środa, 20 kwietnia 2016

"If I was a story..." - książki, które istnieją tylko w mojej głowie

Wiem, wiem, znów nic nie napisałam od 10 miesięcy, a nawet nie wiecie jak bardzo o tym marzę. Jak zwykle mam wiele do powiedzenia, sporo do przynudzania i straszne zaległości.Najdziwniejsze jest jednak to, że im mniej piszę tym więcej wejść pokazuje się na blogu - jak mniemam to wina mojego stylu. Ludzie wchodzą tu tylko po to, żeby sprawdzić czy nadal nic nie napisałam, żeby sobie odetchnąć z ulgą:) I teraz Was mam! Ale żeby nie było do końca uczciwie, chciałbym pokazać Wam trochę tego, czym zajmuję się w pracy. Gotowi? Zapraszam:

Ludzi bez wątpienia można określić jako gatunek narracyjny. Uwielbiamy historie - już w dzieciństwie z fascynacją słuchamy bajek czytanych przez rodziców, a z czasem sami zaczynamy poszukiwać nowych opowieści w książkach, komiksach czy filmach.  Alan Moore znany choćby z komiksu “V jak Vendetta” zauważył w jednym z wywiadów, że nawet swoje życie wyobrażamy sobie jako opowieść, a wydarzenia możemy przeglądać w nim niczym na filmie - przewijając do odpowiedniego momentu.
Nasz umysł jest już tak skonstruowany, że mamy nieodparty pociąg do fabularyzacji. Nie zdarzyło Wam się np. nigdy wymyślać życiorysów przypadkowo napotkanym osobom? Albo dopowiadać sobie historie do oglądanych zdjęć? Właśnie na założeniu, że nasz umysł podpowiada nam historię do widzianych obrazów - opiera się słynny test Rorschacha. Ponoć to, co zobaczymy w plamach atramentu może pokazać naszą osobowość, a może tylko potęgę wyobraźni?
W swojej codziennej pracy w PIXERS mam styczność z ogromną ilością zdjęć i wzorów, które mi - fance bujania w obłokach od razu podpowiadają różne dziwne treści. Tak zrodził się pomysł, żeby pokazać jak nasza wyobraźnia dopowiada sobie historie do widzianych obrazów i z wzorów stokowych zrobić okładki nieistniejących książek. 
Fajnie jest pracować z utalentowanym ludźmi, którzy rozumieją o co Wam chodzi. Autorka tych pięknych okładek na co dzień pracuje jako grafik i co ciekawe, zrobiła je dokładnie tak, jak je sobie wyobraziłam - pewnie zna jakieś triki z czytaniem w myślach/skanowaniem mózgu.

A więc posłuchajcie trochę bajek:

buzz_1.jpg

Ten wzór od razu skojarzył mi się z samotnością. Wyobraziłam sobie słonia, który został sam na planecie z powodu katastrofy nuklearnej. Podróżuje sobie na chmurze radioaktywnego pyłu i liczy na to, że spotka bratnią duszę.. i stąd tytuł Atomic Elephant.

buzz_2.jpg

Ten wzór, jak fototapeta, może doskonale nadać wnętrzu głębi, ale sam w sobie ma coś mrocznego, co przywiodło mi na myśl skojarzenia ze “Smętarzem dla zwierzaków” Stephena Kinga. Tą opowieść zatytułowałabym  In the dark, dark forrest, a historię wymyśliłam tak: Rodzina przeprowadza się nowej miejscowości, która w świetle dnia bardzo malownicza, ale szybko odkrywają, że po zmierzchu nikt nie opuszcza domu. Kiedy córka nie wraca na noc do domu – rodzice ruszają na poszukiwania do otaczającego miasteczko lasu…

buzz_3.jpg

Jestem fanką science-fiction, wiec patrząc na to zdjęcie nie mogłam się oprzeć myśli o gatunku inteligentnych maszyn, które ulegają iluzji, że są ludźmi. Sama koncepcja może przywodzić namyśl serial Battlestar Galatica, ale widziałabym tą fabułę w bardziej steampunkowej oprawie. Tą historię zatytułowałabym Robotomy

buzz_4.jpg

Ostatnio zawrotną karierę robią zombie, jednak w większości historii stanowią bezmyślną masę głodnych morderców. A gdyby tak odwrócić sytuację i t zombie byłoby zwierzyną a ludzie łowcami. Historię Soul Hunter widzę tak: w wyniku mutacji genetycznej, niektórzy ludzie po śmierci ożywają, nie są jednak ani krwiożerczy, ani niebezpieczni. okazuj się natomiast, że ich DNA jest bardzo cenione przez firmy biotechnologiczne, a oni sami stają się bardzo poszukiwanym towarem i tu wkracza główny bohater, który jest samotnym łowcą zombie rodem z westernów.

buzz_5.jpg

Kiedy patrzę na takie uliczki, trudno oprzeć mi się skojarzeniom z klasyką kryminału. spokojna ulica, mili sąsiedzi, pozornie brak motywu - cała Agata Christie. To jej zawdzięczam ten pomysł: na spokojnej ulicy wydarza się straszne morderstwo – mąż jednej z mieszkanek zostaje zadźgany nożem. kto miał powód, żeby go zabić - czy zakochany w zonie sąsiad z naprzeciwka? A może pan Mayer, z którym zawsze wchodził w spory? A może to sama zona miała dość małżeństwa? Ciekawi was rozwiązanie The Mystery of the Maple Street?

