środa, 19 września 2012

Najwięksi przystojniacy science fiction

Pada dzisiaj deszcz, jest szaro smutno i ponuro. Promotor by dla mnie wredny, nie chce mi się pracować, więc na pocieszenie przygotowywany od jakiegoś czasu post o przystojniakach z kina s-f. Co mnie do tego zainspirowało? Otóż to, że ludzie znajdują mojego bloga wpisując w Google "laski, erotyka, fantasy". A więc proszę bardzo faceci (tzw. ciacha) erotyka, science-fiction.

 Dziesiątka (głównie wypływająca z sentymentu) dla Harrisona Forda ex aequo za rolę uroczego drania w kosmosie czyli Hana Solo i detektywa Ricka Deckarda w Blade Runnerze


Nie do końca zgodnie z moim gustem, ale jednak zasłużenie dziewiąte miejsce dla Keanu Reveesa, oczywiście za Matrix, a także za Johnego Mnemonica (osobiście wolę dobrze skrojone garnitury od lateksowych płaszczy).

  
Ósemka trafia do Sama Worthingtona z życzeniami jeszcze wielu udanych ról. Trafia tu przede wszystkim za Terminatora Ocalenie. Zdecydowanie ukradł ten film Bale'owi i słusznie, zasłużył na to swoją uroczą chłopięcością (podobnie jak w Avatarze), tak trzymaj Sam!


Na siódmym miejscu jeden z moich ulubionych twardzieli - Bruce Willis za Piąty element (uwielbiam ten film!) i po części też za nowszych Surogatów.

 
Cillian Murphy za 28 dni później i Sunshine otrzymuje numerek 6. Co się kryje w tych jego niebieskich oczach? Nie wiem, ale jest zarazem niepokojący, jak i przystojny.


Pierwszą piątkę otwiera mój osobisty nr 1 Evan McGgregor. Genralnie jest świetnym aktorem, a w dziedzinie s-f na uznanie zasłużył sobie Wyspą i młodym Obim-Wan Kenobim. Niech moc będzie z Tobą Evan!


Czwarte miejsce w moim subiektywnym rankingu zajmuje nie kto inny jak Vin Disel za rolę Riddicka i świetny Babylon A.D. Co prawda zupełnie nie jest w moim typie, ale naprawdę przekonująco gra twardzieli z przyszłości;]

 
Trójka dla Tony'ego Starka. Sam najlepiej wytłumaczył to przedstawiając się kapitanowi Ameryce - "geniusz, palyboy, bilioner, filantrop". Wspaniała kreacja Roberta Downey Jr.


I wreszcie gorąca dwójka dla Hugh Jackmana za rolę Wolverina. Świetny styl, fachowe pekaesy i urocza historyjka o rosomaku - generalnie mężczyzna z pazurem! A jego starszy brat też był niczego sobie;]


No i bezkonkurencyjnie pierwsze miejsce dla Arnolda Schwarzeneggera. Nie tylko za Terminatora, ale też za opisywane niedawno Total Recall, Uciekiniera i wreszcie Predatora. Arnold jest ikoną mojego dzieciństwa i od zawsze podobało mi się w nim podobieństwo do He-mana. Dla mnie Arnie nigdy się nie zestarzeje, no i żaden aktor nie potrafi go przebić w minach, które robi podczas walki;]


niedziela, 16 września 2012

Resident Evil - czyli prawdziwe dzieło miłości

Tak dobrze przeczytaliście tytuł - nie pokręciło mnie ani trochę. W piątek poszliśmy sobie na premierę piątego już z kolei Residenta Evila z podtytułem Retribution i jak zwykle małżeński duet Paula W.S. Andresona i Milli Jovovoich nas nie rozczarował.


Wiem, wiem, że fabuła prosta jak drut, że chodzi tu tylko o popisowe zabijanie zombiaków, że nie wnosi to nic nowego do kinematografii i tak dalej, i tak dalej, ale wciąż po raz piąty mi się to podoba.

