sobota, 9 marca 2013

Pierwsza spowiedniczka

Nie do końca z okazji Dnia Kobiet, ale tak się złożyło, że wczoraj wieczorem skończyłam  czytać "Pierwszą Spowiedniczkę" Terrego Goodkindna, jak to już wcześniej wyznawałam mojego niegdyś ulubionego autora fantasy. Od kiedy otworzyłam tą książkę, moje myśli nieustannie biegły w stronę Terrego, a w mojej głowie coraz silniejsza stawała się analogia pomiędzy owym autorem, a moimi dotychczasowymi partnerami. Dlaczego? Cóż doszłam do wniosku, że moja relacja z Terrym wygląda tak, jak każdy związek z mężczyzną, w którym byłam zakochana - przebiega od totalnego zauroczenia, zachwytu i pragnienia poświęcenia każdej wolnej chwili obiektowi uczuć (w tym wypadku poświęcenie każdej chwili na czytanie) po coraz większe rozczarowanie, dostrzeganie coraz większej ilości irytujących mankamentów i wreszcie znudzenie przewidywalnością, zanikanie tajemnicy i całej niezwykłości, która towarzyszyła naszemu pierwszemu spotkaniu.


Można by więc spytać, dlaczego wciąż wyczekuję jego książek, kupuję je, czytam, dlaczego zajmują najważniejsze miejsce na mojej półce? Odpowiedź jest dość prosta - podobno nigdy nie zapomina się pierwszej miłości, a dla mnie tym właśnie jest "Pierwsze prawo magii". Zresztą proces odkochiwania się przychodzi przecież stopniowo, zaczyna się od jakieś słabszej książki, później zauważa się jakiś schemat, który autor wykorzystuje do znudzenia, jeszcze później dowiaduje się czegoś o osobistym życiu autora (dlatego wolę nie czytać biografii swoich ulubionych autorów, ani nie wnikać w to jakimi są ludźmi, bo najczęściej kończy się to głębokim rozczarowaniem daną osobą - najlepszy przykład Jacek Piekara) i któregoś dnia uświadamiam sobie, że gdybym spotkała Terrego w prawdziwym życiu to chyba byśmy się nie polubili.

Ale do rzeczy "Pierwsza Spowiedniczka" co nie jest żadną tajemnicą jest prequelem całego "Miecza Prawdy" i opowiada historię Magdy Searus - pierwszej spowiedniczki, o której nie raz mieliśmy okazję usłyszeć z ust Kahlan. Żeby było jeszcze ciekawiej Terry dodatkowo czyni ja żoną legendarnego czarodzieja wojny Barracusa, którego tropem przez cały cykl podąża Richard pragnący zrozumieć naturę swojego daru i ocalić Midlandy przed zgubą. Niestety "Pierwsza Spowiedniczka" zaczyna się od samobójstwa Barracusa, więc po raz kolejny jego wątek zostaje owiany aurą tajemnicy, którą stara się rozwikłać nie kto inny a właśnie jego młoda żona Magda. Nie jest to zadanie proste, bo akurat toczy się legendarna pierwsza wojna ze Starym Światem, a nawiedzający sny, są najnnowszą bronią wroga. I tutaj, nawiasem mówiąc, wszystko bardzo ładnie splata się z całym cyklem - poszukując remedium na ową broń całkiem sympatyczny Alric Rahl wymyśla znaną nam dobrze przysięge "Prowadź nas mistrzu Rahlu...". 

W każdym razie Magda Searus rozpoczyna śledztwo w wieży czarodziejów, co oczywiście też nie może być zbyt proste, bo jako, że trwa wojna, to wszędzie mogą czyhać szpiedzy, co chwila ktoś ginie w niewyjaśnionych okolicznościach i ogólnie nie można nikomu zaufać. Magda jest jednak, jak to bywa u Terrego, wspaniała, nieustępliwa, odważna i szlachetna, do tego stopnia, że pod względem charakteru staje się niemal nie do zniesienia. W końcu na swojej drodze spotyka bardzo przystojnego i niezwykle utalentowanego, równie szlachetnego co ona i dzielnego czarodzieja Merrita, który stanie u jej boku i razem będą walczyć, a jakże o to, aby odkryć prawdę przez duże "P".

Akcja toczy się przez cały czas w wieży i jej okolicach, a nasi bohaterowie, odkrywają coraz to nowe okropieństwa wymyślone przez wroga, równocześnie opanowując własne metody na pokonanie go. Wszystko to może byłoby nawet ciekawe gdyby nie ciągle dywagacje nad statusem społecznym Magdy, jej rolą obrończyni uciśnionych w radzie Midlandów, powtarzanie, że utrata statusu nie czyni jej "nikim" itd. Do znudzenia Terry tłoczy nam też to głowy swoje standardowe mądrości w duchu swojej ulubionej autorki Ayn Rand (zamierzam po nią sięgnąć, jak znajdę czas) o wartości życia i o tym, że jesteśmy kowalami własnego losu . Przy czym jeszcze każda postać ma do opowiedzenie swoją dygresyjną historię życia i tak jakoś "Pierwsza Spowiedniczka" z każdą stroną wytraca impet. Trochę lepiej robi się pod koniec, ale widać, że Terry mięknie a starość, bo nawet nie zaserwował czytelnikowi swojej standardowej porcji okrucieństw i perwersji. 