buzz_6.jpg

Historie o psach niemal zawsze są wzruszające. A to dlatego, że one kochają nas bezwarunkowo, ale nie tylko nas ludzi. Tu widzę opowieść o dwóch najlepszych przyjaciołach: Poker i Critter poznali się na spacerze, kiedy obydwaj pobiegli aby złapać tę samą gałąź. Od tamtej pory byli nierozłączni, aż do dnia, kiedy właściciele Crittera postanowili się wyprowadzić. Poker wyrusza za przyjacielem, co rozpoczyna niezwykłą podróż obydwu psów, ponieważ Dog is the dog’s best friend.

buzz_7.jpg

Dancing with dreams - David Aronofsky swoim “Czarnym Łabędziem” sprawił, że już nigdy nie spojrzę tak samo na balet. To musi być wielka pasja, ale też mordercza praca i walka z przeciwnościami. Tu widzę młodą dziewczynę, która dowiaduje się, że ma raka, dlatego postanawia przed śmiercią zrealizować swoje marzenie i zostać tancerką. Wbrew przeciwnością losu zaczyna się uczyć tańca, a kiedy gazeta opisuje jej zmagania staje się lokalną celebrytką, co ma swoje plusy, ale też minusy…

buzz_8.jpg

Kiedy patrzę na to zdjęcie - widzę historię rodem z harlequinów - Młoda kobieta po rozwodzie wraca do domu na wsi, który odziedziczyła po rodzicach. Postanawia otworzyć ekologiczną farmę, a w remoncie domu i zakładaniu uprawy pomaga jej dawny kolega ze szkoły... Tytuł to Lost roads -  bo często gubimy w życiu drogę po to by odnaleźć nową.

buzz_9.jpg

Australia to piękny kraj, a jednak może być bardzo niebezpieczny. nie mam tu na myśli tylko jadowitych pająków, węży czy ośmiornic - bardzo duże tereny tego kraju to po prostu pustkowia. Bez wody, bez komunikacji, bez drogowskazów. po Australii podróżuje bardzo wielu młodych turystów, stąd pomysł na Nightmare of OZ. Wyobrażam to sobie tak: Młodzi ludzie po skończeniu studiów wyruszają na wyprawę życia do Australii. Podróżują busem i zwiedzają kraj, ale w pewnym momencie gubią się na pustyni, kończy im się paliwo i jedzenie i wtedy zaczyna się brutalna walka o przetrwanie

buzz_10.jpg

Ze swoich lektur z dzieciństwa pamiętam sporo historii o dziecięcych bandach, stąd to zdjęcie przywiodło mi myśl, właśnie taka opowieść o sprytnych dzieciakach. Spiders gang to opowieść o bandzie chłopców mieszkających na spokojnym osiedlu, którzy po szkole chodzą jeździć na deskach i ćwiczyć triki w pobliżu puszczonej fabryki. Pewnego dnia z ukrycia obserwują tajemniczego mężczyznę, który ukrywa na terenie fabryki pakunek. Okazuje się, że w środku są pieniądze. Dzieciaki biorą je i dzielą pomiędzy sobą, ale oczywiście gangster wraca po swoją własność i domyśla się, kto ją sobie przywłaszczył...

I co o tym myślicie? Pamiętajcie - wszystkie tematy zarezerwowane!
Tekst oryginalnie ukazał się na portalu Designyoutrust,com

wtorek, 23 czerwca 2015

Wiktoriańskie "Pupl fiction" czyli mój nowy ulubiony serial "Dom grozy"

Tak, jak mniemam i wy moi drodzy Czytelnicy, oglądam najnowszy sezon „Gry o tron” i z każdym kolejnym odcinkiem układam w głowie swój doroczny post dotyczący owego serialu. Przyznam wam jednak, że coraz gorzej mi się śledzi tą telenowelę, a pod bokiem, urosła jej w moim sercu potężna konkurencja. A mianowicie „Dom grozy” lub w oryginale „Penny Dreadful”.


Cóż to w ogóle jest? Hmm wyobraźcie sobie wiktoriański Londyn, snująca się nad brukiem mgłę, piękne wnętrza bogatych domów, obite miękkim welurem kanapy, kryształowe żyrandole, delikatne porcelanowe filiżanki, a przy tym wszystkim całą gamę modnych na przełomie XIX i XX stulecia potworów. A więc mamy tu wampiry, monstrum dr Frankensteina, znajdzie się i wilkołak, i czarownice, i oplatający dusze demon, a nawet sam Van Helisng.

Samo „Penny Dreadful” oznacza mniej więcej wiktoriańskie pulp fiction – tytuł ten nawiązuje bowiem do taniej literatury grozy publikowanej w zeszytach wartych jednego pensa (czyli penny’ego). Serial jednak bynajmniej nie jest tani, wręcz przeciwnie, ku mojej radości producenci nie poskąpili funduszy zwłaszcza na kreacje panny Ives i z prawdziwą przyjemnością co odcinek konsumuję oczami jej wspaniałe suknie. Zresztą wystarczy obejrzeć czołówkę, żeby wczuć się w klimat serialu



Czytając ten wstęp zapewne wypełniają was podobne wątpliwości, które i miałam na samym początku. Mianowicie obawiałam się czy aby nie upchnięto tu zbyt wielu wątków naraz. „Dom grozy” przyniósł mi jednak pozytywne rozczarowanie (btw czy to nie wspaniałe sformułowanie z tym rozczarowaniem?;), bo choć może suspens nie jest tu powalający, to można zgrabnie połączyć te wszystkie motywy tworząc coś a’la drużynę pierścienia. Nie dajcie się jednak zwieść pożyczam tą nazwę tylko ze względu na to, że jest to reprezentacja wszystkich gatunków humanoidalnych klimatu wiktoriańskiego, nie żeby było tutaj tak nudno i patetycznie jak u Tolkiena.