Wyjątkowo nie będę się rozwlekać - piękne efekty wizualne (naprawdę świetne 3D), same absurdy fabularne, krwiożercze zombiaki, podła korporacja Umbrella i jak zwykle niezawodna Alice - tym razem w czarnym kombinezonie. Naprawdę doskonałe kino klasy B - tyle wystarczy, żeby podsumować nowego Residenta.



Jeśli zrobienie o swojej żonie 5 takich filmów to nie jest miłość to nie wiem co nią jest. Paul W.S. Andreson naprawdę potrafi pokazać Milli (i zarazem całemu światu) jak ją kocha. Według mnie Taj Majal się chowa;]


To by było na tyle. Polecam

niedziela, 9 września 2012

Przypomnimy wam Underworld hurtowo

Patrząc na tytuły filmów wchodzących ostatnimi czasy do kin nie mogę się nadziwić pewnemu (niezrozumiałemu dla mnie) zjawisku powtarzalności. Powtarzalność jest oczywiście znakiem firmowym kultury popularnej w takim sensie, że np. każda komedia romantyczna jest oparta na tym samych schemacie, ale jednak za kazdym razem scenarzyści starają się ją podać widzom w nowej odsłonie. To rozumiem! Przecież idę do kina po to, żeby zobaczyć uroczy happy end +  tryumf miłości, nie rozumiem jednak zupełnie plagi remakeów, która  dosłownie zalewa dziś kina!

Nie wiem czy w Hollywood skończyły się już pomysły na filmy, czy po prostu producenci chcą wyciągnąć trochę pieniędzy z naszych kieszeni grając stare i sprawdzone numery, efekty w każdym razie są naprawdę mizerne.

Dla mnie Arnold zdecydowanie wygrywa pojedynek dwóch Conanów

Był już więc totalnie tragiczny remake Conana (tak, wyglądał dobrze, ale - "I live, I love, I slay and I am content" to już było dla mnie za dużo), zaledwie 5 lat po premierze trzeciej części Spidermana nowa wersja genezy Człowieka-pająka pojawia się w kinach, a wreszcie nadszedł czas na Pamięć absolutną, czy jak kto woli Total Recall, na którym właśnie byliśmy w kinie. Na tym jednak nie koniec - niedługo będziemy mogli zobaczyć nowe wcielenie sędziego Dreda, Robocop jest w produkcji, a podobno ma też powstać kolejna trylogia o Batmanie...Moje retoryczne pytanie brzmi: tylko po co? 




Nie lepiej byłoby pójść do księgarni zajrzeć do działu s-f i wybrać coś nowego? Naprawdę tematów nie brakuje. Choćby książki Ilony Andrews. Ta mania kopiowania naprawdę nie służy kinu. Co gorsza nowe wersje nie tylko nie przewyższają oryginałów, ale są wręcz od nich gorsze.


Po powrocie do domu, jak przystało na prawdziwego nerda, obejrzałam sobie sobie pierwowzór Total Recall starego dobrego Paula Verchoevena i ze smutkiem skonstatowałam, że nie ma już dzisiaj tak dobrych reżyserów.

Już w drugiej scenie filmu widzimy rozkoszną Sharon Stone, totalnie przekonującą w roli żony, kiedy baraszkuje z Arnoldem, aby odpędzić jego męczące koszmary. Dalej jest już tylko lepiej strzelaniny, przekleństwa wypowiadane przez Arneigo z niemieckim akcentem, krew, użycie niewinnego przechodnia, jako tarczy, przebijanie ludzi rurami i wreszcie oberwanie rąk antagoniście. Jesteś mistrzem Paul! Chociaż pewnie tego nie przeczytasz, ślę swoje uwielbienie dla Twojego talentu w eter, bo każdy dobry reżyser wie, że najlepszą recepta na sukces jest seks i przemoc, ale nikt nie potrafił łączyć tych dwóch materii tak wspaniale jak Ty!