Podsumowując "Pierwsza Spowiedniczka" jest jedną z najsłabszych pozycji Goodkinda. Może nie jest tak słaba, jak "Reguła dziewiątek" (chociaż tam akcji było aż w nadmiarze;), ale plasuje się mniej więcej na poziomie beznadziejnego "Bezbronnego imperium". Latem w USA ukaże się kolejna część "Miecza Prawdy" czyli kontynuacja "Wróżebnej machiny" i raczej wątpię,  że Terry odzyska swoja dawną formę, ale z drugiej strony po "Bezbronnym Imperium" napisał całkiem niezłe zakończenie cyklu, więc kto wie? Ja i tak będę czekać...

środa, 20 lutego 2013

"Lód' właściwy

Czy lubicie wyobrażać sobie co by było gdyby? Cóż dla mnie jest to druga po czytaniu ulubiona rozrywka, chociaż obydwie są w gruncie rzeczy bardzo podobne. Czytanie to wszak wyobrażanie sobie tego, co ktoś już wcześniej wyobraził i spisał. Ten temat przewinął się ostatnio przez moje rozmowy ze Współgrmlinsem, któremu chciałam wytłumaczyć, że czytając książki poznaję ich autorów lepiej, niż można poznać kogokolwiek podczas rozmowy. Dzieje się tak dlatego, że w ten sposób spotykam ludzi inteligentnych, kreatywnych i o podobnych do moich poglądach. Ponadto jest to bardzo ekonomiczne, bo zamiast marnować czas na rozmowy z, dajmy na to, setką ludzi, z której może dwie osoby okażą się interesujące, ja od razu wchodzę w dialog z kimś, kogo według moich kryteriów warto poznać. A tak, owszem uważam, że nie każdego warto poznać, choć mój Współgremlins i to zachowanie uważa za niezbyt właściwe wierząc w to, że gatunek ludzki jest kopalnią samorodków;] Co najśmieszniejsze choć zawsze rozgłaszam, że ludzi nie cierpię (i najchętniej wyprowadziłabym się gdzieś poza cywilizację), nie ma tygodnia, żeby nie spotkała się z kimś z grona swoich znajomych, podczas gdy Współgrelnisowe grono jakoś się nie poszerza o cudowne odkrycia.

I znów przydługi wstęp, ale zrozumcie musiałam się rozkręcić przed przedstawieniem wam swojego nowego znajomego Benedykta Gierosławskiego. Benedykt, którego przez tysiąc i czterdzieści cztery strony "Lodu" jakoś nie udało mi się polubić. Ale do rzeczy!

Benedykta Gierosławskiego poznałam w tym samym dniu, w którym w jego brudnym i dusznym pokoju, w obskurnej kamienicy, w skutej lodem Warszawie w 1924 r. odwiedzają dwaj carscy urzędnicy. Każdy kto lubi historię już powinien zwietrzyć podstęp. Carscy urzędnicy w 1924 r.!? A no właśnie tak, bo wyobraźmy sobie razem z Jackiem Dukajem co by było gdy katastrofa tunguska z 1908 r. miała o wiele dalej idące konsekwencje niż trochę połamanych drzew...

Gdyby rzeczywiście było tak, jak chcieliby wierzyć wszyscy zwolennicy teorii spiskowych, że w Syberię uderzył statek kosmiczny, a ze statku wyszli kosmici i wtedy...No właśnie co wtedy? U Dukaja wszystko zamarzło, a w szczególności zamarzła historia.  Bowiem obcymi w jego opowieści są tak zwane lute, olbrzymie przemieszczające się lodowe sople, które od Syberii rozpoczęły swój marsz na zachód Europy. W Rosji nie obalono więc cara, nie wybuchła socjalistyczna rewolucja, nie miała miejsca pierwsza wojna światowa, Polska nie odzyskała niepodległości. A mimo to, nie brakował takich, którzy o ową niezależność walczyli, niestety w lodowych realiach wszyscy buntownicy trafili na Syberię, a wśród nich również ojciec Benedykta Filip Gierosławski.

Co się z ojcem stało? Tego Benedyk nie wie, ani nawet nie chce wiedzieć pogrążony w swym nędznym życiu, dopóki nie odwiedzają go już wspomniani urzędnicy. Czegóż mogą chcieć od matematyka hazardzisty? Ukarać go za grzechy ojca - to pierwsza myśl, jednak zwodnicza. Otóż Ministerjum Zimy chce posłać syna na poszukiwania zaginionego rodziciela, który  nazywany Ojcem Mrozem podobno żyje pośród lutych, rozmawia z nimi, a być może mógłby zostać negocjatorem pomiędzy carem a soplami. Benedykt oczywiście przyjmuje ową propozycję nie od odrzucenia, wsiada na pokład ekspresu transsyberyjskiego i wyrusza w podroż. i tu aż chciała by się dopisać "i tak zaczyna się jego wielka przygoda", ale niestety nie jest to książka Juliusza Verne.