A zatem jak zwykle wróćmy do początku. Cała opowieść zaczyna się w momencie, kiedy rewolwerowiec, pochodzący ze Stanów, Ethan Chandler, zostaje zauważony podczas cyrkowego popisu przez piękną, tajemnicza i nieco przerażająca pannę Ives. Otrzymuje od niej niecodzienną propozycję udziału w poszukiwaniach zaginionej córki podróżnika i geografa Sir Malcolma Murraya, a jednym z wymogów jest nie zadawanie zbyt wielu pytań i brak oporów przed zabijaniem. 

Mimo początkowe oporu Chandler przystaje na propozycję i zjawia się po zmroku w umówionym miejscu. I w gruncie rzeczy, to właśnie tu w pierwszym odcinku ma miejsce najstraszniejsza scena w całym serialu. A mianowicie w towarzystwie sir Murray’a, jego czarnego sługi Sembene i panny Ives schodzą do niezbyt uroczych podziemi wypełnionych zwłokami. Jak się szybko okazji ich jedyni żywi mieszkańcy to wampiry i to z nimi przyjdzie walczyć naszym bohaterom w pierwszym sezonie serialu. 
 
Jak przystało na przykładnych przedstawicieli narodzin nowożytności, nasi bohaterowie po ponownym uczynieniu wampira trupem, udają się z jego ciałem do…patologa. A tym jest nie kto inny, a młody dr. Frankenstein.


I tak zaczyna się ośmioodcinkowa przygoda w poszukiwaniu oczarowanej przez wampiry Miny. W tym miejscu należy pochwalić serial za przemyślany scenariusz, bowiem z każdym odcinkiem i postępem poszukiwań, poznajemy tez przeszłość bohaterów, a zwłaszcza panny Ives (a ta doprawdy jest malownicza). W ten sposób poza wampirami bohaterowie będą musieli zamierzyć się także z własnymi demonami, czasem w sensie dosłownym.

Generalnie nie jest to serial straszny i chyba też nie po to został zrobiony, żeby widz miał się bać. Jest to w dużo większym stopniu serial psychologiczny, zagłębiający się w mroczną naturę naszych pragnień, marzeń i fantazji. Elementy fantastyczne nadają historii dreszczyku i specyficznego klimatu, dzięki czemu „Dom grozy” wspaniale się ogląda. Jest to tez kino bardzo zmysłowe, nie koniecznie w sensie erotycznym, chociaż i tu serial ma swoja perełkę… 


A jest nią Reeve Carney w roli Doriana Grey’a (na marginesie postać trochę nawiązuje charakterem do innego szarego sadysty o 50 twarzach). Co ciekawe Carney nie jest zawodowym aktorem, a muzykiem, a jednak jego gra jest niezwykle przekonująca. Na pewno nie jest mężczyzna w moim typie, jednak na ekranie każdy jego gest jest tak perfekcyjnie przesiąknięty erotyką, że aż…

Jeśli to wszystko nie przekonało was do obejrzenie grozy, czas na argumenty ostateczne, należy do nich przede wszystkim doborowa, gwiazdorska obsada.
I tak na pierwsze brawa zasługuje absolutnie genialna Eva Green, która już w drugim odcinku pokazuje najprawdziwszy majstersztyk swoich aktorskich zdolności. Później jest już tylko intensywniej

Zaraz obok niej plasuje się Timothy Dalton w roli Sir Malcolma Murraya. Przyznam szczerze, że nie był nigdy moim ulubionym Bondem, ale tu w roli eksploratora Afryki, podstarzałego, acz dziarskiego gentlemana-kolonisty i wiktoriańskiego ojca, który wobec dzieci czuje raczej obowiązek niż czułość, sprawdził się bardzo dobrze.


Mój faworyt to oczywiście pan Chandler czyli Josh Hartnett. Nie tylko dla tego, że jest taki przystojny i poczciwy. Ma on również swoje sekrety, które są okazały się doprawdy zaskakujące.

No i na samym końcu ciekawa wariacja na temat Viktora Frankensteina czyli kreacja Harry’ego Treadwaywa. Młody doktor jest tu na wskroś antypatyczny (przynajmniej w moim odczuciu), przewrotny i pyszałkowaty. Ale uosabia mocny scjentyzm i charakterystycznego dla epoki, ducha wiary w to, że nauka może znajdzie odpowiedź na każdą ludzką wątpliwość.

piątek, 10 kwietnia 2015

Nuda, strach i śmierć, czyli co czeka na nas w kosmosie

Kiedy byłam młodsza, a właściwie zupełnie młoda, miałam ze swoją przyjaciółką pewną tajemnicę. Latem, po upalnym dniu, kiedy wreszcie zrobiło się ciemno, a ziemia zaczynała oddawać ciepło szłyśmy na łąkę położoną na wzniesieniu na uboczu naszej wsi , otwierałyśmy jakieś dziewczyńskie browary w rodzaju redsów czy gingersów, kładłyśmy się na trawie i powoli się wstawiając patrzyłyśmy sobie w gwiazdy.