Zawsze zastanawiało mnie kiepskie przyjecie Showgirls (podobno ten film złamał karierę Verchoevena w Hollywood), bo osobiście bardzo go lubię, zwłaszcza tę scenę pod sam koniec, w której Nomi spuszcza lanie Hankowi z Doktor Quinn. Kiedy miałam to wątpliwe szczęście odwiedzić Las Vegas poszliśmy zobaczyć prawdziwe showgirls, ale niestety nie dorównały one wizji, którą zarysował w mojej wyobraźni Paul. Ciekawostka - film chociaż był kinową klapą odrobił straty i jeszcze zarobił jako dvd traktowany jako soft porno.  Na koniec tych wyznań ładne zdjęcie Nomi  i wracamy do Toal Recall (Swoją droga ciekawe jak to się stało, ze ona z taką uroda nie zrobiła kariery?)


Fakt, że Len Wiseman nie dorównuje Paulowi Verchoevenowi podkreśliłam już nader dobitnie,  ale gdyby skończył na zrobieniu przeciętnego filmu mogłabym mu jakoś wybaczyć. Tymczasem popełnił kardynalny błąd zatrudniając swoją żonę - pogromczynię wampirów Selenę znaną też jako Kate Beckinsale w roli żony Quaida - Lori.

Nawet myśl, że mogłaby prześcignąć Sharon Stone, jest kpiną, ale Wiseman musi mocno ją kochać, bo połączył dwa jednym czyli Lori i Richtera (główny antagonista Arnolda z pierwowzoru grany przez Michaela Ironside'a). Zrobił już dla niej cztery Underworldy czy to nie wystarczyło? Niestety nie, miłość jest ślepa i to przez nią Kate/Selena  połołożyła nowe Total Recall po całości.


Zanim jednak dojdziemy do powodów, dla których Selena (wybaczcie, ale pozwolę sobie tak ją nazywać, bo to już jej etatowa rola, a imię i nazwisko przynajmniej dla mnie są w ogóle nierozpoznawalne) zepsuła ten film, napisze parę ogólników.

Generalnie nie ma tu Marsa, a jest Wielka Brytania i kolonia czyli Australia, zależna od WB.  Douglas Quaid jest jednym z wielu robotników, którzy codziennie przemieszczają się do pracy w WB specjalną kolejką przejeżdżająca przez środek kuli ziemskiej. Generalnie nie jest zbyt szczęśliwy dręczą go koszmary, nie dostał awansu i chce czegoś więcej od życia -  Dickowski pakiet standardowy. Do tego momentu nie ma żadnej różnicy między starym a nowym filmem, nawet dialogi są identyczne. Potem jednak idzie na piwo i odwiedza słynną firmę "Total Recall". I to jest bez dwóch zdań najlepsza scena w remakeu, wykorzystana zresztą w trailerze. Dotychczas jest całkiem nieźle, mamy klimatyczną przyszłość bardzo mocno zainspirowaną Blade Runnerm [ale przecież to właśnie lubimy;] są slumsy, jest brud, są mutanty, zwłaszcza ten z trzema piersiami i generalnie brak nadziei dla everymana. I gdy już jest naprawdę dobrze Colin Farell wraca do domu do Lori/Seleny.


Na marginesie przyznam, że chociaż jestem wielką fanką Arnolda, to Collin naprawdę daje radę w tym filmie. Jest nie tylko przekonujący, ale jeszcze przystojny i odpowiednio poszargany, i to jest to, co Gremlinsy lubią oglądać.

W każdym razie Douglas wraca sobie o domu, a żona chce go zabić. Scena walki nie umywa się do kopniaków Sharon w genialnym stroju do ćwiczeń, ale nie w tym sęk. Stara Lori chciała unieszkodliwić Quaida, bo taki miała przykaz, Selena natomiast chce go zabić z niewytłumaczalną dziką zjadliwą determinacją. Podobno przełożony jej zakazał, ale przez cały film strzela to w Douglasa, to w jego dziewczynę i nikt nie reaguje. Paul wiedział, że taka niekonsekwencja obraża inteligencję widza i tak nie zrobił.