Co w takim razie się zaczyna? Powiedziałabym, że po pierwsze wielka podróż w historię, bo choć historia w "Lodzie" nie potoczyła się w taki sposób, jak znamy z podręczników, to jednak z tych samych elementów została poukładana. Po drugie podróż w logikę, od płynnej prawdy i płynnego fałszu, po prawdy i nieprawdy zamarznięte, nieuniknione, wymrożone z chaosu charakterystycznego dla "lata". Po trzecie tak, jak w wielu poprzednich pracach Dukaja, powraca tu podróż bohatera do swojego stworzyciela. Znamy to m. in. z "Irrehaare", z "Córki łupieżcy", a najlepiej chyba z "Perfekcyjnej niedoskonałości". Ciekawi mnie czasem dlaczego Jacek Dukaj tak często zadaje sobie, swoim bohaterom, a wreszcie czytelnikom pytanie o to ile jest w nas nas samych, a ile rodzicielskiej inwencji. Czy rzeczywiście zostaliśmy stworzeni "na obraz i podobieństwo", a jeśli tak to czy naprawdę mozemy się temu przeciwstawić?
To już oczywiście są pytania, z którymi każdy czytelnik zostaje sam, a ja chciałabym jeszcze wrócić do swojej znajomości z panem Gie, jak zwykł nazywać Benedykt mój ulubiony charakter pan Czyngis Szczekielnikow. Człowiek ów został napisany tak, że sam siebie nie lubi i mnie się nie udało go polubić, uwięziony we własnym wstydzie, nałogowy hazardzista, jak to się mawia bez charakteru. O wiele łatwiej napisać postać, która czytelnik polubi, a tu nie, niestety nie dane czytelnikowi będzie znów wzrosnąć w cieniu bohatera jak to miało miejsce z Hieronimem Berbelkiem. Może dlatego tak kiepsko mi się "Lód" czytało? Trudno powiedzieć. A żeby już nie przedłużać skończę krótkim podsumowaniem "za" i "przeciw" dla "Lodu"

Za:
  • Są w "Lodzie" momenty prawdziwie genialne, a najlepszym z nich jest da mnie podrozdział "O prawdzie i o tym co prawdziwsze od prawdy". Ostatnie zdanie zostawiło we mnie takie odczucie, jakby wszystkie światła nagle zgasły. Ach!
  • Piękny język, waściwie stworzony na potrzeby książki.
  • Bohaterowie tacy jak panna Jelelna, Nikola Tesla, Szczekielnikow itd. odmalowani przez drobne gesty, miny, uśmiechy prawdziwi jak z krwi i kości.
  • Wspaniały portret atmosfery umysłowej początku XX wieku. Zaraz po "Lodzie" przeczytałam biografię Marii Skłodowskiej-Curie i zaiste był to czas niezwykłych postaci, wynalazków i odkryć co Dukaj doskonale opisał.
Przeciw:
  • Dłużyzny, dłużyzny i jeszcze raz dłużyzny! Powtarzane w kółko te same rozmowy, tak jakby czytelnik nie zrozumiał za pierwszym razem. 
  • Cała gama pobocznych bohaterów, w których nazwiskach, koneksjach i znaczeniu w końcu się pogubiłam, a  to nie lada wyczyn, bo akurat w tym jestem całkiem niezła.
  • Za dużo gadania za mało akcji. Po prostu
  • Własna czarna fizyka. Nie będę się wymądrzać, bo w fizyce orientuję się tak sobie, ale o ile tą istniejącą jeszcze pojmuję, to tą którą wymyślił Dukaj na potrzeby książki uważam za zbędną. Przeczytałam o niej tylko po to, żeby zapomnieć. Ponownie - szkoda papieru i wysiłku, bo według mnie to kolejna cegiełka dochodząca do potwornej listy dłużyzn.
  • Mało, mało, za mało science-fiction, za dużo cierpień młodego Benedykta;[

Podsumowując "Lód" poleciłabym wyłącznie osobom, które Dukaja już znają i cenią jego styl. Czytelnikom cierpliwym i pracowitym, którzy lubią się czegoś nauczyć przy okazji czytania książek. A wreszcie tym, którzy lubią filozoficzne, logiczne, fizyczne i historyczne gdybania. W innym wypadku nie da rady tego przeczytać.

wtorek, 12 lutego 2013

Wprowadzenie do zlodowacenia

Niejednokrotnie zwierzałam się, że czytam "Lód" Jacka Dukaja, jak również zapowiadałam, że jak tylko go przeczytam to napiszę co nim myślę. No i w końcu się stało, co prawda książka trafiła z powrotem na półkę już ze dwa tygodnie temu, ale jakoś do tej pory nie czułam weny do recenzowania. Dziś jednak pogoda wybitnie sprzyja lodowemu klimatowi. Za oknem wirują płatki śniegu, a mój widok z okna staje się coraz bielszy i coraz bardziej zamglony - w sam razy, żeby poczuć się jak w Irkucku, w sercu zimy.

Zanim jednak przejdę konkretnie do "Lodu" chciałabym poświecić kilka akapitów na rzewne wspomnienia opisujące moją znajomość z panem Jackiem Dukajem. Wszystko zaczęło się nomen-onem w lutym, jest to bowiem miesiąc moich urodzin w związku z czym na ogół dostaję w owym okresie sporo książek. Jakieś trzy lata temu znalazły się wśród nich "Inne pieśni". Był to dość dziwny prezent, bo trafił do mnie z ostrzeżeniem, że "przez pierwsze 70 stron będzie ciężko, ale potem już zajebiście, więc nie powinnam się poddawać". zmuszanie się do czytania książek uważam za coś strasznego. Raz w życiu zrobiłam to w liceum z "Lordem Jimem" i do dziś żałuję.Czułam się tak, jakby mój mózg został przepuszczony przez magiel...