Robiłam to już jako dziecko podczas nocnej warty na obozach harcerskich, nad morzem, nad lubuskimi jeziorami, w Karkonoszach, w Afryce śpiąc pod gołym niebem na dachach Chefchaouen, z obydwu wybrzeży Ameryki Północnej - nad Oceanem Atlantyckim i nad Oceanem Spokojnym, nieopodal Uluru w Australii, a wreszcie w swoim ogrodzie, ale i tak najlepsze patrzenie w gwiazdy było dla mnie właśnie wtedy, kiedy byłam szaloną nastolatką. Gadałyśmy, śmiałyśmy się, czekałyśmy aż jakaś spadnie, żeby wypowiedzieć życzenie i było w tym coś jeszcze dziecinnego i beztroskiego. Jak o tym dzisiaj myślę, to byłaby świetna scena w jakimś filmie o dorastaniu. Jest to w każdym razie wspomnienie tak miłe, że zawsze się do niego uśmiecham.

Ów jak zawsze przydługi wstęp wynika z tego, że chciałabym dziś napisać o trzech podróżach w kosmos, które ostatnio odbyłam z "Grawitacją", "Interstellarem" i nieco bardziej niszowym "Raportem Europy". Zawsze chciałam polecieć poza naszą galaktykę, nawet miałam taki plan, że kiedy loty poza orbitę staną się już codziennością, na starość sprzedam cały zgromadzony majątek (ale na razie mam marne szanse na jakikolwiek majątek) i zainwestuję w jakąś kosmiczną podróż  w nieznane. Ostatnio jednak zmieniłam zdanie, po pierwsze dlatego, że po latach marzeń wreszcie do mnie dotarło, że CAŁE SWOJE ŻYCIE SPĘDZIŁAM W KOSMOSIE, bo przecież gdzie indziej leży Ziemia... a po drugie, istnieje kino, a dzięki niemu taką podróż można obyć za niewygórowaną opłatą i przekonać się, że nie jest wcale tak super, jak mogłoby się pozornie wydawać.



Z rozlicznych powodów nie udało mi się obejrzeć  "Grawitacji" w kinie i sądzę, że był to spory błąd, bo w telewizji niestety całe piękno efektów specjalnych traci na oscarowej efektowności. Fabuła filmu sama w sobie nie jest porywająca. Otóż Rosjanie zniszczyli satelitę, którego resztki przemieszczają się po orbicie niszcząc wszystko co napotkają na swojej drodze, a napotykają przede wszystkim stacje kosmiczne. Od jednej z nich odrywa się dr Ryan Stone (Sandra Bullock), która najpierw z pomocą astronauty Matta Kowalskiego (zawsze to miły akcent, że Polaka gra George Clooney), a później już sama, stara się przeżyć i wrócić na ziemię.



Film całkowicie należy do Sandry Bullock, która ucieka przed morderczymi odłamkami od stacji do stacji i doskonale pokazuje, że jak coś się zepsuje w kosmosie, to masz przechlapane. Nie wezwiesz karetki, straży pożarnej ani GOPRu. Kiedy coś się zepsuje w kosmosie to albo zamarzniesz, albo się usmażysz, a jeśli jakimś cudem przeżyjesz to w końcu skończy ci się tlen. Całe piękno naszej planety, gwiazd, wschodu słońca, blaknie w obliczu najbardziej atawistycznych odruchów - strachu przed śmiercią i woli przeżycia.

Niestety wszystko o byłoby bardziej porywające, gdyby nie przeczucie, że dr Ryan jakoś sobie jednak z tym wszystkim da radę. Film jest stosunkowo krótki (nieco ponad 90 min.) i choć bez momentów ściskających za serce, ogląda się go z prawdziwą przyjemnością

Gdybym mogła powiedzieć to samo o "Interstellarze"..., ale nie, jednak nie. Christopher Nolan budzi we mnie mieszane uczucia. Z jednej strony świetnie odświeżył Batmana, z drugiej strony nie udźwignął historii, którą sam stworzył. Nie jestem też w stanie zrozumieć jego miłości do Bale'a, który ma dwa wyrazy twarzy - ścięty albo skwaszony. Ale ma niewątpliwy talent i wspaniałą wyobraźnię, o czym świadczy choćby "Incepcja".


W każdym razie w "Interstellarze" w niezbyt odległej przyszłości ludzkość musiała zrezygnować z telewizji, smartfonów, zaawansowanej technologii medycznej, a już całkowicie z produkcji wojskowej. Wszystkie te rzeczy okazały się zbędne kiedy planeta przestała być przyjazna i wszystkim zajrzał w oczy głód. Zapobiegliwe rządy zagnały więc ludność do uprawy kukurydzy i w taki właśnie sposób inżynier i pilot NASA Cooper (Matthew McConaughey) stracił pracę i przerzucił się na tuningowanie kombajnów. Nic dziwnego, że facet jest sfrustrowany, a żeby tego było mało, przez wspomniane oszczędności w NFZcie przyszłości stracił żonę i sam musi wychowywać dwójkę dzieci.