Dalej przez cały film Selena wykorzystuje nabyte w Underworldzie umiejętności skakania do zabicia Quaida. Na lądzie, w powietrzu, samochodem, w windzie, przez środek ziemi ściga biedaka z tą samą zaciętą miną, perfekcyjnym makijażem, rewelacyjnie ułożonymi włosami i mimo, że pierze się z Jessicą Biel na pięści że aż grzmi w kinie, bez ani jednego siniaka. No ludzie! To naprawdę mnie obraża! A scena siłowania się na rękę z Collinem?! To sport dla Agaty Wróbel a nie ważącej pewnie mniej niż 60 kg laski! Chyba, żeby przyjąć, Total Recall Wisemana jako kolejną cześć Underworldu, która dzieje się w przyszłości i w której Selena dostała wścieklizny. Hmmm wtedy miałoby to sens:]

A gdyby jeszcze wam było mało nawiązań do Underworldu pojawia się tu wiśienka na torcie w postaci Bila Nighlyego znangeo też jako Victor władca wampirów. W jakiej roli? Powiem tak - szkoda że tak krótkiej! Naprawdę lubię tego dziadka.


Generalnie na realizm i prawa fizyki nie ma co liczyć w tej wersji "Przypomnimy to Panu Hurtowo". Chyba, że można spacerować po powierzchni transportera, który przez wnętrze ziemi przemieszcza się z Wielkiej Brytanii do Australii w 17 minut.

Zapewne nikt nie dotrwał do tego etapu moich jęków, ale rozumiem was, mnie samą już zmęczyło pisanie. Więc podsumowując plan ogólny nowego Total Recall fajny, akcja identyczna jak w poprzedniej wersji tylko zmienione realia, główny antagonista zdecydowanie do kitu, Selena (dzięki trosce męża reżysera i producenta w jednym) wypiera sympatyczną MelinęJessicę Biel z ekranu, pytanie o to co jest prawdziwe, a co jest kupionym wspomnieniem totalnie spłycone. Poza tym jest tu naprawdę sporo nawiązań do pierwowzoru i sporą przyjemnością jest zabawa w ich wyszukiwanie. 

Czy warto obejrzeć? Dla Colina Farella i ładnych futurystycznych pejzaży na pewno tak, ale jeśli nie byliście w stanie obejrzeć Underworldu i nie lubicie obrażania własnej inteligencji przez ignorancję praw fizyki to zdecydowanie nie.

czwartek, 6 września 2012

Człowiek z wysokiego zamku

Ostatni weekend spędzony w bukowych lasach Łagowa Lubuskiego na szczęście nie zakończył się atakiem boreliozaura, ale za to całkiem przyzwoita ilością kurek i przeczytaniem Człowieka z wysokiego zamku. A stało się tak za sprawą Makromana, który słusznie zwrócił mi uwagę na to, że użyłam filmowego tytułu Blade Runner w odniesieniu do książki Czy androidy śnią o elektrycznych owcach? Za jego sprawą ruszyłam w stronę półki z Philipem K. Dickiem i na drogę wyciągnęłam sobie Człowieka z wysokiego zamku.


Mamy w domu dosyć stare wydanie, które współgremlinsowi pożyczyła nauczycielka polskiego, a on podły nigdy jej już książki nie oddał. Pożółkły papier, mała czcionka, wszystko to pachnące starą farbą drukarską - cały format idealnie pasuje o jak zwykle ponurawej opowieśći Dicka.

Akcja rozgrywa się w alternatywnej wersji historii, w której to Niemcy i Japonia zwyciężyły w II wojnie światowej, a Ameryka została podzielona na strefy wpływów. Pierwszym bohaterem, którego poznajemy jest Robert Childan, handlarz amerykańskimi antykami takimi, jak zegarki z myszką Miki, w których (jak on to przewidział!) miłują się Japońscy okupanci, a z czasem dołączają do niego kolejne postacie - jego klient pan Tagomi, rzemieślnik Frank Fink (co istotne jest Żydem) oraz jego była żona Juliana. 

