w mur”. Tu rewolucja rozpoczęta w  pierwszym tomie dochodzi do skutku, a do tego dochodzą Mazurbalańczycy, zaskakująca historia tego skąd w ogóle Vakkerby się wzięło i finalny Gan Eden – czyli nastanie „raju” w Domenie Dzbana. Oj dzieje się tu dużo. Dla mnie jedną z najbardziej pouczających jest historia Gebneha, któremu rzeczywiście udaje się zostać mesjaszem. Wspaniale pokazane szaleństwo władzy. I jeśli to wydawało się niemożliwe po przeczytani „Głową w mur” w „Dziekim mesjaszu” Rafał przebija sam siebie dozą plugastwa. Które mimochodem jakoś dziwnie kojarzy mi się z zastępami Zergów ze Star Crafta;]
Przeczytałam obydwie książki w jakiś szalonym ciągu i na pewno do nich wrócę, ale wolałbym poczekać jeszcze na trzecią cześć, zwłaszcza, że czytania zawsze mam sporo. W każdym razie, od kiedy przeczytałam książki Orkana każdemu je polecam zachwalam i wręcz zmuszam znajomych żeby przeczytali, a potem razem się zachwycamy jego geniuszem. Co najciekawsze zainteresował się nimi nawet tato jednego z moich kolegów co jest również dużą pochwała. A największą jest oczywiście głos Jacka Dukaja, który napisał o Rafale "ze słuchem językowym i oryginalną wyobraźnią zazwyczaj trzeba się po prostu urodzić - i nimi akurat wydaje się Orkan obdarzony". Aż chce sie powidzieć "tru"
 
Jeśli ktoś mógłby się obawiać, że z tego uwielbienia zacznę mu robić stalking, uspokajam. Chociaż jestem jego pschychofanką, mam całkiem udane życie społeczne i rodzinne, a mój mąż nawet dał się namówić, żeby pójść kiedyś ze mną na spotkanie autorskie, wiec nie jest chyba jeszcze aż tak źle.
Konkludując sport przemawia do mnie jako coś co trzeba robić, a nie oglądać, ale gdyby Rafał Orkan był drużyną piłkarską kupiłabym szalik z jej wyhaftowaną nazwą i darłabym się z innymi na stadionie (co wydaje mi się szczytem straty czasu i głupotą), bo tak bardzo lubię to, co pisze. Z duża dozą ekscytacji czekam na „Oblężone miasto” i mam nadzieję, że ukaże się ono w księgarniach jak najszybciej.

Autor: Rafał W. Orkan
Tytuł: Głową w mur/ Dziki mesjasz
Wydawnictwo: Fabryka Słów