Na szczęście i nieszczęście w jednym razem ze swoją bystrą córką Murph odnajduje ostatnią istniejąca bazę NASA, gdzie w wielkiej tajemnicy powstaje statek kosmiczny, który ma znaleźć nową planetę dla rodzaju ludzkiego. Oczywiście Cooper z miejsca wygrywa casting na pilota. Plus jest taki, ze wreszcie koniec z uprawą kukurydzy, a minus, że musi zostawić swoje dzieci. Syn jest rozsądny i cieszy się, że wreszcie odziedziczy kombajny (a potem, jak to rolnik, szuka żony), ale córka strasznie mędzi i mimo że jest taaaak inteligentna, jakoś nie może pojąć, że ojciec robi to m. in. żeby znaleźć dla niej fajną miłą planetę, gdzie rośnie coś oprócz kukurydzy.



W porównaniu do "Grawitacji" "Interstellar" jest strasznie długi - 169 min. (niemal dwa razy tyle!). W kinie co chwila spoglądałam na zegarek zastanawiając się czy to Nolan rzeczywiście wrzucił coś w czarną dziurę, czy to mój zegarek się zepsuł (bez wątpienia nie bez wpływu na to był fakt, że dziecko zostało w domu, choć oczywiście nie samo). Być może był to jednak zamierzony efekt, bo dzięki tym wszystkim dłużyznom, można zrozumieć, że kosmiczne podróże ciągną się ciut bardziej niż 30-godzinna podróż do Australii. W każdym razie o ile po obejrzeniu "Grawitacji" zrozumiałam, że loty poza naszą, kochaną przyciągającą nas do siebie planetę, są bardzo niebezpieczne, o tyle "Interstellar" uświadomił mi, że nawet kriokomory nie są w stanie osłodzić marnowania życia na bycie zamkniętym w metalowej puszce dryfującej pośrodku niczego/wszystkiego.

W "Interstellarze" kosmos w ogóle nie jest fajny. Trudno znaleźć jakąś fajną planetę, astronauci wariują i stają się podłymi samolubami, czas płynie raz szybko raz wolno i a lotowi "Endurance' cały czas towarzyszy fatalizm, który sprawia, że nolanowską wizję zbawieni gatunku ludzkiego odebrałam jako po prostu nudną. Po prostu - ten film w żaden sposób mnie nie podekscytował. Teraz trochę zaspoiluję, a mianowicie pod koniec filmu dochodzi do sceny, w której jeden z astronautów chce przejąć kontrolę nad statkiem. Rzekomo powinno być to dramatyczne i wywołujące jakieś emocje, tymczasem mnie poraziła tylko i wyłącznie głupota gościa, który chce wracać na Ziemię, wiedząc, że planeta umiera. A co gorsza zamiast normalnie pogadać z innymi knuje jakieś kretyńskie intrygi, naprawdę szkoda Matta Damona do tej roli.



Podsumowując, "Interstellara"  nie ratuje gwiazdorska obsada ani efekty specjalne, ani nawet rozwiązanie zagadki z dziedziny fizyki. film jest po prostu za długi. W kinie da się obejrzeć, bo głupio tak usnąć i chrapać przy pełnej sali, ale podejrzewam, że w domowym kinie seans będzie przypominał maraton "Władcy Pierścieni" - dla mnie najlepszy sposób na bezsenność. Ale jednak warto obejrzeć po to, żeby przekonać się, na co Nolan wydał 165 $ i oczywiście popatrzeć na McConaugheya, który niestety nie będzie już prawdziwym detektywem.


I na koniec mniej znany "Raport Europy", na który sama trafiłam tylko dlatego, że mam kablówkę (burżujstwo!). Film z 2013 r., jakoś nie bardzo wypromowany i nie będący w przeciwieństwie do opisywanych wyżej poprzedników kinowym hitem, a jednak godny uwagi. Fabuła nieco podobna do poprzednich - grupa naukowców wyrusza na jeden z księżyców Jowisza, o bliskiej nam nazwie Europa. Wybierają się akurat tam ponieważ wcześniej bezzałogowe sondy znalazły na nim ślady życia. Jak widać poniżej księżyc jest bardzo ładny, ale niestety w misji wszystko, co tylko mogło pójść źle, idzie źle.



Już sama podróż okazuje się długa, męcząca i kalaustrofobiczna, Potem pojawia się kosmiczny sztorm, zrywa się łączność z ziemią, coś się psuje, ktoś umiera. Ale dzielni naukowcy postanawiają kontynuować misję w imię nauki i docierają na satelitę. Na miejscu okazuje się, że rzeczywiście istniej tam życie i to o wiele bardziej zaawansowane niż pierwotniaki, a do tego niezbyt przyjaźnie nastawione. Nie będzie tu co prawda tak spektakularnej walki o życie jak w "Obcym", ale po raz kolejny kosmos pokaże nam, że ciekawość to pierwszy stopień do piekła i że lepiej siedzieć w domu.


Najpiękniejsza jest jednak ostatnia scena filmu, który jedna z bohaterek zamyka słowami "czymże jest życie ludzkie w obliczu niezgłębionej wiedzy". Jakiej wiedzy? No własnie, musicie obejrzeć, żeby się dowiedzieć. W filmie może nie grają hollywoodzkie gwiazdy, ale jest fajnie skonstruowany, daje niezłe, realistyczne wyobrażenie o podróżach w kosmos, a bohaterowie są bardzo ludzcy bez patetycznego bohaterstwa będącego plagą amerykańskich produkcji (film jest amerykański, ale autorstwo międzynarodowe). Osobiście polecam, ponieważ jestem zdania, że nie potrzeba fortuny, żeby zrobić dobry film s-f, czego dobrym przykładem jest wspomniany już na blogu "Moon".