Nikt tak doskonale jak Dick nie potrafi opisać egzystencjalnego bólu zwyczajnych ludzi, tak. A robi to po mistrzowsku, bez przydługich opisów i psychologicznych portretów, doskonale ujmuje ich osobowości w drobnych gestach, krótkich zdaniach i introwersjach. Całą osobowość Roberta widzimy w staraniach o to, żeby zachować się właściwie w stosunku do Japończyków, Franka w  obsesyjnym radzeniu się wyroczni I-ching, pana Tagomi w dbałości o przestrzeganie protokołu i wreszcie Juliany w jej swoistym poddaniu się biegowi wydarzeń.

Wg. mnie najbardziej udana okładka spośród anglojęzycznych wydań  powieści

Trudno mówić przypadku Człowieka z wysokiego zamku o akcji jako takiej. Coś tam się w sumie dzieje, ale wszystkie wydarzeni podkreślają jeszcze dobitniej fakt, że poszczególny człowiek jest tylko pionkiem w grze niezależnych od niego sił. Według mnie powieść jest raczej próbą pokazania kruchej granicy miedzy jedną wersją wydarzeń, a inną i tego jaki mógłby być świat gdyby wojna miała inny wynik. A jak wspaniale przy tej okazji Dick opisuje Niemców. Jakby mimochodem, niespiesznie, ale jednak wytrwale buduje portret nazistów, który choć fikcyjny to jednak (zwłaszcza jeśli się jest Polakiem) budzi niechęć do tego narodu. 

Co ciekawe każdy z bohaterów tak naprawdę przeżywa własną przygodę w tym nieprzyjaznym świecie, a nierzadko toczy się ona na pograniczu prawdy i fikcji. A dzieje się tak ponieważ Dick wprowadza tu powieść w powieści o biblijnym tytule Utyje szarańcza. Opisuje ona mniej więcej naszą wersję historii, a wszyscy jego bohaterowie w jakimś stopniu spotykają się z tą "alternatywą", co jest rewelacyjnym zabiegiem fabularnym i jak to u Dicka już bywa skłaniającym czytelnika do zastanowienia się nad tym czy sam przypadkiem nie jest bohaterem jakieś powieści.

Podsumowując jest to dziwna książka, na pewno nie jest specjalnie sensacyjna, dla mnie nie była też szczególnie porywająca, ale jednak bardzo udana i skłaniająca do myślenia, za którą to cechę naprawdę uwielbiam Philipa K. Dicka

czwartek, 30 sierpnia 2012

Mój ulubiony fim

Cholerne UPC do godziny 14 odcięło mnie dziś od internetu, wczoraj do 15, a jak próbowałam do nich zadzwonić i zacytować „Dżizus kurwa, ja pierdolę!!!” Adasia Miauczyńskiego od automatu usłyszałam, że nie mam po co, bo „trwają prace konserwacyjne”. Rozumiem, że robią to w godzinach kiedy większość normalnych ludzi jest w pracy, ale ja pracuję w domu! Nie mogą tego naprawiać w nocy?! A jakby tego było mało w moim bloku od rana coś wiercą w piwnicy…

W każdym razie z tej paraliżującej bezradności sięgnęłam po Figth Club Chucka Palahniuka, który zaczęłam czytać jakieś dwa dni temu i doczytałam go do końca. Pomogło, więc chociaż moje urodziny przypadają za pół roku postanowiłam po raz nie wiem już który obejrzeć sobie film Davida Finchera.


W mojej domorosłej psychologii wypracowałam sobie praktykę oceniania ludzi na podstawie ich ulubionego filmu.  Nie jest to zbyt skomplikowane – jeśli nowo poznany facet mówi mi, że jego ulubionym filmem jest „Życie jest piękne” z tym żałosnym pajacowaniem Benigniego, to już wiem,  że nie ma po co z nim dłużej gadać….