Tymczasem z "Innymi pieśniami" wyszło jakoś tak, że akurat chciałam poczytać coś Gombrowicza,  otwieram więc swój urodzinowy prezent a tu proszę, dokładnie to czego szukałam czyli gombrowiczowski cytat! Zaczęłam czytać i nie poczułam żadnego oporu materii, żadnego zgrzytu, a czyste zaskoczenie finezją tej książki. Przeczytałam ją bodajże w tydzień, a po jej zamknięciu po raz pierwszy w życiu nie wiedziałam co mam myśleć. Ta książka była dla mnie jak meteor, który uderza w planetę i całkowicie wytraca ją z orbity, na którą chyba nigdy już nie wróciłam. W końcu doszłam też do zrozumienia, że Dukaj swoją prozą po prostu zmienił wtedy granice mojej wyobraźni. W moejej opinii jest to po prostu genialna książka i uważam, że "Inne pieśni" to najlepsza pozycja na początek przygody z Dukajem. Dlaczego? O tym za chwilkę.


Mój dukajowski numer dwa to "Córka łupieżcy". Krótka książeczka o córce, a jakże łupieżcy, bardzo fajna i też niezła na rozgrzewkę.  Później była "Perfekcyjna niedoskonałość", o której już pisałam tutaj, i to przy tej książce zrozumiałam, co znaczyło ostrzeżenie mojego przyjaciela, żeby nie zrażać się po pierwszych stronach książki.


Ten sam przyjaciel od którego dostałam pierwszą książkę Dukaja zachęcił mnie, żebym przeczytała "Irrehaare", więc przeczytałam, a potem już poszło i tak tego lata wreszcie skończyłam "W kraju niewiernych". Co najciekawsze kupiłam sobie "W kraju niewiernych" zaraz po tym jak skończyłam "Inne pieśni", ale jakoś ciągle nie byłam w nastroju, żeby po nie sięgnąć. Czasem potrzeba jednak zachęty. W każdym razie jest to naprawdę świetny zbiór z legendarną "Katedrą" (tak, tak wstyd mi za to, że zabrałam się za nią tak późno) i opowiadaniem, które dotychczas jest moim ulubionym czyli "Iacte". Obca planeta, wyśniony Indianin tropiciel, potworni tubylcy, wampir, kobieta jak to połączenie jest możliwe? Cóż tylko w prozie Dukaja. Jak dla mnie 3x wow! Zresztą "W kraju niewiernych" to też całkiem niezła pozycja, żeby zacząć swoją czytelniczą przygodę z błyskotliwą wyobraźnią pana Jacka.


No i wreszcie "Lód", który topniał w moich rękach przez dwa lata. Dlaczego tak długo? Otóż dlatego, że strasznie trudno się w niego wmrozić. Kiedy dowiedziałam się, że "Inne pieśni" w pierwotnej wersji były dłuższe, bardzo żałowałam, że czytelnikom nie dane było poznać całości, ale po przeczytaniu "Lodu" zrozumiałam, że okrajanie książek w przypadku Dukaja jest zdecydowanie błogosławieństwem, a nie, jak mniemałam, przekleństwem. To samo można by zapewne powiedzieć również o niniejszym poście. Wyszedł rozwleczony na potęgę, dlatego dokończę temat w następnym wpisie. CDN

sobota, 2 lutego 2013

Atlas chmur

Wczoraj po raz kolejny obejrzałam "Atlas chmur" i nie wiem jak to możliwe, ale choć zachwycił mnie już za pierwszym razem, to tym razem urzekł mnie jeszcze bardziej.  Co więcej na pewno nie był to ostatni raz kiedy oglądałam ten film i nie znudziłby mi się chyba nawet wówczas, gdybym miała go oglądać codziennie, bo będąc zupełnie szczera przyznam, że jest to jeden z najpiękniejszych filmów, jakie dotychczas widziałam.


Czytałam zarzuty wobec "Atlasu chmur", że jest banalny i naiwny, że swoim wydźwiękiem przypomina książki Paulo Coelho (tak, tak, ale ja go przecież lubię;), że to wszystko to już było i tak dalej, i tak dalej... Nawet jestem w stanie zrozumieć tą krytykę, ale absolutnie nie podzielam, ani jednego z tych pełnych cynizmu zdań. Dlaczego? Cóż... do kina chodzi wszak po magię i pod tym względem rodzeństwo Wachowskich absolutnie mnie zachwyciło.

Film dokładnie tak jak podaje jego opis opowiada o tym, jak życie i zachowanie jednej osoby może wpłynąć na losy świata i choć bardzo chciałabym napisać wam więcej, to po prostu byłby to z mojej strony wyjątkowo podły spoiler.

Czy jest to film o reinkarnacji? Ponieważ jestem niewierząca ten aspekt filmu nie był dla mnie najważniejszy, ale rzeczywiście jest on mocno wyeksponowany. Z drugiej strony jestem przekonana o tym, że każdy zły czy dobry uczynek w jakiś sposób do nas wraca i dlatego jak najbardziej trafia do mnie ta część przesłania zawartego w "Atlasie", według którego wszystko co robimy ma znaczenie, a nasze życie wpływa na życie innych ludzi w zupełnie nieprzewidywalny sposób.