A konkluzja postu? Ano taka, że podróże w kosmos lepiej zostawić kosmonautom.





piątek, 9 stycznia 2015

Najlepsza adaptacja jaką w życiu widziałam (po odsłuchaniu "Pieśni lodu i ognia")

Dzisiaj było mi smutno, a do tego zmarzłam. Dlatego po wyczerpującym dniu nagrodziłam się leżąc w wannie, ogrzewając przemarznięte stopy (wraz z resztą ciała) i słuchając "Starcia królów".  I tak zaprowadzając z Tyrionem nowe porządki w Królewskiej Przystani, brnąc z Arią królewskim traktem i obserwując płonący stos z siedmiu, myślałam, o tym, że moje problemy są doprawdy błahe, że Martin tak naprawdę nie wymyślił żadnego z tych okrucieństw, bo one po prostu były, są i będą w ludzkiej naturze i jeszcze, że warto cieszyć się tym, co jest.

 
Tak po prawdzie to ślimaczę tego posta już od jakiegoś czasu, ale zawsze wreszcie przychodzi ten dzień, kiedy to, co zaczęte musi zostać skończone, nawet jeśli napisanie kilku zdań zabiera tak, jak w tym przypadku, dwa miesiące. Na pewno pomyśleliście - "biedna młoda matka", otóż nie bynajmniej nie mogę zrzucić winy na dziecko (chociaż jest to świetne usprawiedliwienie wszelkich spóźnień itp.), a raczej winę ponosi inna forma literacka, którą uprawiam. W każdym razie, zaczęłam swoje przydługie wywody w dniu, w którym pod postem poświęconym serialowi "Legend of the Seeker" ktoś zamieścił komentarz głoszący, że "to najlepszy serial jaki w życiu widziałem". Zrozumiałam wówczas, że nie mogę stać bezczynnie, kiedy świat stacza się w otchłań, a internet beze mnie staje się straszliwym miejscem... Czasem nie ma lepszej motywacji niż zostać obrażonym, ale najwyraźniej nie jest to aż tak dobra motywacja jak początkowo sądziłam.

Gdyby ktoś zastanawiał się jak to jest mieć dziecko, to od razu odpowiadam - super. Ale... bo zawsze jest jakieś "ale", trudno znaleźć czas na czytanie. Na szczęście świat idzie do przodu, mamy bieżącą wodę, prąd i telefony komórkowe, w nich audiobooki i dzięki temu książki mogą być z nami wszędzie! W wannie, w łóżku, w kuchni podczas gotowania, a najważniejsze (!) podczas długiego spaceru z wózkiem po odosobnionych polnych drogach. Tak, wreszcie odkryłam ten wspaniały wynalazek i słucham, słucham, słucham, kiedy tylko mogę. A nawet lepiej słucham razem z Zu (genialnie zasypiała przy "Solaris" i "Xawrasie Wyżrynie") i jestem z siebie dumna, że jej pierwszą przeczytaną/odsłuchaną (bez niektórych fragmentów, kiedy używałam słuchawek) książką jest właśnie "Gra o tron". 

Wracając jednak do obelg i seriali, gdy dzisiaj czytam swoje pierwsze wrażenia, spisane w poniższych gorzkich żalach, to nawet trochę mi wstyd, bo muszę przyznać, że jest to naprawdę świetna adaptacja. Aż mi szkoda, że Sam Raimi nigdy tego nie przeczyta, ale dla wszystkich fanów "Legend of the Seeker" powinien to być dowód na to, że jednak można dokonać udanej, a by nie rzec doskonałej adaptacji. Czy też serialu "na motywach";]



Właściwie to nie spodziewałam się, że za drugim razem też będzie boleć. Bo przecież wszystko już wiadomo, obejrzałam wszak cztery sezony serialu i myślałam, że żadne zło, niesprawiedliwość, okrucieństwo i świństwo mnie już nie zaskoczy. A jednak diabeł tkwi w szczegółach, a George Martin jest mistrzem szczegółów, do takiego stopnia, że po jego opisie potrawki z królika, mimo zaspokojonego głodu, nabrałam apetytu. A co dopiero kiedy pisze o głodzie, brudzie i przemocy...W każdym razie ponowne spotkanie z pierwszym tomem "Pieśni lodu i ognia" było dla mnie bardzo podobne do oglądania "Dystryktu 9" (którego nie mogę obejrzeć po raz drugi, bo budzi we mnie zbyt skrajne mocje) - czyli słuchałam finału z przyśpieszonym biciem serca. Aczkolwiek odsłuchałam do końca więc najwyraźniej upadek Neda Starka nie był aż tak bolesny. Ale przecież to dopiero początek.

Myślę, że wielu się ze mną zgodzi, kiedy złożę autorowi  "Gry o tron" ten skromny hołd - geniusz. I to prawdziwy mistrz powieści przez duże P. Gęstej, wielowątkowej, takiej jak życie - okrutnie zaskakującej, pełnej pasji, podszytej głęboko skrywanymi namiętnościami, zmieniającej kierunek pod wpływem pozornie błahych zdarzeń i przede wszystkim niesprawiedliwej, bo życie moi drodzy czytelnicy sprawiedliwe nie jest. Im szybciej to zrozumiecie, tym lepiej dla was. I nie warto nad tym rozpaczać - bierzcie przykład z Tyriona. Jeśli nie widzieliście czwartego sezonu jest to mega spoiler!