Sądzę, że popkultura doskonale reflektuje nasze osobowości i tak się wspaniale składa, że Fight Club jest moim ulubionym filmem. Widziałam go dużo, dużo razy, a nawet dochodziło do tego, że włączałam go sobie jako audiobooka, co po przeczytaniu książki ma jeszcze więcej sensu. Fincher wykazał się bowiem wyjątkowo rzadkim szacunkiem filmowca dla prozy i sfilmował historię Tylera Durdena,  w taki sposób, że książkę czyta się niczym scenariusz.


Różnice między filmem, a książką są doprawdy subtelne. A z adaptacjami różnie bywa ja na ten przykład nigdy nie byłam w stanie pojąć jak Ridley Scott zrobił tak dobry film z tak mało porywającej książki jaką jest Blade Runner. Naprawdę bardzo lubię Philipa K. Dicka, ale po obejrzeniu filmu Scotta (i w dzieciństwie, i później) byłam bardzo rozczarowana książką.

Jeśli ktoś z was tego jeszcze nie zrobił, to naprawdę warto obejrzeć Figth Club, który rekomenduję nie tylko z osobistych sympatii. Jest to film doskonale podsumowujący koniec poprzedniego wieku. Wątpliwe korzyści płynące z idei samodoskonalenia się, próba wyzwolenia się ze ślepego konsumpcjonizmu, bunt przeciwko światu, który wmawia nam, że możemy być kimś niezwykłym, a tak naprawdę sprzedaje nam kłamstwa. Ruch Oburzonych, ruch Occupy Wall Street przeciwnicy ACTA, wszyscy oni chcą tego samego, czego Tyler Durden – zamiany porządku tego świata. A co może do niej doprowdzić? Oczywiście anarchia, która nas wyzwoli. Wszyscy, którzy zakładają maski V, są niechcianymi dziećmi tego świata, a jeśli lubicie V jak Vendetta polecam wam gorąco wywiad o anarchii z Alanem Moorem.

I to by było na tyle. A jaki jest wasz ulubiony film?

poniedziałek, 27 sierpnia 2012

Kosmiczna puszka Pandory - w poszukiwaniu dobrego s-f

Ostatnio poszukiwanie dobrego filmu stało się naszym świętym gralem, którego już chyba raczej nie znajdziemy, bo w dziedzinie s-f zostały nam już tylko filmy z lat 70, które nawet przy najlepszych chęciach trudno oglądać.  

Ale, ponieważ tonący chwyta się brzytwy tak my zajrzeliśmy na listę Top filmów s-f na IMDb. Fajnie było popatrzeć na te wszystkie tytuły, które już widzieliśmy, ale na szczęście znalazło się kilka takich, których jeszcze nie widzieliśmy. I tak trafiliśmy na Pandorum.

Naprawdę godny uwagi film z niepokojącą okładką


Swoim klimatem przypominał mi on dwa bardzo cenione przez mnie tytuły - Evetn Horizon (Ukryty wymiar) Paula W.S. Andersona z 1997 r. i Sunshine (W stronę słońca) Dawida Boyla z 2007 r. Anderson, którego cenię lubię za Residenta, był zresztą producentem Pandorum i czuć w filmie jego ducha.

Jeśli kojarzycie wspomniane filmy, to na pewno pamiętacie, że zarówno w Event Horizon, jak i w Sunshine podróże w kosmos okazywały się mieć niezbyt dobry wpływ na zdrowie psychiczne astronautów. Ach ten Sam Neil, do dziś przeraża mnie jego twarz, a po obejrzeniu Event Horizon naprawdę nie miałam ochoty przebywać sama w ciemnych pomieszczaniach. Naprawdę dał tu z siebie wszystko.