W "Atlasie" tak naprawdę przeplata się sześć historii, ale każda z nich w jakiś sposób nawiązuje do kolejnej, właśnie w odniesieniu do owego karmicznego przekonania. I tak młody muzyk Robert Frobisher w 1936 r. czyta pamiętniki Adam Ewinga, prawnika, który opisuje swoją podróż morską przez Pacyfik 1 849 r., dziennikarka Luisa Ray w 1973 r. czyta listy, które Robert wymieniał z Rufusem Sixthmithem i słucha skomponowanego przez niego sekstetu, Sonmi-451 w odległej przyszłości ogląda z kolei "Upiorną Udrękę Timothy'ego Cavendisha" który to w jest bohaterem kolejnej historii, a zarazem pisarzem, a wreszcie w postapokaliptycznej przyszłości Zachry i Meronym docierają do miejsca, w którym zakończyła się historia Sonmi. 


Wiem, wiem, jeśli nie oglądało się filmu to wszystko brzmi jak koszmarnie pogmatwana historia, ale "Atlas" jest jedną z tych opowieści, które na początku wydają się pozbawione jakiegokolwiek sensu, ale kiedy wreszcie wszystkie wątki zaczynają się splatać, wtedy właśnie objawia się piękno opowiedzianej w nim historii. Jednak piękno idei nie jest tu jedynym, bo film zrealizowany jest z mistrzowską dbałością o estetykę. Wachowscy w  "Atlasie chmur" celebrują sztukę reżyserską prowadząc równolegle sześć historii i dozując napięcie w taki sposób, że każda z nich, choćby na początku wydawała się zupełnie nieciekawa, nagle staje się wręcz intrygująca. A skoro już się rozpływam, to dodam jeszcze, że matrixowe rodzeństwo wspaniale potrafi łączyć zmysłowe odczucia co widać choćby w tym jak słowa przechodzą w obrazy - jedna ze scen kończy się słowem "drzwi", kolejną otwiera obraz otwierającej się bramy itp. itd. No i oczywiście  warstwie wizualnej towarzyszy przepiękna muzyka!

W "Atlasie" przewijają się wszystkie wątki charakterystyczne dla rodzeństwa Wachowskich czyli rozwój cywilizacyjny, który zmierza do zagłady, rządy i korporacje, które jak to pięknie ujęła w jednej ze scen Halle Berry chcą po prostu "więcej" nie oglądając się na żadne konsekwencje, traktowanie ludzi jak maszyn/baterii/rzeczy. I tak jak poprzednio wszystko to kumuluje się doprowadzając do rewolucji, która, a jakżeby inaczej, ma swoich wybrańców.


Myślę, że w różnych etapach swojego życia  inaczej odbieramy filmy, ale też znajdujemy w nich to czego szukamy. Dla mnie "Atlas" jest filmem o tym, że to właśnie jednostka zmienia historię i że wszystko jest możliwe. Podejrzewam, że dla wielu osób porównanie, które zaraz uczynię będzie strzałem kulą w płot, ale jednak mi "Atlas chmur" najbardziej kojarzy się ze "Skandalistą Larrym Filntem" Milosa Formana. Dlaczego akurat ten film? Cóż ponieważ dla mnie najważniejszą lekcją, jak daje nam Larry Flint jest właśnie to, że można w życiu robić wszystko co się zamierzy i że warto walczyć o wolność, ale niestety ma to swoją cenę. Mam tu na myśli zwłaszcza drugą połowę filmu, w której bohater ze zszarganymi nerwami, na wózku inwalidzkim wciąż musi pojawiać się na sali sądowej. Bo wszak jako pierwszy złamał on zasady przyzwoitości, które dziś mogę wydawać nam się śmieszne, ale jak mówi Sonmi wszelkie granice to tylko konwencje ustalone przez ludzi i a z ideami niestety nie można walczyć inaczej niż stawiając czoła tym, którzy je reprezentują.

Warto też podkreślić, że każdy z aktorów występujący w Atlasie, gra równocześnie kilka różnych ról, co bez wątpienia pozawala im pokazać prawdziwy kunszt tego zawodu, ale też jest prawdziwym popisem sztuki charakteryzacji!

Jeśli jeszcze nie widzieliście filmu to naprawdę polecam to nadrobić.


Jak tylko będę miała trochę więcej czasu zabieram się za książkę, a do posłuchania zostawiam, wam tytułowy sekstet


poniedziałek, 28 stycznia 2013

Krwawe tango z Dijango

Dzisiaj nie będę się rozwlekać. W miniony weekend byliśmy na "Dijango" Quentina Tarantino i oto moja zwięzła recenzja - film jest świetny i naprawdę warto go zobaczyć. Dlaczego? Otóż dlatego, że znajdziemy tu wszystko za co kocha się Tarantino - niesztampowe zwroty akcji, porządną dawkę poetycko sfilmowanej przemocy, wyraziste postacie obdarzone odpowiednią dozą autoironii i oczywiście świetne dialogi, ale nie tylko...


Akcja w "Django" toczy się wartko, duet Jamie Foxx i Christoph Waltz, gra popisowo, co chwila następuje jakiś przezabawny moment, wrogowie giną spektakularną śmiercią i aż się chce bić brawo kiedy złe białasy dostają baty od tytułowego bohatera, ale to zaledwie werzchnia warstwa fabuły. Bo oprócz dobrej zabawy po wyjściu z kina zostaje w głowie refleksja nad tym, czym właściwie było niewolnictwo. Historia tytułowego Django, nie należy do najweselszych i choć w filmie ma on okazję do walki o przysłowiowe "swoje", to chyba każdy widz z odrobiną wyobraźni uświadomi sobie, że żaden czarny niewolnik takiej możliwości nigdy nie miał. I tak (przynajmniej w moim odczuciu) Tarnatino w zupełnie genialny sposób połączył trudny historyczny temat z bezpardonowym produktem kultury popularnej. Brawo!