A więc nie zostaje nic innego, jak zaparzyć sobie dobrej herbaty, rozłożyć się na kanapie i otworzyć paczkę kruchych ciasteczek...no jasne. Zapomnijcie. Bo tak naprawdę nie zostaje nic innego jak znaleźć w ciągu dnia takie zajęcie, przy którym można mieć słuchawki na uszach i posłuchać sobie opowieści o tym, do czego może się posunąć kobieta, która chce chronić swoje dzieci i zapewnić im bezpieczną przyszłość. A, co w zmianie życiowej perspektywy bywa piękne, zaczęłam rozumieć Cersei, choć nie znaczy to, że bardziej ją przez to lubię. 

Podsumowując pierwsza część "Pieśni lodu i ognia" jest słuchowiskiem i superprodukcją w jednym - to znaczy nie czyta jej lektor, a aktorzy, natomiast druga "Starcie królów" jest już tylko audiobookiem, ale emocje nie są przez to ani odrobinę mniejsze. HBO już zwiastuje zwiastowanie piątego sezonu mojej ulubionej gry i czekam z ogromną niecierpliwością, zwłaszcza, że dotychczas,  twórcy serialu naprawdę świetnie oddali treść, klimat i wartkość powieści. Cieszę się jak

Jako ciekawostkę dodam tylko, że w  fejsbukowym quizie wyszło mi, że to właśnie Martin mógłby opisać moje życie i właściwie patrząc wstecz wszystko się zgadza;]

W każdym razie kiedy tak brnę z Zu (jej jest cieplutko i milutko, nie martwcie się) po zamarzniętej drodze gruntowej, pod wiatr, przez śnieg,a po powrocie do domu, muszę zleźć do piwnicy i rozpalić w piecu, to wcale nie narzekam, a wiecie dlaczego? Bo wtedy dopiero czuję, w każdej kości, że "The winter is comming"!



piątek, 25 lipca 2014

Krwawa, wredna i jak zawsze zaskakująca "Gra o tron"

Dzisiaj post napisany miesiąc temu, w przededniu narodzin mojej Zu. dopiero dziś mam wolną chwilę, żeby go wreszcie opublikować, co powinno dać wam dobre wyobrażenie o byciu świeżo upieczonym rodzicem. W treści nic nie zmieniam, bo i po co, a nikła ilość zdjęć to wina fantastycznego produktu googla jakim jest blogger, który nie pozwala mi na ich zamieszczenie.
Jak możecie pamiętać z postów Gra frustracji, Coraz ciekawsza gra, a wreszcie Gra zdrady, zemsty i rozpaczy od początkowego zniechęcenia doszłam niemal do całkowitego utożsamienia fabuły serialu ze swoim życiem. Nie, spokojnie nie dosłownie, ale jednak... Dlaczego? Otóż dlatego, że pisząc to jestem wciąż pod wrażeniem ostatniego odcinka czwartego sezonu zatytułowanego "The Children", który zbiegł się z faktem, że właśnie oczekuję swojego pierwszego potomka.



Tak naprawdę, to według wyliczeń lekarzy replikacja powinna zostać już sfinalizowana, ale cóż począć, kiedy natura wie lepiej. Pozostaje czekać i pisać póki jeszcze mogę, bo później podobno nie pójdę do kina przez najbliższe dwa lata, nie będę miała czasu na seriale, a książki to już tylko w postaci audiobooków.Tak przynajmniej mówią, a jeśli to prawda pozostaje tylko mieć nadzieję, że za tak wielkie rodzicielskie wyrzeczenia nie skończę tak, jak Tywin Lannister.

Ale zacznijmy od początku. Jak pamiętamy z końcówki trzeciego sezonu rodzinie Starków stały się rzeczy przykre i straszne, ale mimo to większość dzieci Eddarda Starka przeżyła i każde z nich czeka w czwartym sezonie własna przygoda.

Pierwsza niech w takim razie będzie Arya, którą pod koniec trzeciego sezonu pojmał Ogar. Jak pamiętamy początkowo chciał ją z drobną opłatą oddać matce, ale kiedy ów plan zawiódł postanowił z podobnym zamiarem odwieźć dziewczynę jej ciotce Lysie Arryn. I tak zaczyna się kino drogi pod szyldem "stary zgorzkniały facet i dziewczynka zła na cały świat". Początkowo oczywiście ta para się nie dogaduje, by pod koniec swojej wspólnej drogi stworzyć, wydawałoby się, zgrany tandem. Dokąd doprowadzi ich wspólna ścieżka? Do bez wątpienia zaskakującego finału tej znajomości, w którym, przyznaję zachowanie Arii mocno mnie zaskoczyło.

 

Z kolei poślubiona Tyrionowi Sansa przez pierwszą połowę sezonu nadal snuje się smutna po zamku, a patrzenie na nią rodzi pytania o to jakie znowuż nieszczęścia czekają ową dziewczynę. Tymczasem nadchodzi dla niej wyjątkowo szczęśliwy dzień czy ślub Joeffreya i Margery.



Nie chcę nikomu odbierać przyjemności z oglądania drugiego odcinka sezonu, ale zdradzę tylko, że choć nasz ulubiony bohater Joffrey doprowadza w nim widza do szczytu niesmaku, to jednak ostanie minuty wszystko rekompensują z nawiązką. Zdradzę tylko tyle, że Sansa po tym wydarzeniu musi opuścić Kig's Landing i wreszcie zaczyna rozumieć jak się gra w "Grę o tron".