 
Co do Sunshine, narracja jest tu podobnie niespieszna co w 24 godziny później, a powiedzenie, że komuś "słońce przygrzało" nabiera zupełnie nowego wymiaru w tym filmie. Oczywiście największą przyjemność sprawił mi tu niezawodny Cillian Murphy. Jest w jego twarzy coś naprawdę dziwnego i nawet te wielkie niebieskie oczy nie odbierają mu demonicznej nuty. Mi najbardziej przypadł do gustu jako Dr. Jonathan Crane z bat-trylogii Nolana. Boyle lubi obsadzać go jednak w rolach miłych chłopców i tak też zrobił w Sunshine. Z bardzo dobrym skutkiem.


Tak jak w opisanych tu pokrótce filmach w Pandorum mamy do czynienia z tematem "szaleństwo w kosmosie" i jak to zwykle bywa najlepszym miejscem akcji jest tu klaustrofobiczny, pełen rur, kabli i przedziwnych zakamarków statek kosmiczny.

Na taki właśnie statku budzi się dwójka bohaterów filmu Ben Foster czyli Bower i Dennis Qauid jako Payton. Ponieważ uśpiono ich przez przymrożenie, po przebudzeniu nie pamiętają kim są ani dokąd zmierzają, wiedzą jedynie, że są kolejną brygadą, która ma zasiąść za sterami statku, a dodatkowo Bower przypomina sobie, że został został przeszkolony w zakresie obsługi reaktora atomowego, który napędza statek.


Ponieważ nie mogą się dostać na mostek, Bower jako niższy rangą wyrusza przez kanały wentylacyjne na zewnątrz, aby otworzyć pomnieszczenie w którym się znaleźli od drugiej strony.

I wtedy okazuje się, że ze statkiem coś jest bardzo mocno nie tak. Pierwsi ludzie na których trafia Bower są zdziczeli i nieprzyjaźnie nastawieni, co bardzo szybko staje się zupełnie zrozumiałe, bo polują na nich wyjątkowo paskudne stwory przywodzące na myśl kosmiczne zombie.

Bower nie może jednak wrócić, tam skąd przyszedł, bo razem z Paytonem orientują się, że reaktor statku jest na wykończeniu i trzeba go reaktywować. I tak nasz bohater wyrusza na niezbyt wesołą wędrówkę przez kosmiczny prom opanowany przez dziwnych i wstrętnych ludożerców.



Więcej nie napiszę, bo zepsułabym wam przyjemność z oglądania, ale nie mogę pominąć tytułowego Pandorum. Jest to bowiem choroba, na którą cierpią astronauci w wyniku zamrożenia, późniejszego odmrożenia i zmiany warunków życia na kosmiczne. Objawia się ona tym, że tracą pamięć, trzęsą om się ręce, mają halucynacje i nie do końca odróżniają je od rzeczywistości. 

Klaustrofobiczna przestrzeń statku, przerażające stwory, które mordują i pożerają załogę i wreszcie psychiczna choroba i niepewność kto tak naprawdę na nią cierpi sprawiają, że otrzymujemy bardzo dobry mroczny horror s-f.

A jakby to nie wystarczyło film porusza też problemy moralności, ewolucji i upadku ludzkości. Według mnie naprawdę warto go obejrzeć, zwłaszcza, że mamy też kopię znanej i lubianej Alice z Residenta czyli Antjie Traue jako niemiecką panią biolog - Nadię.

Naprawdę polecam

piątek, 10 sierpnia 2012

Dark Knight Crisis

Zdaje się, że już pisałam o tym za co kocham Batmana (ale tylko tego, którym był Michael Keaton), ale i tak szybko przypomnę jest bogaty, przystojny, inteligentny, pomaga dziennikarkom wpadającym w tarapaty, ma seksowny czarny strój i najlepszą furę świata, według mnie tyle wystarczy, zeby pokochac faceta. Niestety Christopher Nolan albo tego nie wie, albo nie docenia damskiej części publiczności. Dlaczego? Nie wypada pominąć kinowego hitu milczeniem, więc w kilku słowach podzielę się z wami swoimi przemyśleniami na temat najnowszego Mrocznego Rycerza, który powstaje, chociaż tak naprawdę to mocno kuleje.