W każdym razie przypadku "Django" nie uznałabym za nietrafne określenie go mianem filmu historycznego. Może to i lekkie nadużycie, ale mimo iż cała historia jest zmyślona, to jednak realia amerykańskiego południa sprzed wojny secesyjnej zostały tu doskonale oddane, a los niewolnika opowiedziany przez pryzmat historii tytułowego bohatera, choć momentami  totalnie przegięty, jest jednak przejmujący. Bo Ameryka to w istocie rzeczy wspaniały kraj, tyle że, choć mało kto się nad tym zastanawia, zbudowany na trzech filarach będących totalnym zaprzeczeniem idei równości i demokracji. Mam tu oczywiście na myśli wymordowanie pierwotnych mieszkańców kontynentu czyli Indian, trwające stulecia niewolnictwo czarnych i ich późniejszą dyskryminację, a wreszcie wyzysk imigrantów, który trwa zresztą po dziś dzień (z tym, że dotyczy przede wszystkim mieszkańców Ameryki Łacińskiej, a nie jak dawniej europejczyków, którzy wędrowali za ocean w poszukiwaniu lepszego losu).

Z tą myślą dorzucam trailer i serdecznie zachęcam do wybrania się do kina.


A na samym końcu dodam, ze marzyło by mi się coś takiego z historią Polski w tle! Tak na ten przykład, żeby ktoś się pokusił o zrobienie filmu o Polaku zesłanym na Sybir, który rzuca wyzwanie złym Rosjanom, tylko oczywiście, żeby ten Polak nie deklamował cytatów z "Pana Tadeusza", nie płakał nad okupowaną ojczyzną, nie całował krzyży itd. Motyw literacki do adaptacji na pewno by się znalazł, ale znając nasz talent na pewno wyszedł by z tego płaczliwy film bez happy endu...

niedziela, 20 stycznia 2013

Apokalipsa na rzecz ekologii

Mam czasem takie wrażenie, że im więcej chciałabym napisać, tym trudniej ubrać mi swoje myśli w słowa. Nic tu jednak nie zamieszczałam ostatnimi czasy dlatego, że zgodnie ze swoim noworocznym postanowieniem dokańczania zaległych lektur czytam ostatnio dukajowski "Lód". W myślach już nawet piszę długi i nudny post o swoim uwielbieniu dla owego autora, ale tymczasem zatrzymałam się na ostatniej części książki i pamiętając z doświadczenia, że u Dukaja najlepsze zawsze jest pod koniec nie chcę więc rzucić się na ten deser jak wygłodniałe dziecko, a delektować się nim w odpowiedniej atmosferze. Do tego jednak potrzeba czau i spokoju, bo "Lód" pod wszystkimi możliwymi względami nie jest lekką lekturą (zwłaszcza wagowo). 

W pewnym sensie czytanie kilku książek jest dla mnie niechlujne, ale "Lodu" do torebki nie włożę, w autobusie nie mogłabym się skupić i nie jest to dobra książka na podczytywanie w przerwach miedzy rozmaitymi codziennym zajęciami. Zawsze jednak muszę mieć jakąś książkę przy sobie i tak wreszcie mój wybór padł na pozycję, którą już od jakiegoś czasu chciałam sobie kupić, a tymczasem znalazłam ją w miejskiej bibliotece. Mowa o "Oryksie i Derkaczu" kanadyjskiej autorki Margaret Atwood, którą przeczytałam w przerwie od "Lodu" i jestem nią absolutnie oczarowana.

Prawdziwą sztuką jest bowiem napisać w prosty i zrozumiały sposób książkę, która zarazem porywa swoją fabułą i jest nasycona głębią, a tak dokładnie jest w przypadku "Oryksa i Derkacza".


Jak wskazuje tytuł posta akcja powieści toczy się w posapokaliptycznym świecie, a konkretnie na wschodnim wybrzeżu USA, gdzie wegetuje ocalała istota o imieniu Yeti. Ponieważ mniej więcej widziałam o czym będzie opowiadać książka na początku w ogóle nie podejrzewałam go o to, że jest człowiekiem. Raczej spodziewałam się, że to jedno ze zmutowanych stworzeń, które przetrwało zagładę. Tymczasem jest wręcz odwrotnie i to właśnie Yeti, a raczej Jimmy  wracając wspomnieniami do historii swojego życia opowiada czytelnikowi o tym jak doszło do zagłady ludzkości. Z początku ta podróż w pamięci była dla mnie o wiele ciekawsza, niż równoległy wątek fizycznej podróży bohatera do ośrodka badań naukowych w którym zaczęła się apokalipsa, ale z czasem obydwie stały się równie intrygujące.

Yeti/Jimmy urodził w rodzinie naukowców pracujących dla jednej z medyczno-genetycznych korporacji, które rządzą światem przyszłości. Wychował się w tzw. "kompleksie" czyli jednej z wielu podobnych enklaw dla zamożnej klasy średniej. W świecie, w którym żył Jimmy  klimatyczne zmiany sprawiły, że rozpuszczone lodowce zatopiły część kontynentów, pogoda jest całkowicie nieprzewidywalna, przeludniony glob boryka się z coraz większymi problemami demograficznymi, a wielkie miasta nazywane są plebsopoliami i tym właśnie są. W uniwersum "Oryks i Derkacza" luksusem jest jedzenie prawdziwego mięsa, a z drugiej strony technologie genetyczne są na takim poziomie, że pozwalają wszystkim których na to stać na wyhodowanie sobie dodatkowych organów, wszelkie możliwe modyfikacje ciała, a nawet posiadanie dzieci zaprogramowanych na urodę, inteligencję i wszystkie cechy charakteru o jakich zamarzy się rodzicom.