Oprócz Arii wątek kina drogi widać tez w losach Brana Starka, który z towarzyszami poznanymi w ostatnim sezonie brnie dalej na północ, aby odnaleźć trzy-okoą wronę. Generalnie niewiele się u niego zmienia, ale on sam coraz umiejętniej i częściej zmienia postać. Podsumowując nie jest być może najbardziej ekscytującym z bohaterów, ale zapowiada się bardzo dobrze.


Ulubieniec pań – Jon Snow po wesołych przygodach za murem wraca do praworządnego życia strażnika. Niestety nikt w Castle Black nie chce mu wierzyć w to, ze z północy nadciąga armia dzikich uciekająca przed lodowymi zombie. Dowódców Snowa nie przekonuje nawet fakt, że ta grupa, której udało się przekroczyć mur wybija co do nogi okoliczne wsie i miasta. I tak biedny Jon będzie musiał sam uratować cały świat, co nie będzie proste, bo przecież była dziewczyna wciąż czyha na jego życie. Jeśli spodziewaliście się, że „żyli długo i szczeliwie” z Ygritte to jesteś cie naiwni. Mnie w każdym razie brak happy ednu w tym przypadku wcale nie zasmucił.

„Gra o tron” to jednak nie tylko losy Starków. A spośród wszystkich, którzy ją toczą moimi ulubieńcami wciąż są Daenerys i Tyrion. W sezonie czwartym moja ulubienica z pasją i socjalistycznym zacięciem kontynuuje zdobywanie  miast Zatoki niewolników i wyzwalanie tychże spod jarzma ich panów. Idzie jej to tak dobrze, że nie może przestać, ale przy okazji jej poczucie sprawiedliwości dotyka jej największego skarbu czyli smoków. Cóż według mnie wielka szkoda i mam nadzieję, że w kolejnym sezonie zmieni zdanie, bo inaczej przestanę jej kibicować.


Jeśli wydawało wam się wcześniej, że Tyriona wciąż spotykają liczne i niezasłużone nieprzyjemności, to tylko wam się wydawało. Generalnie powinien był pozwolić zdobyć King’s Landing Stannisowi kiedy miał okazję, a sam zabrać Shae i uciekać jak najdalej od swojej uroczej rodziny. Niestety biedny karzełek chciał, żeby ojciec był z niego dumny i dobrze wiemy co go za to spotkało. Jakby tego było mało w tym sezonie wszystkie chamskie teksty wobec Joeffreya, za które zyskał sobie tyle sympatii, obracają się przeciwko niemu. Niestety najwyraźniej ludzie wolą zwyrodnialców będących efektem kazirodztwa, niż sympatyczne karzełki, takie już jest życie, ale czasem może być o jedną krzywdę za daleko i tak właśnie dzieje się w przypadku Tyriona. I tu wracając do tytułu ostatniego odcinka sezonu – The Children odbywa się najważniejsza lekcja pedagogiczna udzielana przez Georga Martina. Doświadczają jej przede wszystkim Aryia i Ogar, Daenerys i jej smoki oraz Tyrion i Tywin Lannisterowie, a kiedy o niej myślę, aż trochę strach mieć dzieci. Jaka to lekcja? Przede wszystkim, żeby nie być wrednym dla swoich dzieci, ale z drugiej strony, że nie możemy od nich oczekiwać, że będą dokładnie takie, jakbyśmy oczekiwali, co w przypadku Tyriona oznacza martwe. Warto też nadmienić, że niezwykle zaskakujący okaże się finał związku Tyriona i Shae. Zachwiało to moją wiarą w prawdziwość jej uczuć, ale pomogli mi znajomi mężczyźni przypominając, że skrzywdzone kobiety potrafią być naprawdę podłe z czym całkowicie się zgadzam;]

W sezonie czwartym pojawiają się jeszcze dwie postacie, które zasłużyły sobie na to by o nich napisać. Pierwszą z nich jest wspomniana już siostra Catelyn Lysa Arryn. Już w pierwszej scenie kiedy ją poznajemy (karmiącą piersią 10-letnie dziecko) było wiadomo, że nic nie jest z nią tak jak powinno być, jednak dopiero ostatnie odcinki pokazały z jak bardzo pokręconą postać stworzył Martin. Nie da się tego opisać tak, żeby nie zepsuć komuś przyjemności  (a może raczej nieprzyjemności) z oglądania jej na ekranie, ale trzeba to przyznać Kate Dickie, że wzbudziła we mnie obrzydzenie dorównujące Jackowi Glessonowi wcielającemu się w Joffreya.

Na sam koniec pozostawiam Oberyna Martella nową i nieodżałowaną postać czwartego sezonu.  Co by o nim nie powiedzieć, to bohater, który kierował się przede wszystkim szlachetnymi zamiarami pomszczenia śmierci siostry i zemsty na Lannisterach. Bardzo mu w tym kibicowałam, ale cóż z tego? Jeśli wcześniej myślałam, że odcinek , w którym zginął Rob Stark był masakryczny, to „The Viper and the Mountain” podsumowujący karierę Oberyna sprawił, że miałam ochotę przestać oglądać serial. Ech,  ale za to przecież lubimy „Grę”, że jest krwawa, wredna i zaskakująca, prawda?