A miało być tak pięknie... więc dlaczego wyszło źle? Wyjaśniam punkt po punkcie i lojalnie ostrzegam będą spoilery.

  • Samego Batmana jest w tym filmie jak na lekarstwo, a przed kamerą snuje się ciągle złamany życiem Bale. Jeszcze w czarnym wdzianku i pelerynce mogę go oglądać, ale bez maski jest dla mnie kompletną porażką, bo jak ktoś tak nieprzystojny w ogóle może być Batmanem? Boli mnie tu dokładnie to samo miejsce, które odczuwam oglądając nowego Bonda - tacy faceci powinni być do bólu czarujący, jak wspomniany Michael Keaton czy Sean Connery, a nie snuć się po ekranie z miną zbitego psa z kulawą nogą! Czy to tak wiele chcieć Batmana, który jest atrakcyjnym mężczyzną!!! Nolan najwyraźniej uważa, że tak.

  • W porównaniu do kreacji poprzednich przeciwników Batmana czyli Liama Neesona jako Ra's Al Ghula i genialnego Heatha Ledgera w roli Jokera Tom Hardy jako Bane'a wypada słabo. Hardy nie nalżey co prawda do pierwszej ligi, ale też Nolan nie dał mu się za bardzo nagrać - patrz maska. Zamiar był chyba taki, żeby przerażał swoim barbarzyństwem, dlatego Bane ciągle nosi skórzane kożuchy, ale naprawdę niewiele mu to pomaga.

  • Można by jeszcze znieść zbolałą minę Bale'a (wybaczcie, ale nie jestem w stanie nazwać go Brucem Waynem) i pomruki Bane'a, gdyby film miał lepszą fabułę, a i tu się Nolan nie postarał. Zamiast wymyślić coś nowego skleił pomysł z Ligą Cieni z pierwszego filmu z pomysłem na chaos i terroryzm z drugiego filmu, także zamiast jednej nowej historii, dostaliśmy długie przypomnienie tego co było w poprzednich odcinkach.
  • Na początku byłam sceptyczna co do powierzenia roli Catwoman Anne Hathaway  (wszystko w jej twarzy jest za duże), ale z całej tej bandy ona wypadła najlepiej, tyle że niemal ani razu nie zostaje określona mianem Catwoman! Nie rozumiem i pytam się dlaczego? A na marginesie dodam, że mogła mieć nieco lepszy strój.

    • Dodajmy jeszcze do tej listy zarzutów mocną inspirację "Pasją" Gibsona, bo linia fabularna Batmana mocno przypomina historię Jezusa, a Catwoman doskonale wpisuje się w rolę Judasza. Patos zdecydowanie nie przystoi kulturze popularnej, a Nolan lubi sobie z nim przesadzić - zwłaszcza w ostatniej scenie filmu.
    • I na koniec jeszcze dodam, że każdy kolejny odcinek Batmana w reżyserii Nolana coraz bardziej odchodzi od komiksowej estetyki, na rzecz poważnych filmów o atakach terrorystycznych. Pięknie odbija tym samym lęki współczesnej Ameryki, ale w historii o Batmanie nie o to przecież chodzi! Dlatego z zaskoczeniem dla samej siebie stwierdzam, że wolę  jednak Avnegersów od Zbolałego Rycerza.
    Podsumowując Dark Knight Rises jest naprawdę dobrym filmem sensacyjnym, który ogląda się przez ponad dwie godziny bez nudy, ale gdyby wyciąć z niego Batmana (co właściwie Nolan zrobił, bo Batmana prawie w nim nie ma) i wstawić w jego miejsce kogokolwiek innego naprawdę nie straciłby wiele.  Bo to po prostu nie jest film o Batmanie.