Jimmy niestety jest, jak mówi sam o sobie, "człowiekiem słów", co czyni go zdecydowanie mniej wartościowym w świecie, gdzie największe zyski czerpie się z odkryć nauk ścisłych. Przeciwnie rzecz się ma z jego najlepszym przyjacielem nazywanym Derkaczem, który już od dzieciństwa przejawiał wybitny talent w zakresie nauk przyrodniczych dzięki czemu Jimmy, a zarazem i czytelnik ma szansę na zapoznanie się z najrozmaitszymi mutacjami, które wymyśla się dla zysku. Już wiemy, że rzecz nie skończy się happy endem dla ludzkości, ale więcej nie zdradzę, bo prawdziwa przyjemność ma polegać przecież na tym, aby czytelnik sam niczym z puzzli poskładał tą historię i zrozumiał dlaczego Jimmy stał się Yetim i dlaczego świat, w którym żył został zniszczony.

Niestety nie czytałam jeszcze "Drogi" Cormaca McCarthy'ego, ale jeśli film jest dobrą ekranizacją, to myślę, że wydźwięk powieści Atwood jest bardzo podobny. Dlaczego wizja McCarthy'ego jest podobna do wizji Atwood? Otóż dlatego, że w apokalipsie nie ma tu niestety nic radosnego, choć zarazem jest ona w pewien sposób poetycka. Nie wiem czy każdy z nas marzy o tym, aby zostać jedynym ocalałym z kataklizmu, ale wiem, że na pewno nie tylko ja lubię to sobie czasem wyobrażać. W swoich wizjach jestem zazwyczaj zadowolona z tego stanu rzeczy, tymczasem ani oglądając "The Road", ani czytając "Oryks i Derkacza" nie chciałaby się zamienić na miejsca z głównymi bohaterami.

 "Oryks i Derkacz" kończy się nie dając czytelnikowi odpowiedzi na pytanie "I co będzie dalej?", wręcz przeciwnie zostawia go z niepewnością, lękiem i nową porcją pytań, z których najgorsze jest to dotyczące natury ludzkiej. W moim odbiorze to pytanie jest banalne i brzmi - czy my, ludzie jesteśmy potworami? Czy potrafimy tylko niszczyć wszystko, co napotkamy? Podporządkowywać sobie każdą napotkaną istotę? A wreszcie czy jesteśmy aż tak pełni pychy w swoim antropocentrycznie, żeby nie tylko wymyślać bogów na kształt człowieka, ale też przypisywać sobie boskie prawa do ingerencji w środowisko naturalne?

I jeszcze jedna ważna uwaga - chociaż Margaret Atwood pisze o przyszłości, to cały opis futurystycznego świata jest doskonałą i wcale nie zakamuflowaną krytyką współczesności - dehumanizujących technologii, użytkowego traktowania przyrody przez ludzi, patologicznych rozrywek, którym się oddajemy, operacji plastycznych, kuracji odmładzających i całego w gruncie rzeczy żałosnego dążenia do zachowania doskonałości ciała przy równoczesnej ignorancji rozwoju duchowego. Książka na pewno przypadnie do gustu wszystkim, którzy są proekologicznie nastawieni (pewnie dlatego tak mi się spodobała), ale niestety jest też doskonałą wodą na młyn przeciwników GMO (z reguły nie mających bladego pojęcia o biologii) i w ogóle postępu w nauce. Na marginesie dodam tylko, że prawdziwe nastawienie proekologiczne przejawia się w czynach, a nie w pustych deklaracjach "stop GMO" i wszystkich protestujących chciałabym spytać czy oprócz wklejania na swoje fejsbukowe ściany memów rzeczywiście robią coś dla środowiska? Czy tylko krzyczą głośno, kiedy jest to na topie?

W każdym razie książka naprawdę daje do myślenia i polecam ją wszystkim, którzy jeszcze nie czytali, tymczasem ja w najbliższym czasie wybieram się do biblioteki po dziejący  się w tych samych okolicznościach "Rok potopu", a jak zacznę, to pewnie znów nie skończę czytać "Lodu";]

poniedziałek, 7 stycznia 2013

Wielkie gotowanie z Richardem Wranghamem

Wśród moich ostatnich lektur dominują kryminały. Nie czytam jednak nic szwedzkiego ani modnego, a różne starocie zawarte w książkach o pożółkłych kartkach i wysłużonych okładkach. Nie robiłabym tego zapewne gdyby nie to, że muszę zdać egzamin z "Literatury sensacyjnej" na filologii polskiej, a żeby go zdać trzeba czytać właśnie kryminały. Wydawać by się mogło, że studia polegające na czytaniu książek to coś w sam raz dla mnie, a jednak nie. Na dobrą sprawę jest to jednak nudne, a wszystkie te kryminały są strasznie do siebie podobne. Doszłam wręcz do tego, że w połowie książki odechciewa mi się czytać i coraz częściej kusi minie, żeby po prostu zajrzeć na koniec i sprawdzić czy słusznie odgadłam "kto zabił".

W kazdym razie w opozycji do kryminałów z wielką z przyjemnością sięgnęłam po książkę z zakresu antropologii fizycznej (moja specjalizacja to antropologia kulturowa) a mianowicie "Cathing fire. How cooking made us human"/"Walkę o ogień" Richarda Wranghama.


Za sprawą tej książki bardzo szybko pożegnałam się ze swoim noworocznym postanowieniem, żeby jeść mniej mięsa. I to nie dlatego, że autor smakowicie opisuje zalety mięsnych posiłków, wręcz przeciwnie od opisów chemii trawienia biełek, apetyt nie wzrasta, jednak Wrangham tak dobrze opisuje zalety wynalazku gotowania, że nie sposób się im oprzeć. I tak nastawiłam bulion z przeznaczeniem na zupę pomidorową, nabyłam kurze udka, które zamarynowałam w ziołach, a następnie upiekła na "wolnym ogniu" (czyli niskiej temperaturze piekarnika) ułożone na marchewkach i obłożone cienkimi płatkami pietruszki i selera (wspaniale się przypiekają), do tego jeszcze zakupiłam kiszoną kapustę, z której zrobiłam bigos z dużą ilością własnoręcznie zebranych grzybów. A na tym nie koniec bo z dojrzałych bananów, upiekłam bananowo-orzechowe muffiny (Mój ulubiony i sprawdzony przepis).





Mam nadzieję, że narobiłam wam apetytu na jedzenie i gotowanie, a teraz postaram się was zachęcić do przeczytania książki Wranghama. Niektórzy z nas lubią gotować, bawić się  poszukiwaniem nowych smaków, mieszać w garnkach, a nawet tworzyć z jedzenia małe dzieła sztuki. Inni przeciwnie, uważają to zajęcie za pracochłonne, nudne, a przede wszystkim za stratę czasu, jak to kiedyś powiedziała moja koleżanka - "w życiu są lepsze zajęcia niż obieranie marchewek". A jednak gdyby przeczytała "Walkę o ogień" zrozumiałaby w jak wielkim błędzie się znalazła, ba! może nawet zbłądziła w procesie własnej ewolucji! Dlaczego? Otóż dlatego, że w bardzo dużym uproszczeniu główną tezą książki brytyjskiego antropologa jest to, że wyszliśmy z etapu zwierzęcości i staliśmy się ludźmi dzięki temu, że posiedliśmy sztukę gotowania.

Dlaczego to właśnie gotowanie uczyniło nas ludźmi? Otóż, według Wranghama przede wszystkim pożywienie poddane przeróbce termicznej jest bardziej kaloryczne, łatwiej przyswajalne i zdrowsze (gotowanie niweluje niektóre z toksyn i zabija bakterie) niż surowe jedzenie. Jedząc posiłki gotowane nasi przodkowie mogli poświęcić mniej energii na kosztowny proces trawienia, a więcej, na równie kosztowną pracę mózgu. Dobrze odżywiony mózg pomagał w skuteczniejszym zdobywaniu pożywienia, a lepiej odżywione ciało było zdrowsze, silniejsze, służyło dłużej no i oczywiście stopniowo powiększało objętość mózgu.

Na tym jednak nie koniec, bo zaczynając od ust, a kończąc na okrężnicy cały nasz układ pokarmowy przystosował się przez wieki do gotowanych posiłków. Naszymi ustami i zębami trudno byłoby raczej wyszarpać kawał mięsa z potencjalnej ofiary, żołądek mamy stosunkowo mały do całej budowy ciała, a do tego dość łatwo nas struć.

Badając naczelne Wrangham postanowił spróbować małpiej diety. Wielkie to poświęcenie dla nauki, ale jakże "owocne" - okazało się bowiem, że większość z tego co jedzą małpy, jest dla ludzi niejadalna, jeśli nie ze względu na toksyczność, to ze względu na smak. Poza tym małpia dieta jest pełna błonnika, którego człowiek nie trawi i tak, żeby się najeść z naszymi przodkami, trzeba by zjeść dziennie parę kilo owoców. Nie mam tu na myśli oczywisćie anorektycznej modelki, a dorosłego mężczyznę. Nie wspominając już o tym, że taka dieta dość szybko przechodzi przez nasz układ pokarmowy i brzuch szybko by zaburczał "jeść!".

Ale gotowanie zmieniło nas nie tylko fizycznie, ale także kulturowo. Jak? Ano tak, że kobiety zbierające bulwy i mężczyźni polujący na mięso zaczęli działać wspólnie, aby nie być głodnymi i tak wytworzyła się zależność, która trwa do dziś i nazywa się "małżeństwo". Ale tutaj oczywiście upraszczam, a Wrnagham opisuje ów proces o niebo ciekawiej powołując się i na scenki z życia małp i na dowody z życia "dzikich" plemion. W każdym razie odpowiada bardzo ciekawie i wyjawia m. in. dlaczego bicie żony za to, że "zupa była za słona" jest zachowaniem przejawiającym się na całym świecie i dopiero niedawno stało się bulwersujące.

Jeśli wasz brzuch jakoś to wszystko wytrzymał, to zachęcam i do gotowania i do przeczytania książki Richarda Wranghama, a jeśli chcielibyście poczytać kiedy odkryliśmy ogień polecam niniejszy ARTYKUŁ.